Testerzy skrzywdzili tę grę. Predator: Hunting Grounds nie jest wybitny, ale ma to, co najważniejsze – recenzja

Recenzja/Gry 15.05.2020
Testerzy skrzywdzili tę grę. Predator: Hunting Grounds nie jest wybitny, ale ma to, co najważniejsze – recenzja

Testerzy skrzywdzili tę grę. Predator: Hunting Grounds nie jest wybitny, ale ma to, co najważniejsze – recenzja

W agregatorze Metacritic Predator: Hunting Grounds otrzymał ocenę na poziomie 55/100. Łączna nota recenzentów stawia sprawę jasno: mamy gniota. Kompletnie się na to nie zgadzam. Bo chociaż gra nawiązująca do kultowego filmu akcji nie jest wybitna, daje znacznie więcej frajdy niż oparte na tym samym schemacie Evolve.

Predator: Hunting Grounds to kolejna sieciowa produkcja 4v1, chcąca uszczknąć coś z dochodowego tortu asymetrycznych gier wideo, tak popularnych wśród streamerów i na materiałach YouTube. I chociaż tytuł z kosmicznym łowcą raczej nie zdetronizuje Dead by Daylight, gra mi się w niego o wiele, wiele przyjemniej niż w wysokobudżetowe, ale rozczarowujące Evolve. Może to przez sentyment do filmu wielokrotnie emitowanego na Polsacie?

Predator: Hunting Grounds stawia naprzeciwko siebie grupę czterech graczy oraz tego piątego.

Czworo (nie)znajomych zamienia się w elitarnych komandosów, mających do zrealizowania konkretną misję. Wbrew pozorom wcale nie chodzi o upolowanie tytułowego Predatora. Uzbrojeni po zęby operatorzy muszą przechwytywać dane, eliminować konkretne cele AI, atakować obozy czy niszczyć serwerownie. Zadania są generowane losowo, aby żadna ze stron nie mogła przewidzieć, gdzie będzie musiała się udać.

Realizacja misji w gęstej dżungli wymusiła na twórcach wprowadzenie trzeciej strony konfliktu: szwadrony głupich jak but NPC, udających terrorystów, rebeliantów i paramilitarne formacje. To oni stanowią ten pierwszy, podstawowy i najczęściej występujący rodzaj przeciwnika. NPC biegają bez żadnego ładu i składu, podchodząc pod lufy karabinów i strzelb. Nie stanowią realnego zagrożenia dla życia czwórki graczy, ale nie o to tutaj chodzi. Strzelający w naszym kierunku przeciwnicy rozpraszają, a do tego generują hałas…

Piąty gracz zamienia się w kosmicznego łowcę. Predator rozpoczyna łowy.

Wcielenie się w kultową postać kina akcji daje dziecięcą frajdę. Specjalny tryb termiczny, naramienne działko, niewidzialność – wszystko to wygląda, działa i brzmi jak w świetnym filmie z 1987 roku. Jeśli w latach 90. ekscytowałeś się na sam widok Predatora, poczujesz jak gdybyś wrócił do beztroskiego XX wieku. Twórcy gry nie mają niesamowitego doświadczenia, ale odwzorowanie ruchów, dźwięków i gadżetów kosmicznego łowcy wyszło im kapitalnie. Włączasz termowizję i od razu szczerzysz się od ucha do ucha. I te załamania światła na niewidzialnym pancerzu! Bajka.

Muszę też oddać producentom, że opracowali naprawdę dobry system biegania po gałęziach. Hunting Grounds oferuje trzy średniej wielkości mapy, z czego każda znajduje się w gęstej dżungli. Skakanie od jednego wielkiego drzewa do drugiego to podstawowa forma przemieszczania się Predatora. Tym bardziej cieszy, że twórcy włożyli odpowiednio dużo serca w to, aby podróż między koronami drzew była przyjemna. Mając w pamięci męczące przedzieranie się przez gałęzie w Assassin’s Creed III, stworzenie dobrego system tego typu wcale nie jest łatwe. Tym razem się udało.

On tam gdzieś jest. On na pewno tam gdzieś jest!

Przyjrzyj się. Jest tam

Pierwsze zadanie Predatora to znalezienie drużyny komandosów w gęstej dżungli. Łowca może korzystać z nasłuchiwania oraz termowizji. Rozpoznanie jednostek należących do innych graczy nie jest jednak łatwe. Po pierwsze, na mapie znajdują się najemnicy NPC. Po drugie, źródła ciepła i dźwięku mogą należeć do lokalnej fauny, np. dzików ryjących w korzeniach wielkich drzew. Dlatego grając jako Predator konieczne jest przemieszczanie się, najlepiej w gęstym listowiu, obserwując teren pod swoimi stopami.

Osobiście bardziej niż na dźwięku polegam na termowizji. Sylwetki graczy łatwo dostrzec po nienaturalnym zachowaniu na tle innych żywych organizmów. Komandosi zawsze biegają z maksymalną prędkością i podróżują w prostych liniach. Nawet nie próbują udawać NPC. Gdy już wpadnie się na trop innych graczy, pozostaje włączyć tryb maskujący, przybliżyć się do nich i czekać na dogodny moment do ataku.

Z perspektywy komandosa ten moment przed pierwszą konfrontacją z kosmicznym łowcą zawsze jest bardzo niepokojący. Ma się wrażenie, że Predator cały czas nas obserwuje. Że jest gdzie tam wyżej, zaraz nad naszymi głowami, z naramiennym działem wymierzonym w naszą głowę. Albo jeszcze czymś gorszym w zanadrzu. Uczucie bezradności i oczekiwania wzmaga się, gdy musimy walczyć z najemnikami AI. Tracąc na nich czas, uwagę i amunicję, czujemy się jak wystawieni na widelcu.

Aż tu nagle słyszymy charakterystyczne krrrr trytytytyty zaraz za plecami.

Początkowo sądziłem, że Predator jest zdecydowanie za silny, a gra źle zbalansowana.

Sytuacja z dżungli: znajdujemy się w obozie wroga. Atakuje nas łowca. Zestresowani, uciekamy do pomieszczenia i zamieniamy karabiny na strzelby. Jesteśmy przekonani, że w takim killroomie bestia nie będzie miała szans. Padnie pod naporem śrutu. Ależ się myliliśmy. Równie dobrze mogliśmy wyrzucić broń, zdjąć uniformy, przewiązać się czerwonymi kokardami i włożyć sobie jabłka w usta. Byliśmy dla Predatora jak idealny prezent. Kosmiczny łowca wszedł do pomieszczenia jak do siebie, błyskawicznie przeskakując od jednego żołnierza do drugiego. Slash, slash, slash i każdy padał pod naporem ciosów ostrzem.

Kluczem do sukcesu w Hunting Grounds jest zachowanie odpowiedniego dystansu i działanie na możliwie otwartej przestrzeni. Gdy pojawia się Predator, gracze muszą rozluźnić formację. Odległość pomiędzy komandosami powinna być na tyle mała, aby pomagać sobie ogniem. Z drugiej strony na tyle duża, by bestia nie mogła łatwo przechodzić od jednej ofiary do drugiej. Jeśli drużyna graczy będzie świadomie reagować odległością i pozycjonowaniem, może przeżyć. Więcej – może doprowadzić do zmiany ról.

Łowca zamienia się w zwierzynę.

Gdy Predator otrzymuje celną serię z czterech różnych kierunków, na otwartej przestrzeni, bez możliwości wprowadzenia chaosu i zamętu, jego pasek życia nie wydaje się już taki długi. Istota nie z tego świata zaczyna krwawić. Zielona posoka pada na ziemię, ściany, kamienie i rośliny. Rannego Predatora nawet nie tyle można, co wręcz trzeba ścigać. Łowca nie powinien mieć czasu na złapanie oddechu i oddalenie się. Jeśli mu się uda, może upolować wcześniej wspomnianego guźca, najeść się i odzyskać znaczną porcję wytrzymałości.

Uwielbiam ten moment, gdy polujący zamienia się w polowanego.

Gracze przestają być spięci, a zaczynają się czuć niczym sam Arnold Schwarzenegger. Pojedynek zaczyna być personalny, osobisty wręcz. Widzisz ruch pośród konarów drzew i oddajesz serię. Nie odpuszczasz. Gonisz za rannym przeciwnikiem. Wtedy może się jednak okazać, że drużyna straciła swój szyk bojowy, a ty nagle jesteś sam w gęstej dżungli. Takie pojedynki jeden na jeden z osłabionym przeciwnikiem to coś naprawdę wyjątkowego. Żadne Evolve, żadne Dead by Daylight nie zaoferowało mi podobnej atrakcji.

Predator: Hunting Grounds to wiele smaczków i dodatkowych zależności.

Gra ma wiele naprawdę ciekawych patentów. Jedne mają wielkie znaczenie dla rozgrywki. Inne są tylko kosmetyczne. W asymetrycznej produkcji można np. umazać się błotem, niczym w kultowym filmie. Predator ma wtedy większe trudności, aby dostrzec nas swoim trybem termowizyjnym. Jeśli oddamy kilka potężnych, celnych strzałów w głowę bestii, kosmiczny łowca traci swój hełm i możemy się przyjrzeć jego brzydkiej paszczy.

Z kolei powalony Predator może włączyć tryb autodestrukcji. Gracze mają wtedy zaledwie moment, aby uciec przed eksplozją o naprawdę dużym polu rażenia. Bywało, że falę uderzeniową przeżywała tylko jedna osoba, bądź nie przeżywał nikt. Tryb maskowania Predatora przestaje działać w wodzie, gdzie kosmiczny system dostaje krótkiego spięcia. Tego typu smaczki, często zaczerpnięte wprost z filmu, nadają rozgrywce dodatkowej głębi oraz zmienności. Twórcy naprawdę dobrze oddali klimat materiału źródłowego. Łącznie ze ścieżką audio, częściowo pochodzącą bezpośrednio z filmu.

Są skórki, są poziomy, ale wszystko podane z rozsądkiem i rozwagą.

W grze znajdują się skrzynki z losową zawartością, ale w ich środku leżą wyłącznie elementy kosmetyczne. Warto dodać, że wszelkiego rodzaju skórki są odpowiednio dobrane i spójne z filmową wizją. Nie ma tutaj neonowych pancerzy Predatora, galowych uniformów żołnierzy czy złotych broni z przyczepianymi pluszakami. Twórców na szczęście nie poniosła fantazja, czego niestety nie można napisać np. o producentach Battlefielda V. Do tego same lootboksy są naprawdę tanie. Bez problemu kupicie nową skrzynkę co dwie – trzy wygrane sesje.

Z kolei sam system rozwoju postaci jest ciekawy i sprawiedliwy. Niemal z każdym kolejnym poziomem dostajemy coś nowego – broń, umiejętność, gadżet czy akcesorium. Tyczy się to nie tylko komandosa, ale również Predatora. Łowca zaczyna tournee po Ziemi wyłącznie ze szponami i działkiem naramiennym. Później możemy go doposażyć w kosmiczne miecze, łuki, rzucane na odległość dyski, miotacze siatki czy włócznie idealnie nadające się do atakowania zwartych grup żołnierzy. W grze znalazło się nawet kultowe działo obrotowe, do zdobycia na 68 poziomie.

Bawię się znacznie lepiej niż w Evolve czy Dead by Daylight.

Predator: Hunting Grounds daje więcej frajdy niż czołowe gry 4v1. Kilka pierwszych potyczek nie było zbyt przyjemnych, ale wystarczy pół godziny na opanowanie podstaw, by rozgrywka stała się niezwykle wciągająca. Gdy grałem w Evolve, cieszyłem się, że to już koniec sesji, niezależnie od jej wyniku. Gdy gram w Hunting Grounds, niemal zawsze mam ochotę od razu wskoczyć do następnej sieciowej potyczki. Może to przez postać Predatora i granie na sentymencie, ale działa.

Tym bardziej szkoda, że Predator: Hunting Grounds jest produktem dosyć niedogotowanym. Za mało w nim treści. Brakuje możliwości rozgrywania sesji offline przeciwko drużynie botów. Brakuje misji dla jednego gracza. Brakuje jakiegoś systemu sezonowych wyzwań. Przydałaby się też czwarta, bardziej zróżnicowana lokacja. Np. rozgrywająca się w Central Parku, na planie filmowym albo w gigantycznym zoo. Jest patyk, brakuje wiszącej marchewki.

Wątpię, żeby Hunting Grounds odniosło wielki sukces. Pierwsze zapowiedzi tytułu były mocno nijakie. Recenzenci spisali program na straty, a skromna zawartość na start blednie przy wielu miesiącach aktualizacji takich tworów jak Dead by Daylight. Szkoda, bo mamy zaskakująco dobrą grę o Predatorze. Niestety, na współczesnym, bardzo mocno zagęszczonym rynku produkcji sieciowych to za mało, aby wybić się ponad setki innych produkcji rywalizujących o portfel i czas użytkownika.

Dołącz do dyskusji