To było kiepskie EA Play. Elektronicy twierdzą, że gry single player są martwe, ale to ja umarłem z nudów

Artykuł/Gry 08.06.2019
To było kiepskie EA Play. Elektronicy twierdzą, że gry single player są martwe, ale to ja umarłem z nudów

To było kiepskie EA Play. Elektronicy twierdzą, że gry single player są martwe, ale to ja umarłem z nudów

Kilka miesięcy temu EA palnęło, że gry single player są martwe. Dlatego ich najnowsze projekty będą realizowane w formule live service. Co za ironia, że jedyny ciekawy tytuł pokazany podczas EA Play 2019 to… klasyczna produkcja single player. E3 2019 rozpoczęło się naprawdę niemrawo.

Chociaż EA Play to impreza poprzedzająca E3, przyjęło się uważać, że Elektronicy otwierają swoim show największe targi gier wideo na świecie. Jak na otwarcie, przygotowano bardzo mało fajerwerków. Elektronicy pokazali zaledwie sześć tytułów, z czego połowa jest już na rynku. Gwiazdami EA Play były bowiem produkcje: Battlefield V, Apex Legends, The Sims 4, FIFA 20, Madden 20 oraz Star Wars Jedi: Fallen Order. Tylko ta ostatnia pozycja była okazała się naprawdę ciekawa.

Star Wars Jedi: Fallen Order – hej EA, co jest, przecież gry single player umarły.

Cóż za ironia, gdy najciekawszą grą EA Play jest klasyczny tytuł dla jednego gracza. Bez żadnego live service, bez skrzynek z losową zawartością, skórek, przepustek sezonowych oraz mikro-transakcji. Zabawne o tyle, że według przedstawicieli Electronic Arts produkcje tego typu są pieśnią przeszłości, a przyszłość należy do gier-usług. Taką grą-usługą od EA jest na przykład Anthem. Ile czasu poświęcono Anthem podczas EA Play? Imponujące 0 minut i 0 sekund.

Star Wars Jedi: Fallen Order czerpie pełnymi garściami z Jedi Outcast oraz Jedi Academy. Gra nie jest tak efekciarska jak The Force Unleashed, czego najbardziej się obawiałem. Tytuł od utalentowanych deweloperów z Respawn Entertainment (Titanfall, Apex) może okazać się pierwszą naprawdę dobrą grą na licencji Gwiezdnych wojen od 2004 r. i premiery Republic Commando. Trzymam kciuki!

Apex Legends – Respawn przespał swoją szansę i raczej nie wróci na szczyt.

Był czas, gdy Apex Legends był popularniejszy nawet od Fortnite’a. Gra pojawiła się znikąd, ale zachwyciła kapitalną mechaniką strzelania. Niestety, jej twórcy częściowo przespali moment największej popularności. W Respawn trwali bowiem na stanowisku, że nie mają zamiaru zamęczać pracowników nadgodzinami, jak ma to miejsce w Epic Games. Szanuję takie podejście. Bardzo szanuję. Trzeba jednak rozumieć, że wrzucenie drugiego biegu nie pomaga, gdy twórcy Fortnite’a nieustannie jadą na piątce.

Epic Games odzyskało tron battle royale, zalewając graczy toną nowej zawartości. Z kolei twórcy Apex Legends dopiero teraz prezentują nową zawartość drugiego sezonu. I chociaż nowa postać wygląda uroczo a skórki na bronie robią gigantyczne wrażenie, to za mało. Zdecydowanie za mało abym wrócił do tej produkcji. Gdy mam chwilkę wolnego czasu, odruchowo odpalam Fortnite’a albo Dauntless.

Battlefield V – zmarnowane 30 minut na zapowiedzi sprzed tygodnia.

Pięć nowych map! Ranga 500! Wojna na Pacyfiku! Wszystko to naprawdę ekscytujące, naprawdę pozytywne wiadomości. Problem polega na tym, że DICE przedstawiło je fanom jeszcze przed EA Play. Dlatego oglądając konferencję miałem gigantyczne deja vu. Nie dowiedziałem się niemal niczego nowego poza faktem, że teatr pacyficzny będzie składał się z trzech map, a jego premiera pokryje się z piątym sezonem/rozdziałem rozgrywek.

Battlefield V nabrał rozpędu. Niedawno dodana mapa Merkury jest świetna, a Al Sundan zapowiada się na naprawdę spektakularne pole bitwy. Nie zmienia to faktu, że wiedziałem to wszystko jeszcze przed konferencją. Tak się nie robi. Nie udaje się ekscytacji przed kamerami, mówiąc dokładnie to samo, o czym pisało się kilka dni wcześniej. Panel BFV był niemym krzykiem w kierunku widowni: – musimy jakoś zapchać ramówkę!

FIFA 20, Madden 20, The Sims 4 – yada yada yada.

Nie mam wątpliwości, że FIFA 20, Madden 20 i The Sims 4 to odsłony, które zarabiają i będą zarabiać tonę dolarów. Problem polega na tym, że każdą z tych produkcji jest bardzo trudno pokazać w ciekawy, emocjonujący sposób. EA nie chciało jednak przepuścić okazji, aby pompować swoje najbardziej dochodowe krowy. Efektem tego przez prawie połowę konferencji EA Play ziewałem z nudów. Zresztą, nie tylko ja. Ziewających widziałem nawet na widowni. Operator dał ciała.

Wielki nieobecny – Star Wars Battlefront II i jego niesamowity sukces.

Gdy kosmiczna strzelanina na licencji Gwiezdnych wojen zadebiutowała w 2017 r., przeszła przez zasłużone piekło. Przedmioty dostępne za pośrednictwem mikro-transakcji dawały realną przewagę na polu bitwy. Producenci stawiali za priorytet zawartość z nowych filmów Disneya, które niezbyt spodobały się fanom. Do tego skala rozgrywki była znacznie mniejsza niż wielu oczekiwało. Jednak teraz, po dwóch latach od premiery, Battlefront 2 to kompletnie inna gra.

W SWBF2 pojawił się m.in. świetny tryb walki lądowej połączonej z inwazją na kosmiczny krążownik nieprzyjaciela. Nowi bohaterowie oraz mapy pochodzą z ukochanego przez graczy okresu wojen klonów. Do gry dodano lepszy mechanizm drużynowy, a także zapowiedziano większe, bardziej epickie starcia w stylu Battlefielda. To w połączeniu z masą mniejszych, ale postulowanych przez fanów zmian sprawiło, że gracze pokochali Battlefronta. Ale tak autentycznie pokochali.

Społeczność skupiona wokół tej gry przeszła od jawnej wrogości wobec producentów do wielkiej sympatii. To sukces, którym może pochwalić się niewiele gier wideo. Tak samo niewiele gier wideo odnotowało wzrost aktywnych użytkowników w dwa lata od pierwotnej premiery. Wszystko to wspaniałe osiągnięcia, które EA mogłoby pokazać światu. Niestety, Elektronicy nie chcieli sprzedać własnego sukcesu. Zamiast tego postanowili zapowiedzieć ze sceny nowy zestaw ubrań do The Sims 4. Z kolei dewelopera SWBF2 zmieścili gdzieś w przerwie reklamowej między panelami.

Dołącz do dyskusji