Kiedy wysiłek może zmienić się w świetną zabawę. Fitbit Ionic – recenzja

Recenzja/Technologie 01.03.2018
Kiedy wysiłek może zmienić się w świetną zabawę. Fitbit Ionic – recenzja

Kiedy wysiłek może zmienić się w świetną zabawę. Fitbit Ionic – recenzja

Futurystyczny wygląd, marka z doświadczeniem, obiecujące możliwości, świetne zaplecze techniczne. Fitbit Ionic kusi, ale czy faktycznie jest dobrym wyborem?

Fitbit długo kazał czekać na swój pierwszy pełnoprawny smart zegarek i w momencie, kiedy ten trafił na rynek, musi mierzyć się z gigantyczną konkurencją – zarówno w segmencie smart, jak i w segmencie sport. Ale choć Fitbit, przynajmniej w Polsce, nie jest tak rozpoznawalny jak Apple, Garmin czy Polar, wcale nie stoi na przegranej pozycji.

Jaki więc jest Fitbit Ionic?

Na początek – dwa zaskoczenia.

Pierwsze jest jak najbardziej pozytywne. Jak wygląda Ionic – widzi każdy. Delikatnie zakrzywiony, prostokątny wyświetlacz (1,42″, 348×250 pikseli) o bardzo wysokiej jasności, pokryto szkłem ochronnym Gorilla Glass 3 i zamknięto w oryginalnie uformowanej, świetnie wykonanej, jednobryłowej obudowie z aluminium (dostępne trzy wersje kolorystyczne). Podoba się czy nie – sprawa mniej istotna.

Istotniejsze jest to, że przed pierwszym założeniem byłem przekonany, że – ze względu na kształt i rozmiar urządzenia – nie będzie ono przesadnie wygodne. Mocno wypukła dolna krawędź wprost zapowiadała, że Ionic będzie wręcz siłą wciskać się w rękę.

Nic takiego nie miało jednak miejsca. Mierzący sobie 12 mm grubości i 38 mm szerokości zegarek nie powoduje podczas wielodniowego noszenia najmniejszego dyskomfortu, jeśli chodzi o jego centralną część. Nie jest to wprawdzie lekkość porównywalna do noszenia prostej opaski fitness, ale przez wiele dni nie zdejmowałem Ionica z nadgarstka, robiąc to tylko wtedy, kiedy wymagał ładowania.

Drugie zaskoczenie przy pierwszym kontakcie jest niestety negatywne. O ile bowiem sam zegarek jest naprawdę wygodny, o tyle domyślnie dołączany do zestawu pasek (w pudełku dwa różne rozmiary) jest po prostu zły, co było dla mnie sporą niespodzianką, mając w pamięci poprzednie produkty Fitbita.

Co jest nie tak? Jest po prostu na niemal każdym etapie użytkowania niewygodny, przynajmniej jeśli chodzi o zastosowania sportowe. Jest zbyt gruby, zbyt sztywny, otwory regulacyjne są zbyt małe, żeby zapewnić odpowiednią wentylację przy intensywnym wysiłku, z zapinką w klamrze trzeba za każdym razem walczyć, a końcowe zapięcie na wcisk nie jest ani trochę przyjemne.

Paski można na szczęście szybko i wygodnie wymieniać.

Jeśli więc ktoś kupuje Ionica do treningów, zdecydowanie dobrze będzie rozważyć dokupienie (30 dol.) paska sportowego, który – przynajmniej na papierze – jest pozbawiony wszystkich tych wad. I jest dostępny w odjechanym, limonkowo-kobaltowym (żółto-niebieski) kolorze.

Obsługa na piątkę z małym minusem.

Twórcy Ionica nie zdecydowali się na przesadne komplikowanie obsługi ich zegarka i chwała im za to. Zrozumienie podstaw nawigacji po interfejsie zajmuje nie więcej niż 15 minut, po czym wszystko staje się oczywiste.

Podstawą zarządzania FitbitOS jest oczywiście ekran dotykowy, w związku z czym wszystkie ikony i pozycje w menu są spore, czytelne i łatwe do aktywacji nawet w trakcie biegu czy jazdy na rowerze.

Do pomocy mamy jeszcze trzy wygodne i łatwe do odnalezienia bez patrzenia przyciski. Pojedynczy po lewej stronie służy do powrotu o jeden ekran lub włączania podświetlenia wyświetlacza, jeśli nie zdamy się na automatyczne rozwiązanie (przy podnoszeniu nadgarstka).

Po prawej stronie ulokowano natomiast w rogach dwa dodatkowe przyciski, których funkcje ustalane są w zależności od aktualnie uruchomionej aplikacji. Przykładowo w odtwarzaczu muzycznym jest to pauza lub następny utwór, a podczas biegania – okrążenie lub pauza/zakończenie treningu. Nie trzeba więc zdejmować rękawiczek podczas np. zimowych treningów na dworze, żeby wykonać podstawowe operacje. Brawo.

Za co minus? Za to, że nie wszystko da się zrobić wyłącznie z wykorzystaniem przycisków. Szkoda, bo np. spora część zegarków sportowych na to pozwala.

Fitbit Ionic jako zegarek sportowy.

Nie ma wątpliwości, że jeśli ktoś rozważa zakup Ionica, to robi to głównie ze względu na jego funkcje sportowe.

Na papierze zresztą zegarek Fitbita prezentuje się okazale. Wbudowany GPS i GLONASS, czujnik tętna z zapisem przez całą dobę, wodoodporność, automatyczne rozpoznawanie aktywności i ich rejestracja, zapis treningów pływackich, wsparcie dla Fitbit Coach, bonusy w postaci aplikacji do treningu relaksacyjnego i cały standardowy pakiet funkcji fitness.

Papier przyjmie jednak wszystko, a sama obecność czujników jeszcze o niczym nie świadczy. Jak to wszystko sprawdza się w praktyce?

Odpowiedź, jeszcze przed przejściem do szczegółów, brzmi: to zależy.

Wbudowany czujnik tętna.

Fitbit niestety wybrał ścieżkę, która przewiduje pomiar tętna jedynie z wbudowanego w zegarek czujnika. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że w dni takie jak ten (czyli -10 stopni) o wiele przyjemniej byłoby założyć pasek na klatkę piersiową, a zegarek założyć na kurtkę. W przypadku Ionica nie możemy tego zrobić. Tzn. możemy, ale tracimy wtedy pomiar tętna.

Jeśli nam to jednak nie przeszkadza (albo nie biegamy w zimie), to brak opcji podłączenia zewnętrznych czujników nie powinien być wielkim problemem. Optyczny pomiar tętna w Ionicu jest po prostu dobry albo wręcz bardzo dobry. Choć nie idealny.

Drobna uwaga: Fitbit nie potrafi wyeksportować danych dla aktywności bez GPS (mimo że inne serwisy i urządzenia jak najbardziej to potrafią). Porównanie – ze względu na zimową aurę – będzie więc trochę na około.

Tak wygląda mniej więcej godzinny trening 4×1600 m, zarejestrowany przez Ionica:

 

Tak natomiast wygląda to w przypadku HRM Run od Garmina:

Średnie tętno z całego treningu różni się o cały 1 BPM, więc jeśli chodzi o podsumowanie treningu i całego wysiłku – jest dobrze. Pomimo niezbyt udanego zeskalowania wykresu, tętno w interwałach w Ionicu przeważnie jest identyczne z tym, które serwuje czujnik na klatkę piersiową. Fitbit wprawdzie reagował z małym opóźnieniem na zmianę intensywności treningu, ale nawet sprawdzany na żywo nie zostawał daleko w tyle.

Problemy są tylko dwa. Na samym początku treningu Ionic zanotował dziwaczny i trwający około minuty pik o około 10-15 BPM w stosunku do Garmina, po czym nagle wszystko wróciło do normy. Na początku drugiego interwału zanotował kolejny pik, tym razem aż do 187 BPM, czyli o 20 BPM więcej, niż raportował HRM-Run.

Przy dłuższym, spokojnym biegu można natomiast zwrócić uwagę na inny detal:

Optyczny czujnik w Fitbicie najwyraźniej nie lubi, kiedy jest zimno i gdy zaczyna się trening, od razu po założeniu go na rękę. Widać to wyraźnie na samym początku, gdzie Ionic informował o tętnie na poziomie… 190 BMP, podczas gdy Garmin informował o około 130-135. Po 3 minutach sytuacja wróciła jednak do normy i średnia z całej aktywności prezentowała się zadowalająco.

Ze względu na pogodę niestety nie dane mi było sprawdzić Ionica na rowerze w terenie. Musi więc wystarczyć porównanie na rowerze stacjonarnym (co ciekawe, Fitbit nie posiada takiego profilu treningu).

Ponownie, dane z tego (dosyć prostego, ale jednak) treningu pokrywają się niemal w całości z tym, co serwuje czujnik na klatkę piersiową.

W tym przypadku również dobrze pamiętać o tym, żeby nie zaczynać treningu tuż po założeniu zegarka na rękę. Zdarzały się sytuacje, kiedy przez pierwsze 5-10 minut optyczny czujnik Ionica serwował (z zadziwiającą wytrwałością) wartości o 10-15 BPM wyższe niż HRM-Run, a po tym czasie wracał do normy i tak zostawało już do końca.

Czy mógłbym więc zrezygnować z paska na klatkę piersiową i trenować wyłącznie z zegarkiem Fitbita? Oczywiście. O ile nie byłoby -10 stopni.

Dokładność GPS.

Dobra wiadomość: Ionic, wyposażony w GPS i GLONASS, nie ma najmniejszych problemów z szybkim odnalezieniem lokalizacji użytkownika. Nawet bez podłączenia do telefonu zajmuje to maksymalnie kilkanaście, czasem kilkadziesiąt sekund.

Dobra wiadomość numer dwa: dokładność pomiarów nie rozczarowuje. Na znanych mi trasach Ionic pokazywał prawidłowy dystans, natomiast zagłębiając się w detale był czasem dokładniejszy od mojego prywatnego Fenixa 3. A czasem nie – taka już specyfika zegarków z GPS.

Skupmy się wiec na detalach i przykładach:

Na powyższej grafice (niebieskie – Ionic, żółte – Fenix) widać, że z teoretycznie prostym fragmentem trasy (niska zabudowa, niemal brak drzew), oba zegarki pobłądziły raz tutaj, raz tam.

Tutaj natomiast Fenix w ogóle wypadł kawałek od trasy, przy okazji niezbyt elegancko obcinając zakręt.

Podobnie stało się tutaj. Przy dość wysokim budynku Fenix odjechał na drugą stronę ulicy, natomiast Ionic trzymał się mniej więcej chodnika, choć i tak odbił kawałek w bok.

Mam przy tym dziwne wrażenie, że jeśli chodzi o dokładność GPS, to Fenix raz za razem przegrywa z każdym testowanym przeze mnie zegarkiem. Choć dużo tutaj zależy od dnia, pogody i okolicy.

Tryby sportowe i ekrany aktywności.

Porzućcie nadzieję ci, którzy liczycie na to, że będziecie mogli na ekranie Ionica wyświetlić milion danych, w tym np. godzinę zachodu słońca, wysokość nad poziomem morza i odległość do najbliższego wybranego punkty na mapie. Nic z tego.

Zegarek Fitbita jest pod tym względem bardzo konserwatywny i prosty. Do wyboru mamy trzy pola danych, z czego dwa skrajne można ustawić według naszych preferencji, natomiast środkowe zmienia się po dotknięciu ekranu (i też możemy ustalić domyślne):

I to właściwie tyle, jeśli chodzi o wizualną personalizację. Dużym plusem jest natomiast to, że dla każdego ze sportów można to ustalić osobno.

Z drugiej strony tryby sportowe (które oferują prawie wszystkie typu sportu, poza jazdą na rowerze w pomieszczeniu) są raczej mocno podstawowe. Dla każdego z nich można ustawić, czy włączamy autopauzę, czy ekran ma być stale podświetlony, czy chcemy otrzymywać komunikaty co okrążenie i to koniec.

Tryby treningowe dla biegania i jazdy na rowerze.

Niestety Ionic nie oferuje żadnych treningów. Można ustawić proste interwały, ale o trybach treningowych np. pod 10k czy półmaraton nie ma co marzyć. To samo tyczy się zresztą jazdy na rowerze. Co ciekawe, w aplikacji Fitbit Coach jest kilka ciekawych treningów biegowych, ale nie możemy ich zgrać na zegarek. Bo nie.

Na zegarku po prostu odpalamy śledzenie GPS i ruszamy. Tyle.

Podsumowania treningów.

I tutaj ciekawa sprawa. Po zakończeniu treningu na ekranie wyświetlane jest krótkie podsumowanie – czas, dystans, tempo/prędkość i spalone kalorie. Jeśli zamkniemy ten ekran, sprawdzenie tych szczegółów będzie wymagało uruchomienia aplikacji. Serio.

Fitbit Ionic nie oferuje żadnej opcji podglądu archiwalnych aktywności, chyba że… połączymy konto Fitbita ze Stravą. Wtedy w aplikacji Stravy (koszmarnie ograniczonej – tylko podgląd ostatnich aktywności) widzimy historię naszych biegów czy jazd na rowerze. Ale tylko pod warunkiem, że są to aktywności z GPS – tych bez danych lokalizacyjnych Fitbit nie udostępnia innym serwisom.

Z poziomu aplikacji Fitbita lub strony internetowej mamy natomiast oczywiście dostęp do kompletu podstawowych danych, wliczając w to poddział na okrążenia czy wykres wysokości.

Zewnętrzne czujniki.

Prosta sprawa – Ionic nie jest w stanie połączyć się z żadnym czujnikiem, ani też nie jest w stanie stać się czujnikiem dla innego urządzenia. Co oznacza, że nie tylko podłączymy do niego czujnika tętna na klatkę piersiową czy czujników rowerowych, ale że jest bezużyteczny np. przy takich aplikacjach jak Zwift.

Jedyne, co możemy podłączyć do Ionica, to słuchawki Bluetooth.

Szkoda.

Śledzenie aktywności.

Na tym Fitbit zbudował swoje małe imperium, więc trudno oczekiwać poważniejszych problemów.

Jeśli chodzi o śledzenie liczby kroków, to Fitbit prezentował wyniki zbieżne z tym, co pokazywały pozostałe urządzenia pomiarowe, które posiadam w domu. Czy jest dokładny co do kroku – tego nie wiem, nie ma to większego znaczenia. Poziom aktywności bez wątpienia oddaje prawidłowo.

Najmniejszych zastrzeżeń nie mam też do pomiaru snu. Czas zasypiania i czas wstawania rejestrowany jest bezbłędnie, podobnie jak przebudzenia w nocy. Co do szczegółów snu i jego faz – nie mam pojęcia. Nigdy nie jestem pewien, do czego mam wykorzystać te dane.

Czas pracy na jednym ładowaniu.

Tutaj jest dobrze, chociaż do czołówki sportowych zegarków Ionic ma bardzo daleko.

Przy standardowym użytkowaniu, bez zbyt wielu intensywnych aktywności, zegarek Fitbita z włączonym na stałe pomiarem tętna powinien bez najmniejszych problemów wytrzymać mniej więcej 4 dni – czasem nawet o jeden lub dwa dni więcej, jeśli jesteśmy wyjątkowo leniwi.

W przypadku śledzenia aktywności, producent deklaruje około 10 godzin, co jest wynikiem bardzo dobrym, choć brakuje opcji włączenia oszczędnego śledzenia i dobicia np. do 18 czy 20 godzin. Jeśli natomiast chcemy podczas biegania czy jazdy na rowerze słuchać muzyki i zapisywać trasę, podzielmy deklarowany czas pracy bez ładowania na pół.

Nawigacja.

Niestety całkowite pudło. Ionic nie oferuje żadnych, nawet najbardziej śladowych opcji związanych z nawigacją. Mowa tutaj nie tylko o mapach, ale nawet nawigacji po trasie wyznaczonej czy pokonanej wcześniej. Back to start? Nie. Wirtualny partner/wyścig z aktywnością? Nic z tego. Profil wysokościowy trasy przed nami? A gdzie tam.

Ale wstrzymajmy się na chwilę z oceną Ionica jako zegarka sportowego. Przynajmniej do momentu, kiedy dojdziemy do Fitbit Coacha.

Fitbit Ionic jako smart zegarek.

Ionic to jednak nie tylko zegarek sportowy – to też smart zegarek, choć… nie oczekujmy fajerwerków.

Podstawą jest tutaj FitbitOS – system operacyjny stworzony przez Fitbita i debiutujący właśnie na tym zegarku. Podstawy działania o obsługi są na szczęście banalne do opanowania – każde dotknięcie ekranu czy jego przesunięcie wydaje się już po chwili oczywiste.

Standardowo otrzymujemy też pakiet niezbędnych aplikacji – tych do treningu (podsumowanie dnia, szczątkowa Strava, Ćwiczenia i Coach), do słuchania muzyki (tak, Ionic potrafi ją odtwarzać z wbudowanej pamięci), a także tych typowo zegarkowych – takich jak np. pogoda.

Niestety wybór oprogramowania dodatkowego jest na tyle skąpy, że przez długi czas nie mogłem zdecydować się na instalację czegokolwiek. Obsługa Hue? Niestety nie mam odpowiednich żarówek. Kalkulator? Nigdy nie czułem potrzeby posiadania go na zegarku. Starbucks? Raczej nie w Polsce. IFTTT? Musiałbym zacząć używać. Flipboard? Przyznaję się – nawet nie próbowałem tego zainstalować. Nie wspominając już o tym, że listę wszystkich aplikacji dla FitbitOS da się przewinąć kilkoma machnięciami palcem po ekranie, a instalacja każdej z nich wymaga telefonu i masy czasu (instalacja jest niestety mocno powolna).

Przynajmniej na razie. W przyszłości sytuacja może się zmienić, bo programiści otrzymali dostęp do Ionica dopiero pod koniec zeszłego roku. Czasu było więc mało, ale na dziś wygląda to bardzo skromnie – skromniej nawet, niż w przypadku Garmina, którego przecież z aplikacjami nie kojarzymy.

Największy wybór aplikacji dotyczy przy tym tarczy zegara, które niedawno w sporej liczbie pojawiły się w sklepie Fitbita. Nic jednak nie poradzę na to, że najbardziej podobała mi się domyślna, która wyświetlała po prostu godzinę, kroki, tętno i spalone kalorie. Dotknięcie ekranu powodowało wyświetlenie szczegółów tych pomiarów zamiast godziny. Proste, ładne i wygodne.

Powiadomienia w przypadku FitbitOS niestety nie mogą równać się z tym, co oferują konkurencyjne smart zegarki połączone z odpowiednimi platformami. Możliwości są tu naprawdę podstawowe – powiadomienie możemy odebrać, odczytać i usunąć lub nie. Żadnego odpisywania na wiadomości czy odbierania połączeń bezpośrednio na zegarku.

Odrobinę drażniący jest przy okazji fakt, że Fitbit Ionic potrafi przy niektórych, czasem nawet tych bardzo podstawowych animacjach zgubić kilka klatek.

Odtwarzanie muzyki.

Powoli standard w segmencie zarówno zegarków sportowych, jak i smart zegarków. Niestety od razu trzeba napisać wprost: nie skorzystacie ze swojego ulubionego serwisu streamingowego. W tej kwestii Ionic wspiera wyłącznie Pandorę.

Skazani więc jesteśmy na zgrywanie klasycznych plików MP3 – na szczęście nie jest to przesadnie trudna operacja. Wystarczy aplikacja na komputerze, kilka kliknięć i już – muzyka zgrywana jest przez WiFi na zegarek.

Późniejsze odtwarzanie z poziomu Ionica jest banalnie proste. Uruchamiamy aplikację muzyka, wybieramy playlistę, upewniamy się, że mamy podłączone słuchawki na Bluetooth i ruszamy przed siebie. Łatwiej się już nie da. Nie zaobserwowałem przy tym przez kilka tygodni testów żadnych problemów z połączeniem – nawet przy intensywnym machaniu rękami.

Ps. Ionic może też pełnić rolę pilota do sterowania muzyką z telefonu. Wystarczy zmienić źródło muzyki na zegarku.

Gwiazda programu – Fitbit Coach

Ujmę to tak: Ionica odesłałem bez żalu. Flyera odesłałem bez żalu. Ale z Coachem zostałem.

Aplikacja treningowa Fitbita (oddzielna od głównej aplikacji) nie jest wprawdzie darmowa (około 30-40 zł za miesiąc, przy standardowym abonamencie), ale niemal natychmiast trafiła na pierwsze miejsce moich domowych aplikacji do ćwiczeń.

Wszystko jest w niej dokładnie takie, jakie być powinno. Ćwiczenia są prezentowane szczegółowo, ale bez przesadnego marnowania czasu. Poziom obciążenia treningowego jest dobierany na podstawie naszych opinii na temat wcześniejszych ćwiczeń. Programy treningowe są tak przygotowane, że jednocześnie dają w kość i zapewniają odpowiednią satysfakcję.

Do tego wszystkiego Coach działa na komputerach, smartfonach, tabletach i – co dla mnie było wyjątkowo ważne – na Xboksie. Można nawet sparować (choć jest to operacja karkołomna) Ionica i Xboksa tak, żeby na żywo wyświetlane było tętno w trakcie treningu. Nawet jeśli jednak tego nie zrobimy, a mamy Ionica na ręce, zapis ćwiczenia zostanie uzupełniony o tętno (!).

Oczywiście nie jest to aplikacja idealna. Przykładowo z poziomu wersji mobilnej nie możemy wyszukiwać treningów na poszczególne partie mięśniowe (co ciekawe – w wersji webowej jest taka opcja). Treningi biegowe mają natomiast niekonfigurowalne ustawienia prędkości, co trochę mija się z celem – są bowiem bardzo podstawowe.

Największą wadą Fitbit Coacha jest jednak… szczątkowa integracja z aplikacją główną Fitbita. Owszem, trening wykonany w Coachu zapisze się w Fitbicie, ale bez żadnych dodatkowych informacji, np. na temat wykonanych ćwiczeń. Szczegółowa lista jest dostępna tylko w Coachu.

To samo tyczy się też połączenia Coacha z zegarkiem Fitbita. Pomysł jest świetny – możemy realizować program treningowy bez telefonu – wystarczy zegarek. Praktyka jest jednak trochę inna.

Owszem, Coach na zegarku wyświetli nam przebieg danego programu, zaburczy, kiedy czas zmienić ćwiczenie, a do tego na krótkiej animacji pokaże, jak je zrobić. Tyle tylko, że nie możemy wybrać dowolnego treningu – do dyspozycji są 3 bardzo podstawowe. O realizacji naszego planu nie ma więc mowy, jeśli nie mamy telefonu.

Oczywiste wydaje się jednak to, że ta sytuacja ulegnie zmianie. W przeciwnym wypadku byłoby to zmarnowanie ogromnego potencjału Coacha na nadgarstku. A samej aplikacji, nawet bez zegarka, warto dać szansę – pierwszy miesiąc jest w końcu darmowy.

Gwiazda programu numer 2 – aplikacja Fitbit

Kiedy wybierałem swoją pierwszą opaskę fitness (padło na Flexa), do wyboru przekonała mnie właśnie świetna aplikacja Fitbita. Lata mijają, a ta aplikacja nadal jest jedną z najlepszych w swojej kategorii.

W zasadzie to w kategorii “zrób z aktywności zabawę” jest najlepsza. Na próżno szukać tutaj szczegółowych danych, VO2max, oscylacji pionowej czy czasu kontaktu z podłożem. Nie ma tego. Wszystko co jest, jest maksymalnie uproszczone, podane w prostej, czytelnej i atrakcyjnej graficznie formie.

Do tego fantastycznie rozwiązane są wyzwania, co jest szczególnie istotne, biorąc pod uwagę fakt, że Fitbit nie jest w Polsce popularnym produktem i pewnie nie mamy zbyt wielu znajomych, żeby konkurować z nimi bezpośrednio. Zamiast tego możemy wziąć np. udział w liczącej 15 tys. kroków wycieczce po Yosemite. Zrobić 24 tys. kroków po Nowym Jorku. I tak dalej.

Na każdej takiej mapie co określoną liczbę kroków odkryjemy ciekawe miejsce, o którym możemy przeczytać i zebrać je. Dookoła nas znajdują się także dodatkowe wyzwania, które również warto wykonywać.

I właśnie za to uwielbiam aplikację Fitbita. Jasne, sportowo jest podstawowa, wręcz uboga. Ale zaglądałem do niej wielokrotnie częściej, niż zaglądam np. do aplikacji Garmina.

Fitbit Flyer – tak czy nie?

Wraz z zegarkiem dotarła do mnie komplet słuchawek firmowanych przez Fitbita – Flyer. Kosztują około 130 dol. i potrafią, cóż, dobrze grać.

Flyer nie próbuje bowiem w żaden sposób odejść od tego, czym powinny być słuchawki sportowe. Świetnie leży w uszach (3 komplety różnych nakładek w zestawie), świetnie wycisza hałasy otoczenia, jest wodo- i potoodporny, ma wygodne, spore przyciski na pilocie, a do tego płaski kabel, który nie plącze się w kieszeni. Oferuje też naprawdę dobrą jakość dźwięku, szczególnie biorąc pod uwagę basy i maksymalną głośność.

Pod tymi względami zdecydowanie przewyższa moje prywatne Beatsy, które… kupiłem głównie po to, żeby grały mocno i tłusto. Tymczasem Beatsy zapewniają może i bardziej klarowny dźwięk (choć i we Flyerze stoi on na wysokim poziomie), ale to Flyer daje większego kopa podczas treningu. Kto by pomyślał.

Słuchawki od Fitbita mają też jedną zaletę wyjątkowo przydatną dla posiadaczy Ionica – mogą połączyć się jednocześnie z dwoma urządzeniami, czyli np. zegarkiem i telefonem. Pomijając nieco karkołomny proces pierwszego parowania (trzeba włączyć tryb parowania, połączyć z pierwszym urządzeniem, wyłączyć, ponowić proces dla drugiego urządzenia), takie rozwiązanie spisuje się idealnie – o ile oczywiście planujemy słuchać muzyki z Ionica i jednocześnie zabierać ze sobą telefon. W końcu to drugie nie jest obowiązkowe.

Jeśli jednak zdecydujemy się rozmawiać przez telefon w trakcie biegania, możemy się miło zaskoczyć. Flyer zaskakująco skutecznie wytłumia hałasy otoczenia (wykorzystując dwa mikrofony) i umożliwia nam w miarę komfortową rozmowę.

Minimalne zastrzeżenia mogę mieć wyłącznie do czasu pracy na jednym ładowaniu. 6 godzin, a w rzeczywistości odrobina mniej, to trochę mało jak na klasyczne słuchawki bezprzewodowe. Na szczęście sytuację ratuje szybkie ładowanie.

Fitbit Ionic – czy warto?

Standardowo – trudne pytanie.

Sam Ionic kosztuje obecnie około 1400 zł, co nie jest przesadnie wygórowaną ceną, jeśli np. porównamy go z Apple Watchem (1749 zł), nie mówiąc już o zegarkach sportowych z wyższej półki, z którymi jednak produkt Fitbita nawet nie próbuje konkurować.

Co może usprawiedliwiać wydanie na niego tej kwoty? Dobry GPS i czujnik tętna, dobry czas pracy na jednym ładowaniu, jasny, czytelny w słońcu ekran, wygodna obsługa, bardzo dobre śledzenie aktywności kilka prostych i wbudowanych treningów Coacha, odtwarzanie muzyki z poziomu zegarka, zaskakująco wygodna obudowa (choć pasek polecam wymienić) i fantastyczna aplikacja główna, najlepiej wykorzystywana w parze z Fitbit Coacha.

Przyznam, że jeśli dzisiaj byłbym zmuszony do opuszczenia ekosystemu Garmina, to prawdopodobnie wszedłbym w ekosystem Fitbita – z całą jego otoczką programową i sprzętową. Choć przyznam, że fanem wzornictwa Ionica nie jestem.

Z drugiej strony po pierwszym zegarku Fitbita mocno czuć, że jest… pierwszym zegarkiem Fitbita, a twórcy FitbitOS mają jeszcze nad czym pracować. System potrafi od czasu do czasu przyciąć, funkcje/plany treningowe niemal nie istnieją, aplikacji jest jak na lekarstwo, z płatności zegarkiem w Polsce nie skorzystamy, a integracja z Coachem jest dużo poniżej tego, czego można byłoby oczekiwać. Fani cyferek i wykresów też nie znajdą tutaj zbyt wiele dla siebie – wykresów tętna nie można nawet przybliżać, nie mówiąc już np. o nakładaniu różnych pomiarów na siebie.

Ionic w połączeniu z mobilną aplikacją sprawia jednak, że aktywność znów jest zabawą. I chyba o to chodzi.

Dołącz do dyskusji

Advertisement