Perły z lamusa: kto nie zna gry Teenagent, ten trąba

Gry 06.04.2012
Perły z lamusa: kto nie zna gry Teenagent, ten trąba

Święta idą, w końcu znajdzie się kilka chwil wolnego. Może macie ochotę na nieco nostalgii? Dziś chcę wam przypomnieć o grze, która była w Polsce równie kultowa, co największe amerykańskie superprodukcje. Propozycja w sam raz na ospałe wieczory po wielkanocnym Wielkim Żarciu.

Jeżeli lubisz gry wideo i urodziłaś bądź urodziłeś się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych lub wcześniej, to z całą pewnością znasz Teenagenta. Wydana przez polskie studio Metropolis gra na Amigę i PC podbiła serca chyba wszystkich graczy w kraju. Wesoła, kolorowa, fajnie napisana, pełna humoru przygodówka to absolutny kult.

Gra została wydana w 1994 roku, a w rok później doczekała się specjalnej edycji, o której za chwilę. I była absolutnym ewenementem. Polskie gry zazwyczaj były marnymi klonami zachodnich produkcji. Kiepskimi, z niedopracowanym kodem, obrzydliwą grafiką i… no dobra, zbastuję, by nie pogrążać ówczesnych deweloperów. Jasne, zdarzały się perełki, tworzone przez pasjonatów, ale to były wyjątkowo rzadkie przypadki. I zazwyczaj dedykowane „hardkorowym” graczom.

Teenagent był inny. Kolorowy, przystępny, zabawny, po prostu fajny. Grali w niego wszyscy, w tym dziewczęta, które zazwyczaj w tamtych czasach stroniły od komputerów. Metropolis przyłożył się do zadania. Postać głównego bohatera była ślicznie animowana dzięki nowatorskiemu (nawet na zachodzie to była rzadka praktyka) podejściu: by lepiej oddać naturalne ruchy poruszającego się człowieka tówrcy gry sfilmowali ludzką postać, przenieśli ją na ekrany komputerów i zaanimowali, by pasowała do komiksowej oprawy.

Dodajmy do tego przyjemną muzyczkę, śliczne, pieczołowicie przygotowane, animowane tła, i tak oto powstała, niewielkim kosztem, świetna gra która nie miała się czego wstydzić nie tylko na polskim rynku, ale i na zachodzie.

Niestety, nie miała szans odniesienia sukcesu za granicą. Najważniejszym elementem gry był… humor. Typowy, polski, ale nie ten rubaszny, a raczej ten groteskowy, absurdalny, przedstawiający naszą, polską rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Gra doczekała się co prawda kilku wersji językowych, ale niektóre zabawy słowem były po prostu nieprzetłumaczalne.

Teenagent to był też przykład na to, że dobrze zrobiony produkt może czuć się bezpieczny przed piratami. Jasne, gros publiki po prostu przegrywała dyskietki od kolegów i koleżanek. To była epoka giełd komputerowych i braku poszanowania dla praw autorskich (które w Polsce, w przypadku oprogramowania, po prostu nie istniały). Często jednak słyszałem od kolegów, że ta gra jest taka fajna, że poproszą rodziców (byłem wtedy dość młody…), by im kupili wersję w pudełku. Bo fajnie mieć pudełko po Teenagencie na półce. Tak po prostu.

Metropolis, by podziękować fanom za zaangażowanie, rok później wydał Teenagenta na płycie kompaktowej. Nie pamiętam ile dokładnie kosztowała, ale były to śmiesznie małe pieniądze. Od wersji dyskietkowej różniła się tym, że wszystkie dialogi były nagrane przez „aktorów”. A konkretniej, przez gwiazdy rocka ówczesnej sceny gier wideo, czyli redakcję nieodżałowanego Secret Service. Kiedyś czasopisma o grach wyglądały zupełnie inaczej, a postacie takie, jak Gulash, Naczelny, Alex, Gawron, Martinez, Haszak i reszta to byli prawdziwi celebryci w oczach młodocianych. Poproszenie ich o podłożenie głosu było więc prawdziwym ukłonem i gratką dla fanów.

Gra dostępna jest za darmo, z nieoficjalnych źródeł, jako abandonware, za wiedzą i zgodą wydawnictwa. Niestety, wymaga nieco gimnastyki, by móc ją uruchomić na nowoczesnych komputerach. Jako rozwiązanie polecam DOSbox. Nie jest taki trudny, choć może na początku odstraszać, zwłaszcza młodszych Czytelników. A sama gra? Myślę, że szeroko was uśmiechnie.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement