Co kto Lubi

01.12.2010
Co kto Lubi

Witamy amerykańską dyplomację w świecie Facebooka i Google. W internecie wszyscy wiedzą, że jesteś psem.

Muammar Kadafi (70 l.) ma romans z cycatą Ukrainką (38 l.), żona prezydenta Azerbejdżanu (46 l.) po nieudanej operacji plastycznej nie może mówić, a premier Turcji (56 l.) robi lewe interesy przy okazji prywatyzacji rafinerii, i tak dalej. Mark Zuckerberg (26 l.) i Eric Schmidt (55 l.) lubią to.

Dyplomaci z całego świata w panice szukają przycisku ?Nie lubię tego? będącego przeciwieństwem ?Lubię to?, a więc nie tylko wyrażającym opinię, ale i sprawiającym, że link zamiast się rozpowszechniać, ginie w odmętach Webarchive.

Czy dzięki WikiLeaks czujecie się bezpieczniejsi? A może mniej bezpieczni? Jest Wam lepiej z tym, że prawo do tajemnicy przestało przysługiwać nie tylko zwykłym klikaczom na Facebooku, ale i amerykańskim dyplomatom? Nieistotne. Assange już osiągnął swój cel. Zasiał strach wśród tych, którym szczególnie zależy na utrzymaniu sekretów. Wpoił im przekonanie, że wszystko, co robią w tajemnicy może któregoś dnia wyciec do sieci. A tym samym – podniósł koszt i zmniejszył skuteczność wszelkich działań podejmowanych za zamkniętymi drzwiami. Amerykańska dyplomacja wdroży teraz zapewne kolejne procedury bezpieczeństwa, które utrudnią powstawanie wycieków, ale jednocześnie spowolnią wewnętrzny przepływ informacji czyniąc samą organizację mniej skuteczną.

Internet przeszedł drogę od miejsca, w którym nikt nie wie, że jesteś psem, do narzędzia, dzięki któremu każdy może dowiedzieć się, którą łapą drapiesz się za uchem i jakie smakołyki lubisz najbardziej.

Nie chodzi o to, że było to niemożliwe wcześniej. Wynajęcie prywatnego detektywa, który zrobi zdjęcia z ukrycia i przegrzebie śmietnik kosztowało po prostu znacznie więcej i wymagało większego zachodu. Zbieranie, przetwarzanie i publikowanie olbrzymich ilości danych jeszcze nigdy nie było tak proste i tak tanie jak dziś. 20 lat temu BBS WikiLeaks mógłby co najwyżej opublikować pojedyncze depesze wyniesione w teczce z napisem ?Wycinki nt. Madonny?, a nie setki tysięcy dokumentów z pendrive opisanego ?Lady GaGa?.

Upublicznienie to potężne narzędzie polityczne. Assange nie musiał startować w wyborach by zyskać wpływ na to, jak funkcjonuje państwo. Wykorzystał asymetrię dostępu do informacji w przewrotny sposób – nakładając podatek na organizacje opierające swoją przewagę na tajemnicy. Dla jednych jest bohaterem, dla drugich terrorystą. Ale to nieważne.

WikiLeaks upolitycznia to, co dotąd było co najwyżej kwestią biznesową. Zarządzanie danymi, których jest coraz więcej, i które coraz trudniej upilnować, staje się problemem publicznym, wchodzi do debaty. Uważam, że to dobrze. Czas poważnie porozmawiać o konsekwencjach jakie niesie za sobą ideologia otwartości i pełnej widoczności. No bo skoro otwartość jest wartością samą w sobie, a era prywatności się kończy, to czemu nie mogę przejrzeć algorytmu wyszukiwania Google i zdjęć z imprez Marka Zuckerberga?

PS. Artur – przepraszam, że znowu o Facebooku, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać – obiecuję poprawę.

Dołącz do dyskusji

Advertisement