SOPA odłożona na półkę, ale to niewiele zmienia

16.01.2012
SOPA odłożona na półkę, ale to niewiele zmienia

Czas otworzyć szampany, czas świętować, tańczyć i śpiewać. Ustawa SOPA dostała kopniaka od samego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Piszę to nieco sarkastycznie, bowiem SOPA to taka nowa ACTA. Coś, co można wycofać, a następnie wprowadzić kilkoma mniejszymi ustawami. Czai się już nowe zagrożenie, nazwane… PIPA.

The Washington Monthly jako pierwszy opublikował wieści na temat odłożenia ustawy SOPA na półkę. To najprawdopodobniej najbardziej kontrowersyjna ustawa w historii Internetu, bowiem mimo iż amerykańska, to miała znaczenie międzynarodowe. Co więcej, ustawa która miała zwalczać piractwo, spotkała się z gigantyczną opozycją praktycznie wszystkich, w tym podmiotów zainteresowanych prawami autorskimi. O, przepraszam, SOPA miała kilkudziesięciu popleczników. Ci jednak, widząc katastrofę PR-ową, jaką wywołali swoim poparciem, cichcem się z owego poparcia wycofywali.

Aż do dziś SOPA (Stop Online Piracy Act) była gotowa do wdrożenia, czekała tylko na jej przegłosowanie, a wszystko wskazywało na to, że zostanie uchwalona. Protestować chcieli praktycznie wszyscy najwięksi Internetu: w środę miały przestać działać, w ramach buntu, między innymi takie witryny, jak Reddit, Google czy Twitter. Bohaterem dnia został jednak Barack Obama.

Wierzymy, że piractwo internetowe pochodzące z zagranicznych witryn to poważny problem, wymagający prawnej odpowiedzi. Jednak nie będziemy popierać prawa, które ogranicza wolność słowa, zmniejsza bezpieczeństwo Internetu, czy wręcz narusza podstawy jego działania. Zwalczanie piractwa nie może równać się cenzurze działań zgodnych z prawem, nie może też hamować rozwoju przedsiębiorczości, zarówno tej dużej, jak i małej – czytamy w oświadczeniu prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Pamiętając już jednak różne wybryki legislacyjne w przeszłości, nie tylko pochodzące ze Stanów Zjednoczonych (Polska jest tu niezłym przykładem), postanowiłem sprawdzić ustawę, wokół której nie ma tyle szumu. Chodzi o Protect IP Act, czyli w skrócie, PIPA (sic!).

Nad ustawą wciąż prowadzone są prace końcowe, więc bardzo możliwe, że moje obawy są wyssane z palca, w skrócie jednak, założenia są nie tak bardzo różne od tych z SOPA. Umożliwi ona zablokowanie dostępu do jakiejkolwiek witryny, w tym operującej poza granicami Stanów Zjednoczonych, „podejrzanej o naruszanie praw autorskich” oraz następnie podjęcie przeciwko właścicielom witryny działań prawnych, a także zablokowanie dochodów z internetowej reklamy. Są wręcz zapisy umożliwiające „podejmowanie działań prawnych w przypadku podejrzenia o niezastosowanie odpowiednich środków chroniących prawa autorskie”.

Czym więc różni się SOPA od PIPA? Jedną, dość istotną sprawą. PIPA uprawnia do działań przeciwko dostawcom serwerów DNS, firmom zajmującym się finansami i księgowością, oraz firmom zajmującym się internetową reklamą. SOPA daje dużo większe uprawnienia: pozwala na interwencję już na poziomie dostawców internetowych. Mając prawomocną PIPA, a nie SOPA, nieco trudniej będzie wyłączyć daną stronę internetową. Koniec praktycznych różnic. Wokół SOPA panuje wielkie zamieszanie. O PIPA mówi kilka napaleńców ze środowiska open-source.

Także, drodzy bojownicy o wolność, odnieśliście malutkie zwycięstwo. Biały Dom odłożył SOPA na półkę. 24 stycznia głosowaniu zostanie poddana PIPA. Możliwe, że upadnie na deskach Senatu, tak jak upadła wcześniej SOPA  i COICA (poprzednia wersja ustawy PIPA, odrzucona przez Senat w 2010 roku). Trzymam kciuki za głosowanie. Aczkolwiek, biorąc pod uwagę absurdalną wręcz desperację USA w zwalczaniu piractwa za wszelką cenę, to… no cóż, obawiam się, że w końcu przejdzie.

 

Maciek Gajewski jest dziennikarzem, współprowadzi dział aktualności na Chip.pl, gdzie również prowadzi swojego autorskiego bloga.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement