Fitbit Versa Lite Edition – wszystko, co dobre i złe w najtańszym zegarku od Fitbita

Recenzja/Sprzęt 04.04.2019
Fitbit Versa Lite Edition – wszystko, co dobre i złe w najtańszym zegarku od Fitbita

Fitbit Versa Lite Edition – wszystko, co dobre i złe w najtańszym zegarku od Fitbita

Nie jeden, a aż trzy modele – tyle zegarków liczy już sobie linia Versa od Fitbita. Sprawdziłem możliwości jej najtańszego przedstawiciela – Versy Lite Edition.

Czy warto się nim zainteresować? Dla kogo właściwie jest stworzony? Jakie są jego największe zalety i wady?

Już odpowiadam.

(Wcześniej możecie też przeczytać recenzję zwykłej Versy, napisaną przez Matyldę – warto!)

Na plus: jest faktycznie lite

Niektórzy mogą twierdzić, że wolą duże i ciężkie zegarki. Ale kiedy chodzi o ich noszenie przez cały dzień albo w trakcie aktywności, nikt nie lubi dźwigać cegły przyczepionej do nadgarstka.

Na Versę Lite Edition w tym względzie nikt nie powinien narzekać. Ma wprawdzie wygląd zegarka, ale jeśli chodzi o masę i obciążenie nadgarstka, jest jej dużo bliżej do najprostszych opasek sportowych. Ba, wolę ją nosić bez przerwy bardziej niż opaskę – z prostego powodu. tarcza zegarka jest tutaj kwadratowa i dużo lepiej układa się na ręce niż podłużne, prostokątne jednostki centralne opasek.

Jeśli więc ktoś zapyta, czy Versę Lite Edition wygodnie nosi się przez całą dobę (wliczając w to sen) oraz w trakcie aktywności, odpowiedź jest tylko jedna: tak, absolutnie tak.

Na plus: jest… kolorowo.

Mały plus, ale jeśli chodzi o zegarki – trudno z nim dyskutować. Fitbit Versa Lite Edition jest odsłoną o największej liczbie bazowych wariantów kolorystycznych.

Do wyboru są cztery – biały/srebrny, liliowy/srebrny, niebieski/niebieski i morwowy (tak przetłumaczył ten kolor Google).

Warto tutaj dodać jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze – żadna z tych kombinacji nie jest dostępna ani w zwykłej Versie, ani w wyraźnie droższej Versie Special Edition.

Po drugie, jeśli komuś nie do końca odpowiada dołączana do zestawu opaska (ważne: w dwóch rozmiarach!), to może przebierać w alternatywnych opcjach. Tym bardziej, że nawet oficjalne paski i bransolety od Fitbita mają naprawdę atrakcyjne ceny, a do tego można je łatwo i szybko wymienić. Może i w tym procesie wymiany nie ma lekkości i gracji Apple Watcha, ale nikt nie powinien mieć z tym trudności.

Na plus: kawał solidnej roboty.

Versa Lite Edition może i jest najtańszym zegarkiem z tej serii, ba, najtańszym zegarkiem Fitbita w ogóle, ale to wcale nie znaczy, że jest kiepsko wykonana.

Wręcz przeciwnie – ekran zatopiono w aluminiowym bloku, który mimo niewielkiej masy sprawia niesamowicie solidne wrażenie. Jedyny obecny na obudowie przycisk szczęśliwie też nie odstaje dostarczanymi wrażeniami użytkowymi, klikając wyraźnie, ale nie za głośno.

Na plus: ekran (po części)

Tak, nie jest przesadnie wielki, natomiast dookoła niego znajdują się spore jak na dzisiejsze standardy ramki. Ale pamiętajmy, że jest to sprzęt za mniej niż 800 zł, a do tego produkowany przez Fitbita, czyli jedną z najbardziej uznanych marek w tym segmencie.

Jeśli więc przymkniemy okno na te drobnostki – a potem to oko otworzymy – będziemy mieć przed sobą naprawdę niezłej jakości wyświetlacz. Z sensowną czernią i kontrastem (choć nie czernią całkowitą, to nie AMOLED), z przyjemnymi dla oka kolorami, dobrą jasnością, dobrą czytelnością w większości warunków i niemal bezbłędną reakcją na dotyk.

Bo tak, oczywiście, ekran w Versie Lite jest dotykowy.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to może do czułości mechanizmu automatycznej aktywacji ekranu. W większości przypadków działa bezbłędnie po podniesieniu ręki, ale czasem – zwłaszcza jeśli zegarek mamy zapięty luźno – trzeba go wykonać naprawdę bardziej zamaszyście, niż zrobilibyśmy to normalnie.

Na szczęście można ustawić, żeby ekran Versy Lite Edition był podświetlony zawsze w trakcie treningu. Więc nie jest to wielki problem.

Na plus: te funkcje sportowe, które mają znaczenie.

Lite w przypadku tego modelu oznacza niestety okrojenie ze sporej liczby funkcji pozostałych modeli z tej rodziny. Ale spokojnie – to, co najważniejsze i najbardziej fitbitowe, pozostało.

Mamy więc całodobowe monitorowanie tętna, odporność na wodę (można pływać, choć niestety Versa LE tego nie zliczy), 15 kategorii rejestrowania aktywności, automatyczne wykrywanie aktywności oraz oczywiście kalkulację liczby kroków, spalonych kalorii i monitorowanie snu. W bonusie – aplikacja Fitbita na iOS i Androida, moim zdaniem zresztą jedna z najlepszych aplikacji tego typu na rynku. A przynajmniej jedna z najczytelniejszych i najprzyjemniejszych w użytkowaniu, dopóki ktoś nie traktuje swoich treningów bardziej pro.

Co jest w tym wszystkim brakiem najwidoczniejszym, jeśli chodzi o elementy sportowe? Oczywiście GPS, choć nie jest to niespodzianką – brakuje go każdym modelu z serii Versa, a znaleźć go można jedynie w Ionicu.

Nie jest to jednak poważny problem, biorąc pod uwagę, że Versa w trakcie biegu czy jazdy na rowerze będzie korzystać z danych GPS z naszego telefonu, uzupełniając je o pomiary tętna z naszego nadgarstka. Czyli – w skrócie – jeśli np. biegamy zawsze z telefonem, to korzystając z Versy będziemy mieć identyczny zapis trasy jak używając np. niemal trzykrotnie droższego Apple Watcha.

Oczywiście możemy wybrać się na trening bez telefonu, ale wtedy w kwestii dystansu jesteśmy zdani na pomiar szacunkowy, bazujący na liczbie kroków oraz ich długości (można zdefiniować ręcznie, osobno dla biegu i marszu). I jest to rozwiązanie zaskakująco dokładne, o ile np. maszerujemy lub biegamy w stałym tempie po płaskiej nawierzchni. W przypadku wszelkiego rodzaju interwałów i podobnych niestety wyniki będą dalekie od faktycznych.

Jeśli więc ktoś i tak biega z telefonem, a chce po prostu wygodniej uruchamiać rejestrację ćwiczenia i podglądać aktualne rezultaty – będzie w sam raz.

Tym bardziej, że…

Na plus: czujnik tętna

Nie jest to może najdoskonalsze rozwiązanie we wszechświecie, ale jak na swoją półkę cenową spisuje się bardzo dobrze. Ba, spisuje się nawet lepiej.

I mowa tu zarówno o monitorowaniu tętna w spoczynku, jak i podczas aktywności. Zabrałem ze sobą Versę Lite Edition na kilka biegów i spacerów, i właściwie zawsze prezentowane przez nią wyniki były tożsame z tym, co pokazywał wielokrotnie droższy Apple Watch. Chociażby w przypadku tego szarpanego luźnego treningu:

Oczywiście Apple Watch nie jest absolutnym wyznacznikiem w kategorii czujników tętna, co zresztą widać po początkowym fragmencie wykresu. Zegarek Apple, jak to ma w zwyczaju, przez kilka początkowych minut albo zmyśla, albo w ogóle nie podaje danych tętna. Ale po tym krótkim okresie niemal zawsze w moim przypadku pokazywał wartości zgodne z tymi, które dostarczał czujnik pomiaru tętna na klatkę piersiową.

Fitbit Versa Lite Edition od początku natomiast nie tylko wyświetla tętno, ale robi to dobrze. Nie gubi się też podczas gwałtownych, krótkich przyspieszeń, prawidłowo wyłapując wzrosty i spadki podczas późniejszych odpoczynków.

Tak, bez wątpienia znajdą się sytuacje, gdzie czujnik na klatkę piersiową spisałby się lepiej. Tak, u niektórych osób te pomiary zapewne nie będą aż tak dokładne. Ale jeśli ktoś spyta, czy czujnik jest wystarczająco dobry, ponownie odpowiem twierdząco.

Pamiętajmy też przy tym wszystkim, że Fitbit Versa Lite Edition to zegarek sportowy dla osób mniej wymagających. Większość trybów sportowych pozwala właściwie wyłącznie na rejestrowanie aktywności. Żadnych skomplikowanych interwałów, żadnych planów treningowych. Klik, klik, zapis trasy, informacje o przebiegu ćwiczenia (np. co 1 km), klik, klik, zapisanie. Koniec.

Na plus: tyle smartwacha, ile potrzeba.

Versa Lite Edition nie jest może szaleńczo rozbudowanym smart zegarkiem, ale ma wszystkie podstawowe i niezbędne elementy – od powiadomień z telefonu, przez aplikację pogodową, stopery i minutniki, aż po sterowanie muzyką. Jest nawet – trochę prymitywna, ale zawsze – integracja ze Stravą.

Do tego dochodzą oczywiście zewnętrzne aplikacje – w tym m.in. Hue od Philipsa. Choć o tym niestety więcej będę musiał napisać w części z wadami.

Na plus: akumulator

Spora i bardzo plastikowa ładowarka.

Cztery dni – tyle Versa Lite Edition powinna wytrzymywać bez kolejnego ładowania. I wyjątkowo w tym przypadku deklaracje producenta można uznać za zgodne z prawdą. Ba – przy bardzo delikatnym użytkowaniu ten czas może być nawet dłuższy.

Na co dzień można jednak założyć, że częściej niż 3-4 dni nie będziemy musieli szukał ładowarki. I w sumie dobrze – z jakiegoś powodu ładowarka do Versy Lite Edition ma formę zaskakująco dużego i zaskakująco plastikowego klipsa.

Na plus: aplikacja i eksport

Śledzenie snu – jak zawsze w przypadku Fitbita na dobrym poziomie.

Samsung robi straszne problemy z eksportem aktywności ze swojej aplikacji (zwłaszcza jeśli chcemy je mieć w komplecie z informacjami o tętnie). Huawei w Watch GT nie pozwala na to w ogóle.

Fitbit Versa Lite Edition pozwala natomiast bez żadnego problemu zrobić to jednym kliknięciem, a potem przesłać te dane do dowolnego serwisu, który przyjmuje ręczny import plików. Bez trudu możemy też zautomatyzować ten proces, wiążąc z Fitbitem Stravę (i eksportując tam komplet danych, drogi Samsungu).

Pozostaję też niezmiennie fanem aplikacji Fitbita na iOS i Androida. Ale z tym nie będę się już powtarzał.

Na minus: piętra?

Niby liczba pokonanych pięter to tylko bonusowy parametr w stosunku do kroków i tętna, ale mimo wszystko to parametr istotny i satysfakcjonujący. Czym innym jest bowiem świadomość, że zrobiliśmy te kilka czy kilkanaście tysięcy kroków po płaskim, a czym innym, że zrobiliśmy te wszystkie kroki przy okazji wspinając się kilkadziesiąt pięter w górę. I czym innym jest też dla naszego organizmu.

Podczas aktywności ta wada jest trochę niwelowana – dane na temat wysokości i jej zmian pobierane są z map/GPS, więc jak najbardziej możemy sprawdzić, o ile wspięliśmy się podczas weekendowej górskiej wyprawy.

Ale na co dzień? Niestety nie. W tym celu musimy sięgnąć po którąś z droższych wersji Versy.

Na minus: oddawać Fitbit Coach!

I to jest chyba mój największy zarzut, tym bardziej biorąc pod uwagę, jak dobrą aplikacją jest Fitbit Coach i na jak wielu urządzeniach i platformach działach.

A na akurat tym zegarku Fitbita – nie. Nie i koniec. Nie zadziała nawet jako czujnik tętna dla treningów z Coacha. Nic.

Jestem przy tym w stanie zrozumieć brak GPS. Brak wysokościomierza. Brak opcji treningu pływackiego (tak, Versa Lite tego nie potrafi, droższe potrafią zliczać baseny). To nie jest w końcu zegarek dla naprawdę wymagających sportowców.

Ale w tej cenie, w połączeniu z Fitbit Coachem, byłby to świetny zegarek dla tych, którzy chcą zacząć coś ze sobą robić.

Szkoda.

Na minus: smartwatch – tak, aplikacje – ech.

Z jednej strony Versa Lite Edition ma ten plus, że zachowuje formę smart zegarka, jednocześnie kosztując tyle, ile niektóre opaski sportowe albo zegarki bez rozbudowanych funkcji smart.

Niestety platforma Fitbita nie jest najpotężniejszą, jeśli chodzi o liczbę aplikacji i ich jakość. W dalszym ciagu przeglądanie oferty sklepu kończy się w moim przypadku bardzo szybko, najczęściej bez instalowania czegokolwiek.

Do tego niektóre aplikacje są po prostu dużo, dużo gorsze niż na konkurencyjnych platformach zegarkowych. Przykładowo aplikacja Hue, która na Apple Watchu działa od ręki, tutaj wymagała ode mnie podania adresu IP mostka.

Który mamy rok? Dobrze, że chociaż tarczy zegara jest trochę do wyboru.

Na minus: akcesoria? Zapomnij.

Zewnętrzne czujniki tętna? Nie. Rowerowe czujniki kadencji? Nie. Pomiar mocy podczas jazdy na rowerze czy biegania? Dobra, bezsensowne pytanie.

Do Versy Lite Edition podłączymy… telefon. I to tyle.

Na minus: jeden przycisk to za mało…

Pojedynczy przycisk wybudza ekran, pozwala dotrzeć do skrótów, a także pełni funkcję przycisku Powrót.

… żeby żyć. A tak na poważnie – to zdecydowanie za mało, jeśli chodzi o zegarek sportowy. Czuły ekran nie wystarczy, żeby zmiana parametrów wyświetlanych np. podczas biegu była wygodna.

A Versa Lite Edition ma tylko jeden przycisk – o dwa mniej niż droższe modele. Gdyby chociaż zadbano o to, żeby wszystkie elementy interfejsu były odpowiednio duże…

Na minus: mogłoby być szybciej. Powinno.

Jestem w stanie zrozumieć, że najtańsza Versa nie jest rakietą. Niektóre przycięcia w menu jestem więc w stanie zrozumieć.

Ale z tym, że po przewinięciu ekranu głównego w dół, żeby wyświetlić statystyki z dzisiaj, muszę czekać na ich załadowanie (a to raptem kilka danych!), pogodzić mi się już bardzo trudno. To zdecydowanie nie powinno zajmować tyle czasu.

Na minus albo… plus: muzyka? Tylko sterowanie

Z poziomu zegarka możemy sterować muzyką na telefonie. Pamięci wbudowanej brak.

Standardowa Versa może pomieścić w swoim wnętrzu kilkaset piosenek. Lite Edition nie zmieści ani jednej – możemy tylko sterować odtwarzaniem z telefonu, a i to bez opcji wystartowania muzyki na telefonie z poziomu zegarka.

I teraz pytanie – czy to wada? Bez GPS trudno planować dalsze treningi bez telefonu, więc muzykę i tak mamy przy sobie. Może więc liczyć to jako zaletę, bo w końcu nie płacimy za coś, z czego i tak nie skorzystamy.

Z drugiej strony – spacer z muzyką bez zabierania ze sobą telefonu? Doceniłbym.

Na to skomplikowane: cena

W trakcie aktywności mamy tylko trzy pola danych, które można zmieniać kliknięciem. Kontrolki pauzy są niestety bardzo małe.

W tej chwili internetowe wyszukiwarki pokazują mi, że Versę Lite Edition można kupić w okolicach 700-780 zł. I mam z tą ceną kilka problemów.

Pierwszy, najpoważniejszy, jest taki, że za 800 zł możemy kupić – z pewnego sklepu – zwykłą Versę. Z obsługą Fitbit Coach, z rejestracją treningów pływackich i z wbudowaną pamięcią na muzykę. Tak, do wyboru jest mniej wariantów kolorystycznych, ale to raczej nie jest wielkim problemem.

Ba, ciekawa jest sytuacja chociażby w Euro RTV AGD. Pełna Versa kosztuje 769 zł. Versa Lite z kolei… 789 zł.

W takim układzie zakup Versy Lite Edition jest co najmniej delikatnie pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Oczywiście różnica w cenie wynika zapewne w różnicy w datach premiery, ale fakt to fakt, a gotówka to gotówka.

Czy to oznacza, że trzeba Versę Lite Edition skreślić już na starcie? Zdecydowanie nie, ale powinniśmy być cierpliwi. Zwykła wersja w momencie premiery kosztowała 879 zł, czyli od debiutu potaniała o około 100 zł. Jeśli to samo stanie się z Versą Lite Edition, to będzie naprawdę ciekawym zakupem.

Sprzęt od Fitbita ma bowiem naprawdę sporo elementów, które każą go zarekomendować. Jest niewielki, wygodny, wytrzymuje bardzo długo bez ładowania, ma świetną aplikację z pełnoprawnym eksportem danych i uczciwą synchronizacją oraz masą powiązanych platform, a do tego całkiem udany czujnik tętna.

Zdecydowanie nie jest to jednak propozycja dla tych, którzy szukają zegarka stricte sportowego. Na ich miejscu – zwłaszcza przy obecnej cenie Versy Lite Edition – dozbierałbym trochę chociażby do propozycji Polara (Vantage M) albo Garmina (Vivoactive 3). A jeśli nie zależy nam tak bardzo na formacie zegarka, to nadal bardzo dobrą propozycją pozostaje Vivosport – kosztuje ok. 550 zł, a ma i czujnik tętna, i GPS, i licznik pięter, i dużo bardziej sportową aplikację.

Kiedy jednak Versa Lite Edition stanieje do poziomu poniżej 700 zł – warto zwrócić na nią uwagę.

Dołącz do dyskusji