Facebook to nie wszystko: odłącz się od Matrixa!

27.03.2012
Facebook to nie wszystko: odłącz się od Matrixa!

Portale społecznościowe to przede wszystkim miejsce do zaspokajania naszego ekshibicjonizmu. Statystycznego użytkownika najbardziej obchodzi to, jakie komentarze widnieją pod jego fotkami i co na jego temat myślą inni. Czytanie cudzych wpisów i komunikacja to sprawa drugorzędna. To my mamy być w centrum uwagi. To nawet logiczne, wszak po coś ten profil zakładamy. Są jednak pewne granice ekshibicjonizmu i potrzeby bycia w centrum uwagi. Niedawno mieliśmy tego najlepszy przykład.

Nie jestem w najmniejszym stopniu przeciwnikiem internetowego ekshibicjonizmu. Sam chętnie dzielę się ze znajomymi na portalach społecznościowych przeróżnymi treściami. Od jakichś tam moich spostrzeżeń, poprzez łącza do moich tekstów, aż po fotki z wakacji. Czemu? Bo lubię rozmawiać z ludźmi. Tu nawet nie chodzi o chwalenie się. Pokazuję zdjęcia z wakacji z Majorki i mogę dzięki temu opowiedzieć jak tam jest, powymieniać wrażenia z koleżanką, która już tam była, i tak dalej.

Nie rozumiem jednak potrzeby dzielenia się życiem intymnym publicznie. Zanim powstały Grono, MySpace, NK czy Facebook w Sieci królowały „blogaski”, niszcząc dobre imię blogów. Młodociani, nastoletni, nie radząc sobie z dojrzewaniem, pierwszymi zawodami miłosnymi, problemami w domu, wylewali swoje żale na blogach. Subiektywnie, budziło to mój niesmak. Zostałem tak wychowany, by trzymać fason i nie okazywać słabości. Obiektywnie jednak jestem w stanie to zrozumieć: nie każdy ma w życiu tak fajnie, jak ja, że może liczyć na wsparcie rodziny i najbliższych przyjaciół w najtrudniejszych chwilach. Te „blogaski” to potrzeba oczyszczenia się ze złych emocji, wołanie w eter o pomoc, akceptację i zrozumienie. Ta argumentacja do mnie trafia.

Blogaski stały się niemodne, więc młodzi nastoletni wylewają swoje żale na Facebooku i Twitterze. Teoretycznie to dla samych zainteresowanych tylko lepiej: na bloga mało kto pamięta, by zaglądać, a nieraz są „tajne”, pisane pod pseudonimem. A wszystko to, co wpiszemy na naszą „ścianę” trafia do wszystkich naszych znajomych (chyba że zmieniliśmy ustawienia danego wpisu, ale to raczej w tym przypadku wątpliwe). A znajomi reagują, pocieszają, podnoszą naszą samoocenę i tak dalej.

Problem w tym, że przez tę „wygodę” zjawisko powszednieje. Nie rusza nas już to, jak nasza młodsza znajoma ryczy za chłopakiem, czy nasz siostrzeniec marudzi, że rodzice go nie rozumieją. Za dużo tego i włącza się znieczulica. Przez tego typu „spam” i modę na emocjonalny ekshibicjonizm zatraciliśmy zdolność wykrywania zagrożenia.

Dowodzi tego przypadek Tajwanki Claire Lin, która postanowiła popełnić samobójstwo. Nie zrobiła jednak tego po kryjomu. Swoje „postępy” na bieżąco relacjonowała na swoim profilu na Facebooku. Zrobiła to na swoje 31. urodziny, 18 marca. Dziewczyna postanowiła się zaczadzić. Relacjonowała jak dym rozprzestrzenia się po mieszkaniu, jak coraz trudniej jej oddychać, jak oczy ją zaczynają piec. Powodem samobójstwa był zawód miłosny.

Jej facebookowi znajomi próbowali ją przekonać, by tego nie robiła. Równie dobrze mogli klikać przycisk „Lubię to”. Zdesperowana Lin znalazła swoją publiczność. Znalazła widzów dla swojego werterowskiego teatru. Komentujący byli tylko napędem, który dawał jej motywację do manifestowania jej cierpienia. „Ja im wszystkim pokażę!”. Całe przedstawienie trwało aż 67 minut. Nikt nie zadzwonił na policję. Nikt nie powiadomił sąsiadów. Całe zdarzenie nie wyciekło poza granice Facebooka aż do dnia następnego, kiedy jej zawód miłosny postanowił ją odwiedzić i znalazł jej ciało. A dziewczynę można było bez problemu uratować.

Dlatego, tak jak kiedyś robił to Kominek, co sił apeluję: nie izolujmy się w Internecie. Facebook, Twitter, Google+ to wspaniałe wynalazki, korzystam z nich codziennie. Ale nie ograniczajmy się tylko do nich. Nie izolujmy się w cyberprzestrzeni. Widząc groźby małolaty, że przez to, że jej mama dała szlaban zaraz się potnie żyletkami nie powinny być ignorowane. Nie przekonamy ją za pomocą Facebooka, że „będzie dobrze” i nie ma racji. Telefon na 112 jest darmowy, zgłoszenie próby samobójstwa to strata kilku minut naszego czasu. Jeżeli gówniara blefuje (a, jak sądzę, w 95% przypadków to tylko blef, by zwrócić na siebie uwagę): dostanie niezłą nauczkę i zrozumie konsekwencje tego typu tekstów puszczanych w Internet. Jeżeli nie, zostaniemy bohaterami. Nie podnosząc czterech liter od biurka z laptopem i tracąc kwadrans swojego czasu.

Przykład gówniary jest tu oczywiście na wyrost, równie dobrze może to być starszy mężczyzna. Serio, warto zadzwonić i to zgłosić. A nie, do licha, pisać komenciki na Fejsbuniu.

Ilustrację wiodącą znalazłem na portalu Amazing Data.

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement