Skazany na Huela z wodą – od blisko tygodnia jem proszek zalewany wodą, żeby schudnąć

Artykuł/Nauka 17.07.2019
Skazany na Huela z wodą – od blisko tygodnia jem proszek zalewany wodą, żeby schudnąć

Skazany na Huela z wodą – od blisko tygodnia jem proszek zalewany wodą, żeby schudnąć

Dlaczego na to nie wpadłem? Dlaczego nie spróbowałem wcześniej? Czy to rzeczywiście działa? Czy jest smaczne? Czy można pić tyle mleka dziennie? Te i inne pytania pojawiły się, gdy Patryk Słowik rozpoczął na Spider’s Web swój miesięczny test Huela – jedzenia w proszku. Gdy Patryk skończył test, ja zrealizowałem pierwsze zamówienie Huela.

Patryk przeprowadził na Spider’s Web test Huela rodem z Jetsonów – postanowił jeść/pić Huela i tylko Huela. No dobra, poprawka – Huela zalewał mlekiem, a od czasu do czasu raczył swoje jelita Coca colą zero. Ja Coli nie piję. I jak się szybko okazało, mleka też pić nie mogę. A już na pewno nie w takich ilościach, żeby rozrabiać w nim kilka posiłków dziennie. Nie miałem zamiaru też powtarzać tego, co zrobił już Patryk, a to dlatego, że postawiłem przed Huelem inne zadanie.

Po co zamówiłem Huela?

Ponieważ chcę schudnąć. Tak, jest mnie za dużo. A moja praca wymaga siedzenia przed komputerem. W ostatnim czasie miałem też zabieg chirurgiczny, który sprawił, że w tym sezonie jeszcze nie wsiadłem na rower. Na basenie też być nie mogłem.

Mogłem jedynie chodzić. I starałem się robić to jak najczęściej. Dobrze pamiętam, że zimą zegarek motywował mnie do ruchu mówiąc, że dobrze byłoby zrobić te 6500 kroków dziennie. Teraz, w sezonie letnim, Garmin podniósł poprzeczkę do 13 000 kroków dziennie. W dobrych tygodniach (jak nie pada deszcz) mam średnią dzienną blisko 13 000. W gorszych tygodniach mam ponad 10 000 kroków. Ruszam się więc dość regularnie. Oczywiście kurier, listonosz albo nawet pracownik na hali sklepu wielkopowierzchniowego zrobi dziennie więcej kilometrów na nogach. Ja jednak zarabiam siedząc, więc jestem bardzo dumny z moich kilkunastu tysięcy kroków dziennie.

Więcej ruchu jednak nie pomogło w zrzuceniu wagi. Ważę 92 kg przy wzroście 178 cm. Czyli byłoby dobrze, gdybym zszedł z wagą poniżej 80 kg. W przeszłości ważyłem więcej. Ale to nie sprawia, że oscylowanie około 90 kg jest dla mnie jakimś pocieszeniem. Stąd silna motywacja, żeby coś zmienić.

Stwierdziłem, że skoro ruszam się znacznie więcej niż w sezonie zimowym, to powinienem schodzić z wagą w dół. Tak się jednak dziać nie chciało. Powód? Jedzenie.

Uwielbiam jeść. Najlepiej dużo i często. Jestem jednak osobą, która potrafi wyznaczyć sobie bardzo mocne granice. W przeszłości na jakiś czas odstawiłem całkowicie mięso, bo tak zrobić chciałem. Nie wychodzi mi jednak delikatne ograniczanie czegoś. Nie umiem jeść mniej mięsa. Ale umiem nie jeść go wcale.

Dlatego pomyślałem o Huelu. Skoro mógłbym przerzucić się na jedzenie, którego kaloryczność łatwo policzyć, to mógłbym na nim oprzeć swoją dietę. Nie musiałbym się zastanawiać, ile kalorii mają gołąbki, które właśnie znikają z mojego talerza. Nie musiałbym ważyć schabowego, potem ziemniaków, a potem zastanawiać się, jak wpisać do aplikacji liczącej kalorie sałatkę, którą sobie zrobiłem.

Z Huelem wszystko miało być proste. Jedna miarka proszku to 152 kcal. Dwie miarki to 304 kcal. Trzy to 456 kcal. Operując takimi liczbami bardzo łatwo możemy podzielić dzienne zapotrzebowanie na energię na kilka posiłków i trzymać się mocno planu.

Skazany na Huela z wodą

W jednym ze swoich tekstów Patryk pisał:

Sporo osób w komentarzach do pierwszego tekstu pisało, bym odstawił mleko i proszek mieszał z wodą. Byłoby to rozwiązanie zdrowsze, ale dla mnie trudne do realizacji. Huel z wodą smakuje ohydnie. Dla mnie więc wybór jest taki, że albo na mleku, albo wcale.

U mnie było odwrotnie. Spróbowałem pić Huela z mlekiem, bo tak rekomendowali Patryk oraz Piotr Barycki, który również przeskoczył na dietę Huelową. Na co dzień nie pijam za dużo mleka. Nie pijam go w zasadzie wcale – mój syn nie toleruje laktozy, więc w domu nie mamy nawet mleka. Mamy za to jakieś napoje, które udają mleko: kokosowy, ryżowy, sojowy, owsiany oraz ich miksy.

Kupiłem więc parę butli mleka i zacząłem pić Huela. Reakcja mojego organizmu była natychmiastowa. Jelita się zbuntowały i zrozumiałem, że jeśli chcę pić Huela, to tylko z wodą.

W grę wchodziły jeszcze te wszystkie udawane mleka, ale stwierdziłem, że skoro Huel w standardzie ma bardzo dobrze zbalansowany skład, to może nie powinienem tego zaburzać wypijając codziennie litr lub dwa pseudo mleczek.

Aplikacja, w której liczę kalorie. również wysłała mi podobny sygnał – zalewając proszek różnymi napojami okazało się, że już w połowie dnia osiągam sugerowane ilości spożycia niektórych elementów diety. Nie chciałem tego robić, bo chciałem zaufać składowi Huela.

Dlatego postawiłem na Huela z wodą. Czy jest ohydny? Nie. Czy jest zauważalnie gorszy od tego z mlekiem? Tak. Postanowiłem więc podratować więc sytuację owocami. Do Huela waniliowego, bo takiego piję, zacząłem dodawać owoce. Trochę malin albo borówek, albo truskawek, albo pół banana. Ilości owoców są niewielkie, więc nie zepsują mi diety, a np. taką połówkę banana bardzo łatwo można już dodać do aplikacji zliczającej kalorie.

Nie zamierzałem i nie zamierzam bawić się też w Jetsonów, więc gdy dostaliśmy od teściowej domowe gołąbki w młodej kapuście, to jadłem je razem ze wszystkimi domownikami. Nie wiedziałem, jak to wpisać do aplikacji, bo nie ważyłem posiłku ani nie znałem dokładnego jego składu, więc po prostu tego dnia postanowiłem jeść już zdecydowanie mniej. Żeby nie przegiąć.

A z takich życiowych osiągnięć, to piłem Huela, gdy dziewczyna wcinała pyszne małże z focaccią:

Początki były trudne

Po tym, jak musiałem odstawić Huela z mlekiem i świadomie zrezygnowałem z Huela z napojami, byłem mocno podłamany. Wizja picia ciągle tego samego proszku rozpuszczonego w wodzie, działała wręcz dobijająco.

Ratunkiem okazały się owoce. Wystarczy dosłownie kilka truskawek, parę czereśni, pół garści malin lub borówek, żeby odmienić smak napoju. Dzięki temu nie muszę pić kilka razy dziennie dosłownie tego samego.

Przez pierwsze dni (piję Huela blisko od tygodnia) miałem też cholerny problem z utrzymaniem dyscypliny. Kilka razy dziennie chodziłem do kuchni, żeby zajrzeć do szafek i lodówki. Widziałem jedzenie, ale zostawiałem je w spokoju. W kryzysowej sytuacji zjadłem kilka orzeszków albo wafla ryżowego.

Jeszcze przedwczoraj miałem taki problem, że mimo iż zjadłem tyle Huela, ile podpowiedziała mi aplikacja MyFitnessPal, to czułem głód. Jadłem wiele razy dziennie, a i tak za każdym razem odliczałem czas do momentu, aż będę mógł zjeść kolejną porcję.

Wczoraj było już łatwiej. Dzisiaj zupełnie łatwo – piszę te słowa o 20:00, a według apki mogę zjeść dzisiaj jeszcze 930 kcal. A zupełnie nie jestem głodny. Żołądek najwidoczniej zaczął się przyzwyczajać do ilości przyjmowanego jedzenia. To dobrze wróży. Możliwe, że najgorsze już za mną i teraz będzie z górki.

Za parę dni wskoczę na wagę i sprawdzę, jak mi idzie.

*Zamawiając Huela z moich linków w tekście, dostaniesz 50 zł rabatu przy pierwszym zamówieniu.

Dołącz do dyskusji