Sensor 18000 DPI, aż 10 przycisków i baaardzo wysoki profil. Corsair Ironclaw RGB Wireless – recenzja

Recenzja/Gry 17.09.2019
Sensor 18000 DPI, aż 10 przycisków i baaardzo wysoki profil. Corsair Ironclaw RGB Wireless – recenzja

Sensor 18000 DPI, aż 10 przycisków i baaardzo wysoki profil. Corsair Ironclaw RGB Wireless – recenzja

Producenci bezprzewodowego sprzętu dla graczy próbują odnaleźć się w rzeczywistości zdominowanej przez energooszczędne sensory Logitecha. Ciekawą alternatywę przygotowali amerykańscy korsarze, z iście gargantuicznym modelem Corsair Ironclaw RGB Wireless. Ależ przyjemnie trzyma się go w dłoni.

Corsair Ironclaw RGB Wireless to strzelista myszka. Bardzo strzelista. Profil tego gryzonia jest tak wysoki, że tylko posiadacze wielkich oraz średnich dłoni będą mogli korzystać z niej za pomocą chwytu typu palm. Silnie łukowa konstrukcja o sporym wzniosie wymusza na graczach z mniejszymi dłońmi chwyt typu claw. Stąd bardzo rozbieżne opinie na temat wygody użytkowania Ironclawa. Dla osób o sporych dłoniach myszka jest bardzo wygodna. Jeśli jednak masz krótkie palce, raczej nie jest to produkt dla ciebie. No chyba, że specjalizujesz się w gromieniu przeciwników chwytem claw.

Cena 349 zł
Chwyt palm, claw
Profilowana tak
Masa 130 g (sama mysz)
Tryb działania USB, WiFi 2,4 GHz, Bluetooth
Czas działania 16 – 24h
Czujnik PixArt PMW3391
Rozdzielczość 100–18 000 dpi
Raportowanie położenia 1000 Hz (1 ms)
Mikroprocesor 32-bitowy ARM
Liczba przycisków 10

Corsair Ironclaw RGB Wireless to jedna z niewielu „futurystycznych” myszy, które mi się podobają.

Nie cierpię tej odpustowej, gamingowej otoczki pompowanej przez producentów peryferiów. Każda myszka, każde słuchawki, każda klawiatura musi wyglądać jak jarzący się LED-ami statek kosmiczny. Takie tanie efekciarstwo może być atrakcyjne, gdy ma się kilkanaście lat. Jednak gracze z trzydziestką na karku szukają czegoś bardziej spójnego, estetycznego i eleganckiego. Corsair Ironclaw RGB Wireless nie ma w sobie nic ze skromności, ale mimo tego przypadł mi do gustu.

Gryzoń kojarzy się od frontu ze sportowym samochodem. Szczebelki podświetlonego grilla budzą na myśl skojarzenia z Fordami Mustangami. Profilowany tył jest już bardziej klasyczny. Guma po obu stronach zapewnia lepszy chwyt i miło, że producent pomyślał o ogumieniu dla palca serdecznego (prawa strona). Z kolei dzięki wysuniętej lewej stronie kciuk nie powłóczy po podkładce. Świetne jest także to, że boczne przyciski akcji zostały mocno wycofane. Dzięki temu nie ma żadnego problemu, aby sięgnąć do nich kciukiem bez odrywania dłoni od grzbietu.

To samo tyczy się bocznych przycisków przednich. Palec wskazujący bez problemu do nich sięga, bez odrywania dłoni od grzbietu urządzenia. Tak naprawdę jedyne przyciski, które zmuszają do zmiany chwytu, to przełączniki profili zlokalizowane nad kółkiem myszki. Czuć jednak, że cała konstrukcja została wykonana z głową. Położyłem łapę na wielu myszkach dla graczy i uwierzcie: nie jest to wcale takie powszechne, aby gracz zawsze miał dostęp do wszystkich przycisków dodatkowych bez odrywania dłoni. W Ironclawie się to prawie udało.

Oczywiście producent nie mógł się oprzeć jarmarcznym LED-om. Warto je wyłączyć.

Corsair Ironclaw RGB Wireless ma aż cztery strefy podświetlenia: logo na pleckach, przedni grill, kółko oraz boczne paski sygnalizujące DPI. Wyłączając zbędne LED-y radykalnie wydłużamy czas działania akumulatora. Zamiast 16 godzin pracy za pośrednictwem połączenia bezprzewodowego WiFi 2,4 GHz otrzymujemy 24 godziny. Diametralna różnica. Oczywiście te 24 godziny wciąż wypadają blado na tle sensorów HERO od konkurencyjnego Logitecha. Tutaj powstała rynkowa przepaść, której jak dotychczas nie udało się zakopać żadnemu producentowi myszy.

Alternatywą wobec połączenia 2,4 GHz jest tryb Bluetooth. Myszka cierpi wtedy na większe opóźnienie niż 1 ms, ale potrafi za to działać nawet do 50 godzin na jednym ładowaniu. Idealne rozwiązanie, jeśli zamiast grania przeglądamy Internet albo pracujemy w edytorze tekstowym. Fizyczny przełącznik tych dwóch trybów znajduje się na spodzie urządzenia. Tam też znajdziemy pozycję suwaka odpowiadającą za kompletne wyłączenie gryzonia.

Będąc jeszcze przy LED-ach – bardzo efektownym, chociaż niezbyt wydajnym rozwiązaniem są trzy boczne paski świetlne. Każdy z nich symbolizuje jedną z trzech wartości DPI, jaką możemy ustawić za pomocą dedykowanego oprogramowania iCUE. Tak czytelny, jasny i zrozumiały interfejs sprawia, że nigdy nie pomylimy profilu strzelca wyborowego z profilem żołnierza piechoty. Akurat tym diodom pozwoliłem się jarzyć nawet w trybie 2,4 GHz. Przydają się.

Korsarze postawili na absolutnie topowy sensor PixArt PMW3391.

Czujnik optyczny nie tylko działa z maksymalną wartością 18000 DPI, ale pozwala także zmieniać profile czułości co 1 punkt. Zazwyczaj skoki punktowe wynoszą 50, 100 albo nawet 200 DPI. Na tym tle Corsair Ironclaw RGB Wireless pozwala dopasować czułość do swoich potrzeb w sposób totalny. Oczywiście stworzone profile możemy zapisać bezpośrednio w pamięci urządzenia, aby nie musieć na nowo gmerać w opcjach podczas LAN Party u znajomych. Szkoda tylko, że Korsarze pokusili się o raptem trzy zamienne czułości, gdy standardem staje się powoli pięć jednoczesnych wariantów.

Oczywiście te 18000 DPI to sztuka dla sztuki. Wartość, z której nie skorzysta realnie żaden gracz. E-sportowcy z sukcesami na koncie rzadko kiedy wychodzą poza wartość 1600 DPI. Ponad dziesięciokrotnie więcej to overkill. Nawet bawiąc się na monitorze 32:9 maksymalna wartość DPI Ironclawa to dużo za dużo. Stąd parametry PMW3391 lepiej traktować jako slogan marketingowy niż coś, co realnie przyda się podczas gry w Battlefielda czy Call of Duty. No chyba, że jesteście weteranami techniki „piruety 360 stopni młotem Reinharda” w Overwatchu. Wtedy te 18000 DPI będzie jak znalazł.

Testy pokazały, że Corsair Ironclaw RGB Wireless to solidny gryzoń, który oszukuje tylko troszeczkę.

Przy wartościach charakterystycznych dla graczy – między 200 a 12000 DPI – nie ma mowy o jakiejkolwiek interpolacji. W moich testach sztuczne piksele zaczęły pojawiać się dopiero powyżej 15000 DPI. Jednak nawet dobijając do 18000 DPI interpolacja nie była powszechna, a sztuczne piksele nie pojawiały się w regularnym modelu 2+1 czy 4+1. Nie ma również mowy o akceleracji wpływającej na wyćwiczone, nieregularne i zmienne ruchy gracza.

Nie mogę również powiedzieć złego słowa o precyzji. Wykorzystując dwumetrową szynę testową, sensor pokonał trasę i wrócił po śladzie z ponad 98-procentową skutecznością. Wykonując obroty 360-stopni w grze FPS, celownik zawsze wracał na dokładnie to samo miejsce. Różnice były marginalne. Dlatego nie mam wątpliwości, że Corsair Ironclaw RGB Wireless to myszka, na której można ćwiczyć pamięć mięśniową. Gryzoń nie oszukuje, jest bardzo precyzyjny, a do tego świetnie radzi sobie na różnych powierzchniach. Nawet na blacie drewnianego stołu sensor rejestrował ruch z prędkością ponad 4m/s.

Mam za to mieszane uczucia co do oprogramowania pomocniczego. Korsarzom należy się plus za betę iCUE na macOS. Nie mogę również powiedzieć złego słowa o różnorodności personalizacji podświetlenia. Problem pojawia się za to podczas próby konfiguracji przycisków. iCUE to bardzo nieintuicyjny, bardzo problematyczny pod tym względem program. Z drugiej strony, gdy okiełzna się już aplikację pomocniczą, zyska się dostęp do masy możliwości. Oprogramowanie Korsarzy pozwala na znacznie, znacznie więcej niż software konkurencji. Najlepiej widać to w obszarze makr, sekwencji oraz funkcji.

Bardzo dobra, bardzo solidna mysz, która przegrywa z rynkową rewolucją.

Jak zdecydowana większość produktów amerykańskiej firmy, myszka Corsair Ironclaw RGB Wireless cechuje się wysoką jakością, przemyślaną konstrukcją oraz solidnym wykonaniem. Gdyby gryzoń zadebiutował na rynku w 2018 r., polecałbym go z ręką na sercu i słowem harcerza na ustach. Dojście do przycisków bocznych jest fantastyczne, Omrony na 50 mln kliknięć działają wzorowo, a rolka została znacząco ulepszona względem poprzednich konstrukcji firmy. Problem polega na tym, że jesteśmy już po bezprzewodowej rewolucji z końca 2018 r.

Po premierze sensorów HERO rynek myszy bezprzewodowych nie jest już taki sam. Te 16, 24 czy nawet 50 godzin działania na jednym ładowaniu wypadają blado w porównaniu do ponad 100 godzin ciągłej zabawy w Logitechach. Dlatego jeśli wydajność akumulatora jest dla kogoś kluczową kwestią podczas zakupu myszki, HERO wyprzedza jakąkolwiek konkurencję. Cierpią na tym gryzonie takie jak Corsair Ironclaw RGB Wireless, które są naprawdę dobre, naprawdę solidne i naprawdę ciekawe.

Największe zalety:

  • Świetnie osadzone przyciski boczne
  • Bardzo wygodna dla wielkich dłoni
  • iCUE pozwala na gigantyczne modyfikacje
  • W końcu praktyczne wykorzystanie LED-ów
  • Ogromna precyzja sensora
  • Dwa tryby bezprzewodowe: WiFi 2,4 GHz oraz Bluetooth

Największe wady:

  • Ulepszona, ale wciąż gorsza niż u konkurencji rolka
  • Przypisywanie akcji w iCUE
  • Zaledwie 16 godzin działania z włączonymi LED-ami
  • Taki sobie LoD

Jeśli ładowanie gryzonia co cztery dni nie jest za to dla ciebie problemem, na myszce Corsair Ironclaw RGB Wireless naprawdę można polegać.

Zdjęcia redakcyjne wykonane aparatem Canon EOS M50

Dołącz do dyskusji