Perły z lamusa: Disney’s Hercules wymusiłem płaczem, omotany demem na PSX. Dziwi jak mało osób zna tę grę

Artykuł/Gry 31.05.2019
Perły z lamusa: Disney’s Hercules wymusiłem płaczem, omotany demem na PSX. Dziwi jak mało osób zna tę grę

Perły z lamusa: Disney’s Hercules wymusiłem płaczem, omotany demem na PSX. Dziwi jak mało osób zna tę grę

Dzieci bywają okropne. Nie mają wyrobionej społecznej wrażliwości. Potrafią być bezwzględne dla rówieśników. Do tego szantażują emocjonalnie. Sam posługiwałem się takim szantażem, próbując wymusić na biednych, kochanych rodzicach Disney’s Hercules. Tak zafiksowałem się na demie wspaniałej platformówki, że zdobycie pełnej wersji było dla mnie sprawą życia lub śmierci.

Chociaż minęło 20 lat, pamiętam to jak dzisiaj. Czarna płyta, która po wsadzeniu do napędu pierwszego PlayStation wyświetlała na telewizorze CRT psychodeliczne menu. To tak zwane Demo One – dołączana do konsoli kolekcja wersji demonstracyjnych, zawartych na nośniku CD. Dema różniły się w zależności od regionu oraz daty zakupu konsoli. Miałem w kolekcji kilka płyt Demo One, ale szczególnie miło wspominam piątą rewizję, wypalaną na polski rynek w Austrii. To właśnie dzięki temu krążkowi odkryłem Herculesa.

Na ekranie tańczyły okropne graficzne plamy na modłę dawnego Windows Media Playera. W menu znajdowało się kilka bloczków z tytułami gier: Abe’s Odyssey, Overboard, Porsche Challange, Rage Racer, Rapid Racer, Lifeforce Tenka, Kurushi no i oczywiście on – Hercules. Piąta rewizja posiadała mniej znane produkcje, ale właśnie to lubiłem w niej najbardziej. Każdy posiadacz PSX-a miał już Tekkena, Spyro czy Tomb Raidera. Piąty Demo Disc pozwalał z kolei odkryć coś zupełnie nowego. Na przykład przygody syna Olimpu.

Demo One, europejska wersja piąta

Demo Disney’s Hercules pamiętam na pamięć. Poziom w greckim polis był kapitalny.

Twórcy z zamkniętego już Eurocomu odtworzyli animowaną kreskę z kinowej bajki, dzięki czemu gra wygląda przeuroczo. Dzisiaj można ją porównać do Cupheada i będzie to porównanie tylko częściowo na wyrost. Warstwa wizualna rozczulała, serwując graczom animacje niemal bezpośrednio z kinowego hitu. Do tego w Herkulesie cały świat 2,5D tętnił życiem. Po ulicach przechadzali się mieszczanie, od czasu do czasu wykonując coś zabawnego. Drugi i i trzeci plan żyły własnym życiem, pełnym ręcznie malowanej magii Disneya.

Chociaż mówimy o dwuwymiarowej platformówce dla (nie tylko) dzieci, Hercules posiadał zadziwiająco szeroki wachlarz umiejętności. Półbóg używał miecza, bił się na pięści, korzystał z potężnego podbródkowego, schylał się, wprawiał ziemię w drgania potężnymi skokami, a do tego korzystał z umiejętności specjalnych. Herc potrafił miotać ognistymi kulami, razić wrogów prądem, a nawet wykonywać 360-stopniowe cięcie ostrzem. Inne platformówki z 1997 r., w których eliminowało się wrogów skacząc im na głowy, wypadały przy produkcji Eurocomu śmiesznie.

No właśnie – walki. To nie było byle co. Szeregowi przeciwnicy posiadali sporo wytrzymałości, a jeden cios nie kończył sprawy. W Disney’s Hercules walczyło się na serio, dbając o dystans do oponenta oraz ucząc się jego wachlarza ciosów. Zupełnie inaczej wyglądało starcie z miejskim bandytą, a inaczej z leśnym centaurem. Gracz musiał się dostosowywać, eksperymentować i poznawać wroga. To samo tyczyło się bossów. Wygranie z nimi niemal zawsze wymagało odkrycia słabości przeciwnika.

Chociaż Hercules to gra 2D, twórcy z Eurocomu mieli wielkie ciągoty do trzeciego wymiaru.

Podczas rozgrywki czuć, jak deweloperzy próbują wyrwać się z prostego świata, w którym jedyne kierunki eksploracji to przód i tył. Dlatego Hercules posiada wiele wertykalnych wstawek, jak na przykład droga z pędzącymi powozami przecinająca miejski deptak. Eksplorując las można poruszać się w gęstwinach nie tylko w lewo i prawo, ale również do przodu i do tyłu. Herc przechodzi wtedy między pierwszym, drugim i trzecim planem. To samo tyczy się miejskich uliczek.

W trzech misjach kompletnie zmieniała się perspektywa rozgrywki, a kamera przesuwała się za plecy półboga. Hercules biegł wtedy do przodu, omijając ruchome przeszkody. Nie ukrywam – kiepskie to były misje, mało precyzyjne, z trudnym do oszacowania dystansem względem zagrożenia. Nie można jednak odmówić byłym pracownikom Eurocomu ambicji. Niestety, zabawy z przestrzenią bywały lepiej zaprojektowane jeszcze w grach z końcówki lat 80-tych.

Hercules był dla mnie tym, co najlepsze w dawnych grach Disneya takich jak Aladyn i Król Lew.

Uwielbiałem grać w Króla Lwa i Aladyna na pirackiej wersji SNES-a. To były naprawdę świetne, bogate wizualnie, rozbudowane i zróżnicowane platformówki. Sam motyw rozwoju postaci – od lwiątka, przez młodego drapieżnika na wegańskiej diecie, po dostojnego lwa – budował poczucie obcowania z produkcją wyjątkową. Do tego to całe skakanie po głowach żyraf i hipopotamów… Platformowa poezja. To były czasy, gdy gry na filmowych licencjach potrafiły być cholernie dobre.

Disney’s Hercules był jednym z ostatnich tytułów, w których odwołania do kinowego hitu były wielką wartością dodaną. Później, w erze PlayStation 2 i PlayStation 3, jakość gier na licencji spadała na łeb na szyję. Jeśli jakiś tytuł powstawał w oparciu o letni blockbuster, to od razu wszyscy wiedzieliśmy, że będzie co najwyżej średni. W latach 90-tych było odwrotnie. Marka Króla Lwa, Aladyna czy Herculesa gwarantowała, że dostaniemy coś ekstra.

Grając w przygody syna Olimpu miałem uśmiech od ucha do ucha. Taki szczery, naiwny, dziecięcy. Niestety, ta sama dziecinność sprawiła, że nagabywałem rodziców dzień w dzień, tydzień w tydzień, żeby w końcu sprawili mi pełną wersję Disney’s Hercules dla konsoli PSX. Gdy w końcu to zrobili… gra okazała się dla mnie za trudna. Już pierwszy poziom, polegający na treningu pod okiem satyra Phila, dał mi ostro w kość. Oczywiście nie zniechęciłem się. W latach 90-tych trudnych gier nie odkładało się na półkę. Grało się w nie aż do skutku. Aż do odniesienia sukcesu.

Po ponad 20 latach Disney’s Hercules powraca, jako gra dla komputerów osobistych.

Klasyka sprzed lat odkopała platforma GOG.com. Kilka dni temu Herc znalazł się w ich ofercie i to właśnie ta wiadomość skłoniła mnie do napisania tekstu. Mam bowiem wrażenie, że z perspektywy ogółu graczy Disney’s Hercules nie był ani produkcją szczególnie znaną, ani szczególnie istotną. Gdy pytam o nią znajomych, również tych posiadających w przeszłości pierwsze PlayStation, większość wzrusza tylko ramionami.

Dla mnie Disney’s Hercules był fundamentalną częścią przygód z platformówkami. Może nie aż tak istotną jak Spyro czy Crash, ale bohater Disneya stąpał zaraz za fioletowym smokiem i szalonym jamrajem. Stanowił część potężnej drugiej linii świetnych platformówek, razem z Aladynem i Królem Lwem ożywając wspaniałe światy wielkiego ekranu. Dlatego zawsze mnie dziwi, że tak mało graczy pamięta o tej perełce.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement