Nie wstydzę się przyznać, że jestem niedzielnym graczem, a smartfon zastąpił mi konsolę i peceta

Lokowanie produktu/Gry 27.04.2019
Nie wstydzę się przyznać, że jestem niedzielnym graczem, a smartfon zastąpił mi konsolę i peceta

Nie wstydzę się przyznać, że jestem niedzielnym graczem, a smartfon zastąpił mi konsolę i peceta

Moja przygoda z graniem na telefonie rozpoczęła się w czasach kultowego Węża. Proste komórkowe tytuły pomagały zabijać czas w kolejce do lekarza czy podczas podróży. 

Szczególnie zapamiętałem grę Sky Diver, fabrycznie zainstalowaną na Nokii 3510i. Dziś trudno mi uwierzyć, że minęło od tego czasu zaledwie kilkanaście lat.

Gdyby szukać porównań, poziom adrenaliny podczas gry w Snake’a był mniej więcej podobny do tego podczas zaciętej potyczki w kółko i krzyżyk lub statki na nudnych lekcjach w szkole. Równie emocjonujące były gry Space Impact i Bumper, w które grałem na Nokii 3410 (ach, co to był za telefon). Tak czy siak wspominam te czasy z nostalgią.

Prawdziwy przełom nastąpił kilka lat później.

Pamiętam ten dzień, choć nie jestem w stanie przywołać dokładnej daty. Był może październik lub listopad 2010 r., gdy wyciągnąłem z pudełka Samsunga Galaxy S – pierwszy model „Eski” oznaczony jako GT-I9000. Zakup mniej więcej zbiegł się w czasie pojawieniem się na Androidzie gry Angry Birds stworzonej rok wcześniej przez Rovio. Był to również okres, gdy zacząłem mieć coraz mniej czasu na wielogodzinne posiedzenia przed komputerem. Poza tym mój pecet błagał o modernizację – do pracy wystarczał, ale do grania już nie.

Gry mobilne mają to do siebie, że nie są tak bardzo absorbujące i można do nich wracać w tych krótkich chwilach między jednym obowiązkiem a drugim. Granie na konsoli czy pececie było dla mnie swoistym i wymagającym rytuałem, który najczęściej przeciągał się na kolejne godziny.

Nie zamierzam ośmieszać się twierdzeniem, że Angry Birds zastąpiło mi lubiane przeze mnie serie Assassin’s Creed czy Call of Duty. Po prostu rozwój mobilnych gier zbiegł się w czasie z moim wyrastaniem z grania na pełny etat.

Dziś gram wyłącznie na smartfonie i tablecie.

Ok, przyznaję, był mały wyłom. Kilka miesięcy temu na swoim MacBooku (sic!) przeszedłem Diablo III. Zafundowałem sobie powrót do przeszłości, a trochę chciałem sprawdzić, czy biurowy laptop da radę grze sprzed… 7 lat. Dał, choć przyjemność rozgrywki oceniłbym na 4 w skali dziesięciostopniowej. Grę przeszedłem z dodatkami, ale nie starczyło mi już cierpliwości na prawdziwe wejście do podziemi, budowanie postaci, zbieranie rzadkich artefaktów i budowanie własnej legendy.

Poza tym dziwnym wyskokiem gram już wyłącznie na smartfonie i iPadzie. Ostatnio sporo czasu poświęcałem Lemmingom. Mobilna wersja kultowego tytułu została przyjęta dość chłodno, choć udanie koresponduje z oryginałem. Prawdopodobnie to siła wspomnień sprawiła, że polubiłem ją od razu.

O smartfonowej wersji Lemmingów można powiedzieć wiele dobrego, ale na pewno nie to, że jest grą piękną w kwestii wizualnej. Pod tym względem bije ją seria Alto. Alto’s Odyssey i Alto’s Adventure to zręcznościówki nie tylko ładne, ale i oferujące świetną oprawę dźwiękową. Niekończący się zjazd na snowboardzie w połączeniu z wykonywaniem ewolucji potrafi też skutecznie odstresować. Tego typu gry świetnie też definiują całą kategorię produkcji mobilnych: idealnie sprawdzają się jako wspomniany wyżej przerywnik.

W moim prywatnym topie gier mobilnych nie może zabraknąć dwóch produkcji duńskiego studia Playdead. Pierwsza z nich to LIMBO.

Kierujemy w niej chłopcem, który przemierza nieprzyjazną krainę w poszukiwaniu siostry. Klimat rozgrywki jest mroczny. LIMBO to jednak tytuł, który zadebiutował w 2010 r. na Xboksie 360, a dopiero 3 lata później trafił na iOS-a, a następnie na Androida.

Drugą ze wspomnianych gier jest Inside. Póki co dostępny na konsole (w tym Nintendo Switch), pecety i urządzenia z iOS, w tym iPada. Kto pokochał Limbo za unikalny klimat, zachwyci się również Inside. W gruncie rzeczy to bowiem podobne gry. W tej ostatniej również przemierzamy mroczny świat, ale możemy za to liczyć na zupełnie niesztampowe zakończeniem i sporą dawką surrealizmu.

Nie mógłbym spać, gdyby w moim zestawieniu zabrakło jeszcze jednej gry. Human Resources Machine to przedziwna i niełatwa gra logiczna, w której próbujemy zaprogramować naszych pracowników. Grę polubi szczególnie jedna grupa użytkowników: ci, którzy zajmują się programowaniem czy nawet dopiero się go uczą. Zagadki nie są łatwe i często trzeba się mocno nagłówkować, by wykonać zadanie.

Smartfon to idealna konsola dla niedzielnych graczy.

Bez wstydu zaliczyłem się do grupy niedzielnych graczy. Śmiem twierdzić, że stanowimy większość, a smartfon jest w stanie zastąpić nam konsolę. Piękne przy tym jest to, że wyżej wymienione gry uruchomimy na większości urządzeń mobilnych. Poradzi sobie z nimi bez problemów Xiaomi Mi 9 z topową specyfikacją, Honor View 20, średniopółkowy Samsung Galaxy A50, jak i znacznie tańsze smartfony, choćby Motorola G7 Power.

Google Play czy App Store Apple’a to potężne repozytoria gier, w których każdy znajdzie coś dla siebie. Krytycy podnoszą zarzut, że duża część trafiających do nich tytułów to gry bezwartościowe. Jeszcze inni wskazują na słabości modelu free to play, w którym gramy za darmo, ale w zamian oglądamy reklamy. Trudno się z tymi argumentami nie zgodzić, ale z drugiej strony nie trzeba wiele wysiłku, by znaleźć w sklepach z aplikacjami gry, które potrafią cieszyć przez długie godziny.

Tytuły, które umieściłem w swoim prywatnym topie, to produkcje, które powstały w ciągu kilku ostatnich lat i w większości są dowodem na to, że można wyprodukować bez kompleksów wspaniałą grę mobilną. Fakt, za większość z nich trzeba zapłacić, ale przyjemność rozgrywki jest tego warta.

 

Materiał powstał we współpracy z RTV EURO AGD.

Dołącz do dyskusji