Na koniec świata bez doładowywania akumulatora. Zegarek sportowy Suunto 5 – recenzja

Premium/Sprzęt 16.07.2019
Na koniec świata bez doładowywania akumulatora. Zegarek sportowy Suunto 5 – recenzja

Na koniec świata bez doładowywania akumulatora. Zegarek sportowy Suunto 5 – recenzja

Ok, może w 40 godzin nie okrążymy świata (chyba że samolotem), ale z pewnością zdążymy w tym czasie pokonać niejeden bieg ultra.

O co chodzi z tymi 40 godzinami? Na dokładnie tyle starcza akumulator zegarka Suunto 5 w odpowiednim trybie oszczędzania energii. Ale że to nie jedyna ważna informacja na jego temat…

… oto 20 najważniejszych rzeczy, jakie warto wiedzieć o Suunto 5 (i pozostałych zegarkach Suunto)

  • Suunto 5 jest środkowym modelem w numerowanej ofercie producenta. Poniżej niego jest Suunto 3 Fitness (bez GPS), natomiast powyżej – Suunto 9 i 9 Baro. 3-ka kosztuje 999 zł, natomiast 9-tka w bazowej wersji – 2199 zł, a Suunto 9 Baro – 2999 zł. 5-kę wyceniono z kolei na 1459 zł, czyli połowę najbardziej wypasionej 9-tki.
  • Suunto 5 ma masę 66 g, czyli jest lżejszy od 9-tki (72 g) i wyraźnie cięższy od 3-ki (36 g)
  • podobnie jak Suunto 3 ma ekran o rozdzielczości 218×218 pikseli, który nie jest dotykowy (Suunto 9 – dotykowy, 320×300 pikseli). Ekran jest przy tym chroniony kryształem mineralnym (szkło mineralne w 9, poliamid w 3)
  • Suunto 5 ma paski o szerokości 22 mm. W 9-tce szerokość wynosi 24 mm, a w 3-ce – 20 mm
  • Suunto 5 ma wodoszczelność określaną na 50 m, w przeciwieństwie do 3, która oferuje 30 m i 9, która oferuje 100 m
  • wszystkie zegarki mają wbudowany czujnik tętna. 3 nie ma przy tym GPS
  • w standardowym trybie treningowym Suunto 5 wytrzyma bez ładowania 20 godzin. W trybie oszczędnym – do 40 godzin. Suunto 9 wytrzyma od 25 do 120 godzin
  • wszystkie zegarki zliczają kroki, spalone kalorie i monitorują sen (aczkolwiek w 5 ta funkcja jest najbogatsza w dane)
  • Suunto 5 ma pomiar VO2max
  • 5 i 9 obsługują GPS, GLONASS, GALILEO i QZSS
  • 5 i 9 mają funkcję nawigacji po wyznaczonych wcześniej trasach, oczywiście bez podkładu mapowego.
  • 5 i 9 pobierają informacje na temat wysokości z danych GPS, tylko Suunto 9 Baro ma faktyczny pomiar wysokości
  • wszystkie zegarki współpracują z akcesoriami Bluetooth (czujniki tętna, footpody, etc.)
  • wszystkie zegarki zapewniają informacje dotyczące czasu regeneracji
  • Suunto 5 jako jedyne z gamy Suunto określa na bieżąco poziom zasobów, czyli energię, jaka pozostała nam w ciągu dnia (jak Body Battery u Garmina)
  • Suunto 9 ma cyfrowy kompas, Suunto 5 i 3 nie mają go wcale
  • Suunto 5 i 9 obsługują ponad 80 typów aktywności. 3 ma ich zaledwie 70
  • Suunto 9 ma regulowany poziom podświetlenia. 5 ma podświetlenie regulowane w zakresie włączony-wyłączone
  • Suunto 5 ma adaptacyjne plany treningowe
  • Suunto 5 ma pomiar obciążenia/stresu w ciągu dnia

Ok, to skoro podstawy mamy wstępnie ogarnięte, można przejść do konkretów.

I nie da się w tym przypadku zacząć od czegoś innego niż od tego, jak Suunto 5 wygląda.

Suunto 5 – wygląd

Już tutaj można do oceny Suunto 5 podejść na dwa sposoby. Z jednej strony – szczególnie w kolorze miedzianym z grafitowym paskiem (dostępnym w Polsce na wyłączność w Komputroniku) – ten model Suunto wygląda imponująco… outdoorowo. Zestawmy go chociażby z kosztującym podobnie Forerunnerem 645 i Garmin, jak bardzo by się nie starał, wygląda dużo bardziej, powiedzmy to, miejsko. Gdybym na bazie samego wyglądu miał dobrać zegarek na podróż dookoła świata, wybrałbym bez wahania Suunto.

Nie da się jednak nie zauważyć, że wraz z pancerną prezencją pojawiają się też wady. Przede wszystkim zegarek ma okrutnie niekorzystny stosunek wyświetlacza do całej powierzchni frontu. Najpierw mamy spory metalowy bezel, później jeszcze sporą czarną obwódkę, a dopiero potem zaczyna się stosunkowo niewielki ekran. Tutaj już 645 (odrobinę droższy od Suunto 5), ba, pewnie i nawet 245 (odrobinę tańszy), a także nowy Polar Ignite, wypadają lepiej.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia podbródka. Suunto nie zdecydowało się ukrywać anteny GPS wewnętrz zegarka i zamiast tego umieściło ją na sztywnym elemencie poniżej koperty, w osi paska.

Owszem, wszystko, co poprawia dokładność GPS jest jak najbardziej porządane. Ale trzeba mieć świadomość, że taka wysunięta antena sprawia, że zegarek jest odrobinę mniej wygodny od takich, które tego dodatku w takiej formie nie mają.

Masywny bezel i bezdyskusyjna solidność całej konstrukcji sprawiają też, że Suunto 5 jest stosunkowo ciężki. Ok. 66 g to jeszcze nie tragedia, ale jeśli ktoś głównie biega i lubi lekkie sprzęty, to Forerunner 645 jest o 1/3 lżejszy. Z drugiej strony, Fenix 5, którego obecnie można kupić niewiele drożej niż Suunto 5, jest o kolejne 20 g cięższy.

Wygląd pozostaje więc kwestią wyboru i preferencji – jak dla mnie Suunto 5 wygląda naprawdę dobrze i bojowo. Masa i rozmiar są jednak bezdyskusyjne. Jeśli ktoś lubi duże zegarki – może czytać dalej. Jeśli woli coś ultra lekkiego – już na starcie polecałbym się bardzo, bardzo mocno zastanowić.

Mały ekran, wielkie bogactwo.

W związku z tym, że Suunto 5 nie ma ekranu dotykowego, w całości obsługuje się go za pomocą pięciu przycisków z solidnym, wyraźnym klikiem, z których dwa umieszczono po lewej stronie, natomiast pozostałe – po prawej. Zrozumienie filozofii obsługi zegarka – nawet jeśli ktoś wcześniej korzystał z produktów konkurencji – nie powinno stanowić dla nikogo wielkiego wyzwania. 10-15 minut nauki i już możemy poruszać się po menu niemal na pamięć.

Pomaga w tym też fakt, że menu ułożono nad wyraz sensownie i logicznie, a dostęp do dodatkowych opcji jest niemal zawsze tam, gdzie się tego spodziewamy. I dobrze, bo już tutaj muszę wspomnieć o małym-dużym problemem.

Tym problemem jest aplikacja Suunto.

W wielkim skrócie: Suunto jest obecnie w trakcie wygaszania swojego poprzedniego serwisu i przechodzenia na jego nową wersję. 5-tki do starszej wersji serwisu nie podłączymy – możemy korzystać tylko z tego nowego. A ten nowy ma trochę braków, które powodują, że do aplikacji będziemy zaglądać stosunkowo rzadko, natomiast większość rzeczy będziemy – czy tego chcemy, czy nie – robić na zegarku.

Przykładowo z poziomu aplikacji Suunto (pięknej i przejrzystej, tak swoją droga) nie możemy ustawić nawet takich podstaw, jak naszego wieku, masy czy płci. Nie możemy też zaplanować z jej poziomu chociażby interwałów czy sprawdzić niektórych statystyk. Wszystko to musimy robić z poziomu zegarka.

Szkoda i mam mocną nadzieję, że Suunto poprawi to w przyszłości. Podobnie jak np. to, że niektóre maile z serwisu Suunto wysyłane są dalej z grafiką… Sports Trackera. Halo, to już 4 lata!

Ale wróćmy do samego zegarka, a i o aplikacji Suunto też będzie za chwilę.

Cały system operacyjny Suunto 5 podzielony został na tarcze – niektóre z nich umieszczono powyżej tarczy głównej (ćwiczenie, nawigacja, dziennik, stoper, ustawienia), natomiast część poniżej niej (tętno, stres, kroki, trening, sen, VO2max). W niektórych przypadkach (jest to wyraźnie oznaczone na danej tarczy) można przejść do dodatkowej strony danych. I tak np. na tarczy treningu możemy kliknąć środkowy przycisk i przejść do ekranu z kalendarzem nadchodzących treningów. Proste, czytelne, wygodne.

Trochę gorzej jest natomiast, jeśli chodzi o personalizację tych ekranów. Tarcze główne zegarka są w sumie dwie i oferują niewiele dodatkowych pól na bonusowe informacje. Kolejności tarczy też nie za bardzo możemy modyfikować, nie mówiąc już o ich usuwaniu.

Nie możemy też żadnej tarczy dodać. Suunto 5 nie obsługuje żadnych dodatkowych aplikacji bezpośrednio na zegarku. I o ile normalnie bym na to nie narzekał, tak tutaj okrutnie brakowało mi banalnej prognozy pogody. Nie chodzi mi już nawet o alerty burzowe na podstawie zmiany ciśnienia. Wystarczyłoby pobieranie danych ze smartfona, żebym łatwo i szybko mógł sprawdzić, czy warto wyjść teraz pobiegać, czy zleje mnie deszcz i może przełożyć bieganie na jutro. Możliwe, że po prostu użytkownicy Suunto trenują niezależnie od pogody – i chwała im za to. Ale prognoza by się przydała, serio.

Co możemy trenować? Praktycznie wszystko.

Suunto nie ma brzydkiego zwyczaju ogałacania swoich tańszych zegarków z trybów sportowych (Garminie, przestań to robić), w związku z czym na 5-tce możemy trenować co tylko nam się żywnie podoba. A jeśli nie pasują nam domyślnie wgrane, z poziomu aplikacji Suunto możemy dodać kilkadziesiąt dodatkowych.

Ba, nie musimy opierać się na gotowcach – możemy niemal dowolnie modyfikować zarówno nazwę, jak i pola danych, a także dodawać nowe ekrany danych. Pełna dowolność, a do tego z wygodnego, większego ekranu smartfona, a nie z niewielkiego wyświetlacza na zegarku. Brawo.

Nie-brawo należy się natomiast za to, że nie można edytować domyślnych trybów sportowych znajdujących się już na zegarku. Tak – trzeba je skasować, dodać jeszcze raz jako własne i wtedy dopiero możemy ustawić ekrany i pola danych tak, jak chcemy.

PS. Tak, jest opcja triathlonu.

Czas na trening!

I tutaj mamy do wyboru cztery opcje. Możemy albo skorzystać z treningu adaptacyjnego od Suunto, albo ustalić sobie interwały lub inną formę treningu, albo biec po ustalonej trasie, albo pozwolić sobie na pełną dowolność.

To teraz po kolei:

Adaptacyjne plany treningowe

Bardzo ciekawe rozwiązanie, bijące na głowę konkurencję pod niektórymi względami, natomiast pod niektórymi niestety przegrywające z nią potężnie.

W dużym uproszczeniu – Suunto w modelu 5 oferuje uniwersalne plany treningowe. Nie są to plany treningowe dedukowane jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej. To po prostu plany treningowe mające podnieść naszą ogólną sprawność, podzielone na trzy poziomy.

Jak to działa? Początkowo ustalamy, czy chcemy utrzymać nasz obecny poziom sportowy, podnieść go czy też podnieść w znaczącym stopniu, po czym Suunto 5 tworzy nam rozpiskę treningów na nadchodzące dni. Treningi opisane są w dość ogólny i prosty sposób, czyli np. Łatwy, Trudny albo Bardzo Trudny, co określa nic innego niż – w przybliżeniu – strefę tętna, w której mamy się utrzymać.

I ponownie – to nie muszą być treningi biegowe. Może to być jazda rowerem czy cokolwiek innego, co pozwoli nam utrzymać odpowiedni poziom tętna.

W czym te treningi adaptacyjne od Suunto brylują? Chociażby w tym, że przy planowaniu kolejnych treningów biorą pod uwagę chociażby nasz poprzedni trening i jego intensywność, a także regenerację. Jeśli mamy na jutro zaplanowany mocny trening, ale zdecydujemy się na trening sprintów dzisiaj, Suunto albo przesunie jutrzejszy trening na później, albo w ogóle zastąpi go innym. Nie możemy się więc zajechać, nawet jeśli nie przestrzegamy do końca wytycznych treningu z kalendarza.

Słabą stroną jest natomiast fakt, że nie są to treningi, które – przynajmniej jeśli chodzi o ich ogólnie pojmowaną celowość – pomogą nam np. urwać kilka minut na półmaratonie. Suunto 5 i jego cyfrowy trener mają gdzieś, czy szykujemy się na start do 10 km czy do maratonu, a także czy chcemy przebiec te 10 km w 35 minut czy w godzinę.

Gdyby udało się połączyć adaptację na poziomie, który już teraz oferuje Suunto, z porządnym treningiem strukturalnym – to byłoby coś naprawdę dużego. Niestety na razie to tylko połowa drogi, ciekawa raczej dla początkujących albo dla tych, którzy po prostu chcą coś trenować i chcą wiedzieć ile tych treningów (i jakich) powinno być.

Szkoda też, że nijak nie da się podejrzeć planowanych przez asystenta treningów w aplikacji. Nic. Nie ma. Aplikacja na telefonie udaje, że w ogóle nie ma takiej funkcji.

Oczywiście Suunto oferuje integrację m.in. z serwisem TrainingPeaks (i nawet daje darmowy okres testowy z tej okazji), gdzie znajdziemy treningi strukturalne, ale nie ma sposobu, żeby wgrać te treningi do zegarka. Musimy je zapamiętać, wykonać, zsynchronizować z telefonem, a potem sprawdzić, czy zrobiliśmy je dobrze. Znów – przydałby się krok dalej.

Interwały i inne

Tutaj opcji mamy kilka. Możemy ręcznie utworzyć interwały (czas/dystans, ale już nie strefa tętna), liczbę powtórzeń i czas odpoczynku. Ewentualnie możemy też określić planowany dystans albo czas treningu (znów – zabrakło np. spalonych kalorii).

Czego brakuje? Możliwości większej konfiguracji tych treningów. Z różnym czasem rozgrzewki, z różną długością interwałów, z różnym czasem odpoczynku między mocniejszymi akcentami. I tak dalej, i tak dalej. Jest tutaj tak prosto, że aż za prosto. A gdyby tego było mało – nie da się zapisać naszych ulubionych interwałów – za każdym razem wszystko musimy ustawić od nowa.

Dodatkowo boli fakt, że wszystkie te opcje trzeba zmieniać z poziomu niewielkiego ekranu, przeklikując się czasem po kilka razy przez te same opcje. Z poziomu telefonu zajmowałoby to dużo mniej czasu.

Po trasie

Tutaj ciekawostka. O ile treningów nie da się planować z poziomu telefonu, o tyle z aplikacji da się już bez problemu planować trasę naszego biegu. I w tym miejscu Suunto należy się duży plus – ta funkcja działa chyba najlepiej na rynku.

Działanie jest banalnie proste. Otwieramy aplikację, wybieramy odpowiednią opcję, klikamy w kolejne punkty planowanej trasy, a Suunto – korzystając m.in. z heatmapy – rysuje już naszą trasę dokładnie tam, gdzie da się biegać (albo uprawiać inną aktywność). Podliczając przy tym takie rzeczy jak chociażby dystans. Kolejne kliknięcie, chwila czekania i już nasza trasa jest w zegarku, możemy biec według wskazań zegarka. Dodatkowo taka nawigacja działa w niemal każdym trybie – czy to sportowym, czy treningowym.

Wada? Oczywiście brak podkładu mapowego, ale w wielu przypadkach nie jest on przesadnie potrzebny.

Czas ruszyć – w stylu dowolnym.

Jeśli już wyjdziemy z ustawień i przejdziemy do głównego ekranu treningowego, to na początek rzuci nam się w oczy jeden miły dodatek. Przed rozpoczęciem faktycznego treningu Suunto 5 zawsze podpowie nam, na ile czasu starczy energia w akumulatorze. Niby malutkie ułatwienie, ale aż dziwne, że nikt tego jeszcze nie skopiował. Tak samo jak tego, że łatwo i szybko możemy się przełączyć pomiędzy trybem wysokiej wydajności pomiarów, a dłuższym czasem pracy na akumulatorze.

Jeśli natomiast przestaniemy gapić się na wskaźnik akumulatora i ruszymy w trasę (po tym, jak Suunto 5 da znać, że zlokalizował satelity – czasem zajmuje mu to dość długo), to przekonamy się, że nawet mimo niewielkiego, lekko kolorowego ekranu o niezbyt wysokiej rozdzielczości, wszystkie ekrany danych i pola danych ułożono schludnie i czytelnie. Nie ma większych problemów, żeby domyślić się, gdzie i co jest, i co oznacza.

Troszkę można jedynie przyczepić się do samej jakości ekranu. Jest raczej wyblakły, ma umiarkowany kontrast i wcale nie takie mocne podświetlenie. W większości przypadków nie jest to problemem – tym bardziej, że to zegarek sportowy, a nie smart zegarek – ale w naprawdę ostrym słońcu czasem czuć te braki.

Dokładność GPS

Wystający podbródek powinien dawać jakąś przewagę nad konkurencją. I… daje. Tutaj przykładowy bieg w zestawie z Garminem 945 i Polarem Ignite:

Wszystkie zarejestrowały dość podobny dystans końcowy – według Polara trasa miała 6,32 km, według 945 – 6,34 km, natomiast według Suunto – 6,4 km. Różnica 80 m na całym dystansie – niezbyt wiele.

Kiedy jednak przyjrzeć się szczegółom, okazuje się, że zegarek Suunto był przeważnie najbliżej prawdy. A przynajmniej najlepiej szło mu utrzymanie się w obrębie drogi (i to nawet po właściwej stronie!).

Najlepiej też radził sobie z zakrętami:

I narysował najsensowniejszy przebieg trasy pod wiaduktem – zarówno jeśli chodzi o punkt wbiegnięcia pod wiadukt, jak i wybiegnięcia spod niego.

Szokująco wręcz dobrze poradził sobie również z otoczeniem wyższych bloków, gdzie pozostałe zegarki właściwie się poddały:

Podczas innego biegu w okolicy też nie miał problemów z innym wiaduktem, aczkolwiek trochę gorzej poszło mu odnalezienie się chwilę po wybiegnięciu spod niego:

I może to przypadek, ale kawałek później jako jedyny trafił faktycznie w pasy – dokładnie tak, jak przebiegałem:

Oczywiście w kwestii lokalizacji GPS nie ma urządzeń całkowicie bezbłędnym. Suunto 5 też zdarza się czasem przesunąć nas o kilka metrów, ale trudno mieć do tego zegarka większe zastrzeżenia pod tym względem.

Co innego, jeśli chodzi o tętno…

Wbudowany czujnik tętna

I już na powyższym zrzucie ekranu widać, o co mi chodzi. Początkową część biegu wszystkie trzy urządzenia (Polar OH1, Suunto 5 i Garmin 945) zapisały mniej więcej zgodnie. Pierwsze dwa krótkie mocniejsze akcenty w drugiej połowie biegu też wyglądają w porządku. Ale później – jeśli chodzi o Suunto 5 – mamy do czynienia w dużej mierze z chaosem.

Przybliżmy:

Pierwsze i drugie przyspieszenie jest super. Różnice w tętnie wynoszą pojedyncze BPM i nie można się przyczepić do któregokolwiek z urządzeń. Trzecie, czwarte i piąte przyspieszenie Polar OH1 i Garmin 945 policzyły zgodnie, podczas gdy zegarek Suunto po prostu odpłynął.

Nie wyłapał regeneracji po drugim interwale, po trzecim również, a przy czwartym zrobił górkę na 10 BPM. Po czym nagle wrócił do reszty stawki i przy piątym ponownie przestrzelił i dobrych 6 BPM. A potem znowu się uspokoił. Ale tylko po to, żeby w dalszej części zrobić coś takiego:

I tak – pozostałe dwa sprzęty też nie były wiecznie idealnie zgodne. Ale w ich przypadku różnice były minimalne (z wyjątkiem jednego dołka przy 33 minucie, ale to nadal 2-3 BPM).

Niestety nie jest to kwestia konkretnego, pechowego biegu. Tak wyglądał inny bieg:

Tutaj z kolei z Suunto coś złego stało się już na samym początku. Zamiast pokazywać uczciwe okolice 136-140 BPM, pokazywał około 170 BPM. Zdecydowanie zbyt intensywna rozgrzewka. Takie przypadki jednak zdarzały mi się nawet z pasami na klatkę piersiową, więc można byłoby to przeżyć…

… gdyby nie fakt, że Suunto 5 szalał także później. Nie trzeba już nawet przybliżać wykresu, żeby zobaczyć, że przed 29 minutą 5-tka wyrwała się z obliczeniami tętna o jakieś 20-30 BPM ponad dwa pozostałe urządzenia. A i wcześniej też podskakiwała. 

Nie mam przy tym pojęcia, czy to kwestia oprogramowania i ewentualnie mojego egzemplarza, czy może po prostu czujnik Suunto nie jest do końca zgodny ze mną, moją skórą i moim tętnem. Ale o ile wyniki z GPS są świetne, o tyle pomiary tętna z nadgarstka niestety na takie wyniki niekoniecznie już zasługują.

Oczywiście zdarzają się biegi, gdzie wykresy tętna są zgodne z rzeczywistością. Szkoda tylko, że przeplatają się z takimi mniej udanymi przypadkami jak te pokazane powyżej.

Nieopisane bogactwo podsumowania

Nie, to nie jest moja nieudolna próba zostania poetą. To najlepszy sposób, żeby podsumować to, jakie podsumowania treningów daje nam Suunto 5.

Wielki plus należy się bez wątpienia za to, ile informacji dostajemy – zarówno na zegarku, jak i w aplikacji. Poza standardowym dystansem i czasem trwania, tempem, kadencją i tętnem, mamy tu jeszcze VO2max, strefy tętna, kalorie, sugerowany czas odpoczynku, PTE, EPOC, sumaryczne czasy podbiegów i więcej. Wszystko to pokazane na super czytelnych ekranach w aplikacji.

Problem? Co mi z czytelności jeśli nie do końca wiem, co oznacza dany wskaźnik? Przyznaję się, EPOC jest dla mnie pojęciem zupełnie nowym, podobnie jak i pewnie dla wielu początkujących. Ale klikanie na ten skrót niczego nie daje – możemy sobie najwyżej poszukać sami, opuszczając aplikację. Szkoda, bo dopisanie wyjaśnień zajęłoby pewnie kwadrans, a ułatwiłoby zdecydowanie poruszanie się po naszych statystykach.

Szkoda też, że nie wszystkie dane trafiają do aplikacji na telefonie. Przykładowo jest wykres dziennych kroków, aktywności i podobnych, a nie ma wykresu tętna. I takich braków jest zresztą więcej – widać, że prace na tym programem trwają i będą trwały dalej. Prawdopodobnie długo.

A funkcje smart?

Właściwie nie ma żadnych, jeśli nie liczyć powiadomień z telefonu. Na plus natomiast trzeba zaliczyć to, że powiadomienia docierają szybko, a i sama synchronizacja zegarka z telefonem nie trwa długo i nie zauważyłem żadnych związanych z nią problemów.

Ale niestety – na tym koniec. Nie możemy nawet sterować muzyką z telefonu.

Czy warto?

Biorąc pod uwagę fakt, że Suunto 5 jest pełnoprawnym zegarkiem triathlonowym ze świetnym akumulatorem, niecałe 1500 zł nie wydaje się być tak wysoką ceną, a przynajmniej bronią jej możliwości zegarka. 5-tka bezdyskusyjnie też zyskuje, jeśli spojrzeć chociażby na listę dostępnych sportów, adaptacyjne plany treningowe, bardzo dobrą dokładność GPS i przejrzystą aplikację. Stale też monitoruje kluczowe aspekty sportowego życia (regeneracja, stres, VO2max, etc.), a do tego bez problemu współpracuje z zewnętrznymi platformami, takimi jak TrainingPeaks czy Strava. Ba, Suunto daje nawet na start kilka kuponów, pozwalających za darmo przetestować możliwości tych serwisów w wersji premium.

Z części sportowej zastrzeżenia mam tylko do dwóch elementów – wbudowanego czujnika tętna (ale to można szybko i tanio rozwiązać), a także tego, że aplikacja smartfonowa jest ewidentnie daleka od ukończenia. Trochę też szkoda, że adaptacyjne plany treningowe nie są bardziej rozbudowane, bo byłyby naprawdę potężną kartą przetargową. Ekran natomiast… mógłby być zdecydowanie ładniejszy. Ba – powinien taki być.

Z drugiej strony niektóre niedociągnięcia i braki naprawdę rażą – tak jak chociażby wspomniane niedoszlifowanie aplikacji i nieobecność w niej absolutnie podstawowych funkcji. To jednak pewnie kiedyś w końcu się pojawi.

Nie pojawią się natomiast bardziej rozbudowane funkcje smart, takie jak np. opcja płacenia zegarkiem czy słuchania muzyki. Brak aplikacji nie byłby może tak bolesny, gdyby Suunto stworzyło chociażby podstawową aplikację z prognozą pogodową, co od lat bez wysiłku robi konkurencja…

Dołącz do dyskusji