Burgery z zebry, czyli o nieoczywistych zaletach sztucznego mięsa

Artykuł/Ekologia 29.10.2019
Burgery z zebry, czyli o nieoczywistych zaletach sztucznego mięsa

Burgery z zebry, czyli o nieoczywistych zaletach sztucznego mięsa

Sztuczne, tudzież uprawne mięso, to najczęściej pojawiające się nazwy w nowej branży mięsa hodowanego w laboratorium. Ten sposób produkcji wydaje się mieć bardzo dużo korzyści, jeśli porównamy go do tradycyjnej hodowli zwierząt.

Sama technologia hodowli mięsa sprowadza się do pobrania komórek macierzystych z mięśni żywego zwierzęcia, które następnie są karmione surowicą bogatą w składniki odżywcze. To powoduje, że komórki namnażają się i przekształcają w komórki mięśniowe. Wtedy wkraczają technicy laboratoryjni i zachęcają te rozmnażające się komórki do kształtowania i formowania włókien. Materiał włóknisty jest następnie umieszczany w kadzi, która zapewnia idealne warunki do stymulowania wzrostu. W końcu tkanka rośnie do punktu, w którym można ją odpowiednio przyrządzić i zjeść. Tak w skrócie.

Nieoczekiwana korzyść: większy wybór

Celem wielu firm zajmujących się hodowlą mięsa, takich jak np. Memphis Meats, Mosa Meat, Just i Finless Foods – jest zapewnienie realnych zamienników wołowiny, wieprzowiny, kurczaka i ryb, czyli najpopularniejszych białek zwierzęcych na świecie.

Ale nie tylko.

Mięso hodowane w laboratorium zapewni nam – konsumentom – również nieoczekiwaną korzyść: wybór. Wyobraźcie sobie na przykład taki scenariusz. Jest piękne, sobotnie popołudnie (załóżmy, że jest już lato), jesteście sobie w zoo i przyglądacie się zebrom, zastanawiając się przy tym, jak smakowałby burger z takiego zwierzęcia. Teoretycznie, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w przyszłości zamówić sobie takie sztucznie wyhodowane mięso, bez żadnych obaw, jeśli chodzi o kwestie etyczne. Mięso hodowane jest przecież w laboratorium, przez co zaspokojenie naszego kaprysu nie oznacza, że jakakolwiek zebra zostanie w tym celu zabita.

Niektóre firmy zresztą wietrzą już w procederze hodowli egzotycznego mięsa całkiem niezły interes. Mowa tu na przykład o VOW Foods, którego właścicielem jest George Peppou. Głównym celem tego gościa jest zbudowanie biblioteki komórkowej jak największej liczby zwierząt, tak aby móc oferować swoim klientom jak największy wybór egzotycznych mięs. Taka „Arka Noego”, tylko że do jedzenia. No i zapewne zamówienia będzie można składać przez internet.

Przyznaję, że brzmi to trochę dziwnie, ale jeśli zastanowić się nad obecną sytuacją, w której większość spożywanego na świecie mięsa pochodzi głównie od 4-5 gatunków zwierząt, dodatkowy wybór brzmi całkiem sensownie. Chociaż niecodziennie. Wszystko za sprawą przemysłu hodowlanego, który wypracował sobie najskuteczniejsze metody hodowli drobiu, wołowiny i wieprzowiny, przyczyniając się tym samym do wykształcenia się u nas nowych (tzn. one dawno przestały być nowe, ale wiecie o co chodzi) preferencji kulinarno-kulturowych.

Właściciele VOW Foods zdają sobie co prawda sprawę z tego, że na samym początku bardzo trudno będzie przekonać większość konsumentów do spróbowania burgerów z zebry, czy steków z kangura. Nie są jednak zniechęceni przez tę perspektywę i bardzo celnie argumentują to tym, że z podobną dozą nieufności klienci w Stanach podchodzili jeszcze niedawno do sushi, czy mięsa koziego. Burgery z zebry początkowo przyciągną klientów żądnych przygód. Potem minie trochę czasu i zaczniemy traktować je jako coś normalnego. Tak jak inne egzotyczne mięsa, które jemy już teraz. Na przykład strusie.

Amy Bentley, profesor badań żywności na New York University, twierdzi, że ścieżka do hodowanego mięsa będzie wyglądać następująco: firmy wprowadzą na początku produkty, które zna większość konsumentów – wołowinę, kurczaka i wieprzowinę. Następna fala obejmować będzie mięso zwierząt, które są spożywane tylko w niektórych częściach świata (kangur). Ostatnim segmentem będzie mięso, które „zdaniem niektórych byłoby obrzydliwe, w tym mięso psa”.

James Serpell, profesor ds. Dobrostanu zwierząt i etyki na University of Pennsylvania dodaje, że paradoksalnie może okazać się, że o wiele prościej będzie nakłonić ludzi do jedzenia egzotycznego mięsa hodowanego w laboratorium niż laboratoryjnej wołowiny. Powód jest bardzo prosty: wołowina hodowana laboratoryjnie może nie sprostać naszym wymaganiom. Wiemy, jak smakuje ta hodowana naturalnie. W przypadku burgera z zebry raczej nikt nie będzie miał takiego porównania. Wystarczy więc, że jakiś sławny szef kuchni (albo Magda Gessler) powie światu, że laboratoryjnie hodowane mięso z zebry jest super i większość z nas w to uwierzy.

Kiedy mięso z laboratorium pojawi się w sklepach?

Nieprędko. Te wszystkie cudowne scenariusze, o których opowiadają właściciele firm z sektora sztucznego mięsa, muszą jeszcze trochę poczekać. Powód jest banalny. Koszt produkcji mięsa hodowanego z laboratorium jest obecnie za wysoki, żeby mówić tu o jakimkolwiek rynkowym potencjale.

Na obecną chwilę, eksperci twierdzą, że w sklepach o wiele szybciej pojawi się mięso pochodzenia roślinnego. Sektor roślinny odnotował bowiem ogromny wzrost, osiągając sprzedaż o wartości 4,5 mld dol. w ciągu niecałych dwóch lat. Nie chodzi tu zresztą tylko o samo mięso. Ponad 1 na 10 zakupów mleka w Stanach dotyczy już jego odmian roślinnych. Jeśli chodzi o mięso, to jego roślinne zamienniki odpowiadają już 2 procentom sprzedaży, jeśli mówimy o wszystkich produktach mięsnych. Trend ten zauważyli już zresztą inwestorzy. Według Good Food Institute, pieniądze napływają do skoncentrowanych na roślinach amerykańskich firm produkujących żywność. 229 inwestorów zostawiło w tym sektorze ok. 17,1 mld dol.

Tymczasem mięso hodowane w laboratorium przyciągnęło jak na razie grosze. Mówimy tu o kwocie 73,3 mln dol. pozyskanych od inwestorów na całym świecie. Niechęć inwestorów powodowana jest przez wysoki koszt produkcji tego rodzaju mięsa, przez co mamy tutaj klasyczne błędne koło: inwestorzy nie inwestują, bo produkcja jest zbyt droga, a produkcja jest zbyt droga, bo brakuje pieniędzy od inwestorów na rozwój nowych technologii produkcji i dystrybucji.

Josh Tetrick, współzałożyciel i dyrektor generalny firmy Just ma jeszcze inną strategię, która według niego zapewni rozwój jego firmy. Chodzi o laboratoryjną hodowlę popularnych, ale bardzo drogich mięs wysokiej jakości. Chodzi tu np. o wołowinę wagyu, czy Kobe, która osiąga dość absurdalne (z punktu widzenia większości ludzi) ceny w stylu 700 zł za niecały kilogram. Zdaniem Tetricka, dokładnie te same odmiany, hodowane laboratoryjnie już teraz mogą być tańsze od naturalnego oryginału. A jeśli dorzucimy do tego długoterminowy rozwój technologii hodowli laboratoryjnego mięsa, w dłuższej perspektywie każdy z nas będzie mógł sobie pozwolić na stek z wołowiny wagyu, sprzedawanej w bardzo podobnej cenie do zwykłej wołowiny.

Nie są to jedyne korzyści.

Na koniec zostawiłem sobie te oczywiste plusy laboratoryjnej hodowli tkanek zwierzęcych, z których zapewne większość ludzi zdaje sobie już sprawę. Przemysł hodowli zwierząt jest jedną z najbardziej produktywnych gałęzi przemysłu, jeśli chodzi o emisję gazów cieplarnianych. Przeniesienie tego procederu do laboratorium znacznie ją ograniczy, co oczywiście jest wspaniałą wiadomością. I to nie tylko dla ekologów.

Kolejna, niewątpliwa zaleta płynącą z nowego sposobu produkcji mięsa dotyczy kwestii etyki, z czym zgodzą się zapewne wszyscy weganie i wegetarianie. Kto wie, może część z nich wróci do jedzenia białka zwierzęcego – skoro przy jego laboratoryjnej produkcji przestaną cierpieć jakiekolwiek zwierzęta, to… czemu nie?

Dołącz do dyskusji