Nowy dodatek do Civilization VI to moduł battle royale. Przeczytajcie, nim chwycicie za widły i pochodnie

Artykuł/Gry 16.09.2019
Nowy dodatek do Civilization VI to moduł battle royale. Przeczytajcie, nim chwycicie za widły i pochodnie

Nowy dodatek do Civilization VI to moduł battle royale. Przeczytajcie, nim chwycicie za widły i pochodnie

Najnowsza dodatkowa zawartość do strategii Civilization VI czerpie garściami z gatunku battle royale. Oto bowiem mapa świata nieustannie się zawęża, nacje są do siebie wrogo nastawione, pokój nigdy nie był opcją, z kolei wygrać może tylko jeden. Do tego dodajcie mutantów, bandytów, kultystów oraz klimat apokalipsy.

Wiemy, wiemy. Battle royale to zło. No, może gatunek sam w sobie nie jest fatalny. Wszakże gry takie jak Apex Legends, H1Z1, PUBG czy Fortnite dostarczyły mi oraz moim znajomym dziesiątki godzin emocjonującej zabawy. Problemem jest to, jak battle royale wpłynęło na cały rynek gier. Po kasowym sukcesie Epic Games każdy wydawca chciał mieć własny tytuł oparty o zasady battle royale. W ten sposób powstały takie potworki jak Firestorm w Battlefield V czy Blackout w Call of Duty.

Deweloperzy znanych i uznanych serii zostali zmuszeni do prac nad modułami BR. Cierpiała na tym klasyczna zawartość taka jak dobra kampania fabularna (CoD) czy mapy do rozgrywki wieloosobowej (BFV). W połączeniu z przesytem grami battle royale na stacjonarnych i mobilnych platformach sprawiało to, że popularny typ zmagań sieciowych zyskał bardzo wielu przeciwników.

Dlatego nie dziwię się, jeśli zgrzytacie zębami czytając o battle royale w strategii Civilization VI. Musicie jednak wiedzieć, że… cholera, ten moduł jest naprawdę dobry.

Kampania battle royale w Civilization VI nazywa się Red Death i jest zaskakująco grywalna.

Ludzkość nie zdała egzaminu. Ziściły się złowróżbne proroctwa z dodatku Gathering Storm. Zdewastowaliśmy naszą planetę, zatruliśmy rezerwuary wody oraz zrujnowaliśmy środowisko. Żyzna kiedyś Ziemia zamieniła się w jałowe pustkowia, a niezbędnego do życia tlenu zostało na ostatnie hausty. Mocarstwa dawno upadły. Po państwach nie ma już śladu. Zostały tylko klany i grupy nieustannie przemieszczających się istot, uciekających przed tytułową Czerwoną Śmiercią. To dusząca, radioaktywna, szkodliwa burza, która z każdą chwilą pochłania coraz większą część planety.

W odróżnieniu od podstawowej Cywilizacji, scenariusz Czerwonej Śmierci nie pozwala zakładać osad ani rozwijać miast. Po ludzkich aglomeracjach zostały jedynie ruiny, w których można znaleźć sojusznicze jednostki bojowe. Gracze pozostają więc w ciągłym ruchu. Przemieszczają się, próbując jednocześnie a) uciec przed Czerwoną Śmiercią, b) niszczyć uciekające jednostki wroga, c) przeszukiwać miasta i osady oraz d) przewidzieć, gdzie burza nadejdzie najpóźniej, fortyfikując dogodne pozycje.

Aby pokonać jedną z wielu wrogich frakcji, nie trzeba wycinać jej w pień. Wystarczy przejąć bądź zabić cywili, którzy są ruchomym sercem każdej ze stron. Cywile podróżują w karawanie, chronieni przez jednostki bojowe. Wystarczy jednak zostawić ich na moment samych, aby przeciwnik przejął je nawet bez walki. Coś na kształt osadników z podstawowej wersji gry. Musimy więc pamiętać, aby stale chronić bezbronnych cywili. Jeśli mamy ich tylko jedną jednostkę, wystarczy samobójczy atak przeciwnika wgłąb naszych szeregów, aby permanentnie usunąć naszą frakcję z szachownicy.

Jak łatwo przewidzieć, Czerwona Śmierć stawia standardową rozgrywkę na głowie.

Podczas kilku sieciowych potyczek spotkałem się z niesamowitymi taktykami innych graczy. Bardzo zaimponował mi oponent grający mutantami, który cały czas trzymał się krawędzi Czerwonej Śmierci. Jego armia była falą, która kroczyła równocześnie z katastrofą naturalną. Dlatego niemal do samego końca pozostał niezauważony przez przeciwników. Gdy my walczyliśmy o bezpieczne pozycje tracąc kolejne jednostki, on przyszedł jak tsunami. Tsunami wyposażone w czołgi oraz pojazdy rakietowe.

Na uwagę zasługuje również samo tempo rozgrywki. Grając w Czerwoną Śmierć nie musimy budować miast, rozwijać technologii, administrować gospodarką, zarządzać handlem czy krzewić jedyną słuszną wiarę. Dzięki temu domyślny czas na turę każdego gracza online wynosi domyślnie raptem minutę (czas ulega wydłużeniu w dalszym etapie rozgrywki). Co za tym idzie, nawet grając w 5 – 6 osób mecze są natychmiastowe, trwając od 30 minut do nieco ponad godzinę. Miła odskocznia od ślamazarnej sieciowej kampanii na gigantycznej mapie.

Oczywiście Czerwoną Śmierć trudno brać kompletnie na poważnie. Nie robią tego sami twórcy, utrzymując scenariusz w humorystycznym tonie na modłę serii Borderlands. Przykładowo, jedna z frakcji – Lordowie krawędzi – to w oryginalnej wersji językowej nie kto inny jak Edgelords. Nie wiecie co to zacz? Służę pomocą. Ewidentnie czuć, że Firaxis bawi się formą, mocno eksperymentując z fundamentami serii. Dzięki temu fani turowej strategii dostali ciekawą odskocznię pomiędzy długimi, wymagającymi i męczącymi kampaniami.

Zapomniałbym dodać: Czerwona Śmierć jest całkowicie darmowa.

Dołącz do dyskusji