Koniec z 5v5 w Battlefield V. DICE ma jednak na koncie 5 grzechów, przez które Battlefield nie jest Battlefieldem

Artykuł/Gry 26.08.2019
Koniec z 5v5 w Battlefield V. DICE ma jednak na koncie 5 grzechów, przez które Battlefield nie jest Battlefieldem

Koniec z 5v5 w Battlefield V. DICE ma jednak na koncie 5 grzechów, przez które Battlefield nie jest Battlefieldem

Z ulgą i zadowoleniem przyjąłem informację, iż DICE rezygnuje z dalszych prac nad trybem 5v5 w grze Battlefield V. Co nie oznacza, że gra trafiła na dobre tory. Twórcy wciąż mają na sumieniu pięć grzechów głównych, przez które piąta odsłona nie jest tak dobra jak mogłaby być.

Bycie fanem Battlefielda nie jest dzisiaj łatwe. Na każdy dobry krok DICE popełnia dwa albo trzy kroki fatalne. Studio przybliża się nimi do krawędzi przepaści. A przecież fani nie oczekują niczego nadzwyczajnego. Wszystkim nam wystarczyłby dobry, klasyczny, drugowojenny Battlefield. Niestety, DICE robi co tylko może, aby ich strzelanina była jak najdziwniejsza, najbardziej nietypowa i radykalnie odbiegająca od tego, czego chcą gracze. W osiem miesięcy od premiery strzelaniny twórcom nazbierało się wiele grzeszków. W tym pięć grzechów głównych:

Grzech I – Battle Royale w postaci Firestorm

fortnite aktualizacja cross play

Wraz z każdym kolejnym aktem (aktualizacja przynosząca nowe wyzwania oraz nową zawartość) DICE trwoni środki na odświeżanie trybu Firestorm. To wariacja rozgrywki battle royale dla 64 graczy na wielkiej, otwartej mapie. Twórcy regularnie ją odświeżają, dodając nowe obiekty i zmieniając teren. To deweloperska orka, którą można by przesunąć do innego obszaru. Na przykład do tworzenia nowych map dla klasycznego multiplayera.

Firestorm nie wypalił. Dzisiaj moduł battle royale jest uruchamiany tylko i wyłącznie przez fanatyków chcących wykonać wszystkie wyzwania danego aktu. Nie chodzi o to, że tryb jest kiepski. Po prostu fani Battlefielda nie po to uruchamiają grę, aby bawić się z namiastką PUBG. To egzotyka, która przestała być ciekawa w dwa tygodnie po zaimplementowaniu. Mimo tego DICE pudruje tego trupa, naiwnie licząc na ochłapy ze stołu Fortnite’a. Może nawet nie tyle DICE, co samo EA…

Grzech II – zapatrzenie w Fortnite i najnowsze trendy

battlefield V zmiany nowosci opinie 1

Podobają mi się twierdzenia, iż Battlefield V jest grą dla udziałowców EA, nie dla fanów. Wyobrażam sobie, że gdy DICE projektowało swój nowy tytuł, do studia wpadło kierownictwo EA: – Druga wojna światowa jest okej, ale zobaczcie, ile zarabia Fortnite! Niech w waszej grze będzie battle royale! I skórki! Takie fajne, dla młodych. Jakaś kobieta z protezą. Dajcie sporo mniejszości. Jak w sklepie Epic Games. Ma być modnie i progresywnie. Nasze analizy pokazują, że to się sprzedaje.

DICE musiało połączyć wodę z ogniem. Z jednej strony mamy udokumentowaną drugą wojnę światową i oczekiwania fanów. Z drugiej skórki, katany, mniejszości, malowania twarzy i moduł battle royale. Gdyby producenci próbowali połączyć oba te światy w jakimś spin-offie pokroju Bad Company, mogłoby to wyglądać kompletnie inaczej. Jednak DICE wniosło całe to szaleństwo Free2Play do piątego Battlefielda. Fani nie mogli tego wybaczyć. Dalej nie mogą.

Grzech III – sabotaż ulubionych trybów i kompleks Call of Duty

DICE cierpi na olbrzymi kompleks Call of Duty. Z jednej strony twórcy chwalą się swoimi epickimi bitwami na 64 graczy. Jednak z drugiej marzy im się ten turniejowy, twitchowy sznyt charakterystyczny dla Call of Duty, CS:GO czy Rainbow Six Siege. Stąd nieustanne eksperymenty z trybami redukującymi liczbę graczy. Lada moment trafi do BFV moduł 12v12 na nowych, ciasnych mapach dla piechoty.

Problem polega na tym, że większość społeczności w ogóle nie chce turniejowych, drużynowych zmagań. Na rynku istnieje masa gier tego typu. Samo EA posiada wiele IP, które mogłyby rywalizować z CoD’em. Na przykład Apex, Titanfall czy Medal of Honor. Jednak Battlefield jest dobry tylko wtedy, gdy jest Battlefieldem. Gdy jest wielki. Gdy jest epicki. Gdy pozwala na jednoczesną walkę na lądzie, na morzu i w powietrzu aż do 64 graczy.

DICE marnuje zasoby na eksperymenty z rozgrywką ala Call of Duty. W tym samym czasie ulubione tryby społeczności – Frontlines czy Rush – są sabotowane i serwowane rotacyjnie. W ten sposób twórcy kompletnie rozjeżdżają się z oczekiwaniami własnych fanów. Z kolei fani naprawdę nie chcą nie wiadomo czego. Wystarczy im więcej broni, więcej map i więcej trybów na 64 graczy. To naprawdę proste.

Grzech IV – wciąż nie zobaczyliśmy Stalingradu i Normandii

Podczas tworzenia map do BFV DICE postanowiło zapoznać graczy z mniej znanymi bitwami drugiej wojny światowej. Moim zdaniem świetny pomysł. Dzięki niemu dostaliśmy tak kapitalne areny jak Merkury czy Marita, zapoznające społeczność z inwazją Osi na Grecję. Wiele czasu spędziliśmy również w Norwegii, zazwyczaj omijanej w grach o tematyce WWII. Problem polega na tym, że na wiele map pokazujących nieoczywiste i niebanalne starcia brakuje chociaż kilku z tymi ukochanymi, rozpoznawalnymi miejscami.

Po 8 miesiącach od premiery BFV gracze wciąż nie mogą walczyć pod Stalingradem czy na plaży Omaha. Dalej nie możemy zdobyć Monte Cassino ani nie mamy okazji wjechać do Berlina. Nikt z nas nie dostał pozwolenia aby jeździć czołgiem pod Kurskiem, a także nikt z nas nie może doświadczyć horroru ofensywy w Ardenach. Zamiast tego toczymy bitwy na kolejnych greckich i norweskich wysepkach. Żeby było zabawniej, bez możliwości prowadzenia działań na wodzie. Pierwszą kultową areną w Battlefield V będzie Iwo Jima. Premiera? Jesień – zima tego roku.

Grzech V – deweloperska fuszerka

Mało który Battlefield działa jak w zegarku zaraz po premierze. Są jednak odsłony, których awaryjność i wadliwość jest częściowo zrozumiała. Na przykład Battlefield 4, który zadebiutował pomiędzy dwoma generacjami konsol. Jednoczesna obecność sieciowej strzelaniny na PS3, X360, PS4, XONE oraz PC była sporym wyzwaniem. Jednak w przypadku piątej odsłony DICE nie ma żadnego usprawiedliwienia na deweloperską fuszerkę.

Zdaje się wręcz, że Battlefield V jest bardziej zabugowany kilka miesięcy po debiucie, niż na własną premierę. Gracze stawali się niewidzialni. Obrażenia przestawały być rejestrowane. Do tego producenci dokonywali radykalnych zmian z dnia na dzień, zmieniając suwaki celności czy obrażeń. Wszystko to bez konsultacji ze społecznością i bez eksperymentowania na publicznych serwerach testowych.

Dzisiaj, w osiem miesięcy od premiery, Battlefield V wciąż jest trawiony bugami. Dla DICE problemem nie do rozwiązania jest na przykład audio powiązane z krokami przeciwników. Coś tak banalnego, coś tak oczywistego… Można mieć wrażenie, że ekipa produkująca BFV składa się z samych żółtodziobów. Jak gdyby wszyscy pracownicy studia, którzy zjedli zęby na sieciowych strzelaninach, opuścili je w przeciągu ostatnich miesięcy.

Być może jest to częściowo prawda.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji