Wideo dnia: pierwsza ekranizacja Wiedźmina przerobiona na sitcom. Smoka witają salwy śmiechu

Felieton/Technologie 07.08.2019
Wideo dnia: pierwsza ekranizacja Wiedźmina przerobiona na sitcom. Smoka witają salwy śmiechu

Wideo dnia: pierwsza ekranizacja Wiedźmina przerobiona na sitcom. Smoka witają salwy śmiechu

Trendy wskazują na wysoką dziś popularność tego prześmiewczego klipu na YouTube o polskim filmie Wiedźmin. Prosta modyfikacja ścieżki dźwiękowej boleśnie podkreśla, co z tym dziełem jest nie tak. Ale tak na dobrą sprawę, to… czego się właściwie spodziewaliśmy?

Młodsi Czytelnicy Spider’s Web mogą nie pamiętać okropnego filmu Wiedźmin, który przed 18 laty straszył w kinach polskich fanów prozy Sapkowskiego. A później, w nieco lepszej, rozszerzonej, serialowej wersji na antenie TVP. A ci co faktycznie go pamiętają… wspominają go z bólem. To była bardzo kiepska produkcja.

Pierwsza ekranizacja Wiedźmina przerobiona na sitcom

Autor kanału Kaka Projects dograł do sławetnej sceny ze smokiem śmiech rodem z realizowanych z udziałem publiczności sitcomów. To miał być bardzo dramatyczny i ważny fragment filmu, a wystarczą chichoty w tle, by oglądało się to jak skecz Monty Pythona. Kuriozalne kostiumy, zupełny brak zrozumienia ról przez aktorów, fatalne walory produkcyjne i wreszcie efekty specjalne rodem z animacji wprowadzających z gier na Amigę. Dramat. Choć nie było aż tak okropnie. Pan Żebrowski stworzył – moim zdaniem – genialną interpretację postaci Geralta, a sam film miał też piękne zdjęcia, choć po części to również zasługa cudnych polskich krajobrazów.

Czego się spodziewaliście?

Wiedźmin to film (czy tam serial), który tak po prostu musi wiele kosztować. Nie jest to opowieść wypełniona epickimi scenami batalistycznymi jak Władca Pierścieni, ale i tak przedstawia historię z alternatywnego świata. Nie może być kręcona tanim sumptem, bardzo trudno w niej zaoszczędzić na kostiumach, scenografii czy efektach specjalnych. Przecież są w niej strzygi, elfy, magia, walki na miecze, królowie i zamki. Że o smokach nie wspomnę.

Polscy filmowcy są niestety skazani na wieczną walkę o budżet, który i tak musi pozostać ograniczony. Problemem jest… polski język. Zachodni widzowie bardzo nie lubią filmów z napisami. Bardzo rzadko nieanglojęzyczny film zdobywa komercyjny sukces. Jeszcze rzadziej wysokobudżetowy.

Pamiętacie Miasto 44? Tak, wiem, nie każdemu ten film się podobał. Trzeba jednak przyznać, że technicznie był on nietypowo – jak na polską komercyjną produkcję – dobry. Ten film mógł liczyć na dodatkowy zastrzyk gotówki w formie obowiązkowych wycieczek szkolnych. Plus tuż przed projekcją dobre kilkadziesiąt, może kilkaset sekund (nie pamiętam dokładnie) wyświetlane były plansze z logotypami sponsorów. Jestem przekonany, że gdyby nie tematyka i wspomniane mecenaty, Miasto 44 nie mogłoby powstać. A przynajmniej nie w tak atrakcyjnej wizualnie formie.

Filmoserial Wiedźmin nie miał wsparcia komercyjnego w formie ekstremalnie popularnej gry wideo. Jego twórcy nie dysponowali zdobyczami nowoczesnej techniki do efektów cyfrowych, nie zdziwiłbym się, gdyby obśmiewany w filmiku smok faktycznie powstał na Amidze. To nie mogło się udać, bo produkcja ta wymagała większego budżetu niż przyszłe wpływy z kin i telewizji.

Niski budżet to nie jedyny problem starego filmowego Wiedźmina. Pozostałe błędy jednak również nie dziwią.

Ktoś słusznie mógłby zauważyć, że nieanglojęzyczne produkcje potrafią jednak odnieść sukces na całym świecie. Wystarczy spojrzeć na niemiecki serial Dark. Język dialogów fonetycznie co poniektórych wręcz odstrasza, a i tak produkcja Netfliksa jest chwalona przez krytyków i fanów posługujących się wieloma różnymi językami. Da się? No dobrze, tyle że Niemcy od dekad uczą się tworzyć filmy science-fiction i fantasy. Film Niekończąca się opowieść (tak, to produkcja z RFN, jakby ktoś nie wiedział) powstał jeszcze przed moimi narodzinami. A teraz zestawmy to kultowe dzieło z wydaną w tym samym roku do kin polską Seksmisją.

Wrażenie, że aktorzy i ekipa filmowa odpowiedzialna za starego Wiedźmina nie ma pojęcia, co właściwie robi na planie, jest prawdopodobnie uzasadnione. Jestem wręcz przekonany, że tak było. Gdy buntownicy z Hollywood eksplorowali nowe granice kina w formie Gwiezdnych wojen, Willowa, Conana czy Nieśmiertelnego, polscy filmowcy mogli sobie pozwolić co najwyżej na takie zabawy formą, jak Kingsajz czy filmy o Panu Kleksie. Nie to by były to złe produkcje – uwielbiam te filmy – ale sami rozumiecie. Jakoś nie było klimatu na narodziny polskiego Luca Bessona.

Film o Wiedźminie był jaki był, bo nie miał pieniędzy, a my – w sensie polski przemysł filmowy – nie mamy zielonego pojęcia o kręceniu takich produkcji. Dopiero się tego uczymy. Czasem nawet odnosimy sukcesy i uznanie krytyków i fanów, wystarczy przypomnieć produkcje Platige Image. Jestem też przekonany, że w komentarzach pod tym tekstem pojawią się linki do zwiastunów naprawdę dobrze zapowiadających się produkcji niezależnych.

Na razie jednak szczytem naszych możliwości jest miernota, taka jak Netfliks Oridżinal w formie serialu 1983. Jest w nim nawet sporo fajnych pomysłów. Zdjęcia nie odstają od zachodnich produkcji. Nawet to się trzyma kupy, jest nieporównywalnie lepiej niż w Wiedźminie. Ale musimy jeszcze natłuc kilkanaście czy kilkadziesiąt takich produkcji, by się nauczyć. Wtedy może i powstanie taki polski Dark.

Póki co jednak dobrze się stało dla fanów Geralta, że serialowy Wiedźmin jest tworzony przez Amerykanów. Bo nawet gdyby Netflix sypnął nam groszem, to i tak jeszcze nie umiemy. A stary Wiedźmin, po dziś dzień obśmiewamy, to tylko kolejna lekcja. Kiedyś się nauczymy. Przypominam, że i w Hollywood zaczynali od czegoś takiego:

Dołącz do dyskusji