Długo broniłem się przed Apple Watchem. W końcu się skusiłem, i piszę, jak jest

Artykuł/Sprzęt 23.03.2019
Długo broniłem się przed Apple Watchem. W końcu się skusiłem, i piszę, jak jest

Długo broniłem się przed Apple Watchem. W końcu się skusiłem, i piszę, jak jest

Kiedy Apple zaprezentował pierwszą generację swojego zegarka, miałem ochotę się śmiać. Z każdą kolejną odsłoną Apple Watch kusił jednak coraz bardziej i bardziej. W końcu pomyślałem „a co mi tam”. I spróbowałem. 

Nie będę jednak robił pełnej recenzji – tę zrobił już dawno temu Przemek. Zamiast tego skupię się na tych konkretnych zastosowaniach, w których Apple Watch 4 odgrywa u mnie pierwszorzędną rolę. I robi to albo bardzo dobrze, albo… bardzo źle. Albo nie do końca tak, jakbym chciał.

Apple Watch 4 – na sportowo (w wydaniu miejskim).

W Apple Watchu najbardziej przerażało mnie to, że nie był to nigdy produkt chociażby reklamowany jako sprzęt sportowy. Krótki czas pracy na jednym ładowaniu (w porównaniu np. z Garminami), prymitywna (przynajmniej na pierwszy rzut oka) systemowa aplikacja sportowa, niewiadomej jakości czujnik tętna, niewiadomej jakości aplikacje dodatkowe. Dla kogoś, dla kogo zegarek służy głównie do monitorowania zdrowia, tych znaków zapytania i wątpliwości było zdecydowanie zbyt wiele.

Z niepokojem zdjąłem więc z ręki mojego kilkuletniego już Fenixa, zamieniając go na jakiś czas na Apple Watcha 4. I co? I odpowiedzi są dwie. Zacznijmy od tej gorszej dla zegarka Apple’a.

Nie, Apple Watch nie jest tak dobrym, wszechstronnym, uniwersalnym i dopracowanym zegarkiem sportowym. Próbowałem tygodniami i miesiącami, sprawdzałem różne aplikacje, różne ustawienia, różne konfiguracje. Nie da się w 100 proc. odtworzyć na Apple Watchu tego, co jest w stanie zaoferować Garmin, Polar czy Suunto. Te firmy mają wieloletnie doświadczenie z użytkownikami skupionymi właśnie na monitorowaniu sportu czy aktywności. Wiedzą dokładnie, co i jak powinno być zrobione, co warto usunąć, a co koniecznie należy dodać. W Apple Watchu – przynajmniej póki co – jeszcze tego nie ma. I kto wie, czy kiedykolwiek będzie.

Przykłady? Systemową aplikację do treningów można właściwie pominąć, bo nie jest to aplikacja treningowa, a raczej aplikacja do rejestracji aktywności. Liczba dodatkowych ustawień jest mocno ograniczona – chociażby o jakiejkolwiek formie interwałów można zapomnieć. Z pomocą przychodzą oczywiście aplikacje producentów trzecich (np. iSmoothRun), ale tu są dwa problemy. Po pierwsze – są one dodatkowo płatne (niewiele, ale jednak). Po drugie – tworzą je mniejsze, czasem pewnie jednoosobowe zespoły, które w kwestii doświadczenia nie mają najmniejszych szans z ekipami programistów np. Garmina.

Tak samo jest m.in. z nawigacją w terenie. Jasne, jest świetne WorkOutDoors (zdecydowanie polecam) z obsługą map OSM, ale… to dalej nie są porządne mapy topograficzne. Do tego w nawigacji brakuje podstawowych danych, takich jak np. pozostałego do pokonania wzniesienia, dystansu do celu czy takich drobnostek, jak czasu do zachodu słońca. W Garminie jest to oczywiste – tutaj już niekoniecznie.

Czy to jednak znaczy, że Apple Watch 4 jest kompletnie beznadziejny jako sprzęt dla sportowego amatora?

Nie, Apple Watch nie jest złym sprzętem sportowym. Wręcz przeciwnie. Jest urządzeniem po prostu dobrym (z plusem) lub bardzo dobrym, jeśli ktoś szuka urządzenia do amatorskich treningów. Pokonałem już z nim (na różne sposoby) kilkaset kilometrów i rzadko kiedy mogłem narzekać, że czegoś mi naprawdę brakuje. Z tym, że jest tu jedna kluczowa różnica między Apple Watchem, a dedykowanymi zegarkami sportowymi.

Jest to przypadek podobny do tego, który znamy ze smartfonów. Systemowe aplikacje są przeważnie ok, chyba że chcemy czegokolwiek ekstra. I tak samo tutaj – jeśli chcemy dobrą aplikację do biegania – musimy przekopać się przez App Store i wybrać metodą prób i błędów lub doświadczeń tę, która nam pasuje, dobrze działa i ma odpowiednie wsparcie. To samo z innymi dyscyplinami sportowymi. To samo nawet z… synchronizacją aktywności. Niektóre aplikacje obsługują np. eksport do Stravy, Endomondo albo Garmina. Inne potrzebują do tego pośrednika. Ponownie – w zegarku sportowym większość tych opcji mamy fabrycznie na stanie i nie musimy tracić czasu na poszukiwania. Z drugiej strony – to, co mamy na zegarku sportowym fabrycznie, jest też tym, z czym nie możemy dyskutować. Jest tyle, koniec i kropka, nic lepszego nie znajdziemy. Tutaj jest wybór.

Przy okazji – Apple Watch (obok Fitbita) jest chyba najmniej problematycznym zegarkiem, jeśli chodzi o eksport danych. W Galaxy Watchu zawsze miałem problem z eksportem danych na temat tętna z treningu. Z Huawei Watch GT eksportu nie dało się przeprowadzić w ogóle. A tutaj cały proces można nawet – z wykorzystaniem zewnętrznej aplikacji – zautomatyzować. I tak zresztą robię, bo Apple ma spory bałagan w aplikacjach – część danych trafia do aplikacji Zdrowie, część do aplikacji Aktywność i w sumie nie wiadomo, czego gdzie szukać.

A GPS? Czujnik tętna?

Bardziej szczegółową analizę tych dwóch elementów można znaleźć tutaj, więc ograniczę się tylko do prostszych obserwacji. I zacznę od trzech irytujących kwestii.

Pierwszą jest to, że Apple Watch zawsze, ale to absolutnie zawsze, kiedy tylko ma taką możliwość, korzysta z GPS w iPhonie. Po co? Prawdopodobnie po to, żeby oszczędzić energię w swoim niewielkim akumulatorze. I faktycznie – w takim układzie wytrzyma dużo dłużej niż samodzielnie (wtedy wytrzymuje maksymalnie 6 godzin), ale wiąże się to z komplikacjami. Po pierwsze – może doprowadzić do rozładowania telefonu, kiedy ten będzie nam krytycznie potrzebny. Po drugie – ślad zapisywany przez niezależnie działającego Apple Watcha… wygląda po prostu lepiej. Czy tak faktycznie jest, czy to tylko przypadek i moje odczucie – nieistotne. Wolałbym mieć po prostu wybór.

Drugą irytującą kwestią jest sposób zapisywania trasy przez systemową aplikację treningową. Wszystko rysowane jest w taki sposób, żeby wyglądało ładnie, okrągło i gładko, nie mając zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Na szczęście inne aplikacje nie mają tego problemu.

Trzeci problem dotyczy czujnika tętna. O ile do jego pracy nie mam niemal żadnych zastrzeżeń i z powodzeniem korzystam z niego zamiast zewnętrznego czujnika na pasku, o tyle przeważnie przez pierwsze kilka minut aktywności wyświetlane dane są… po prostu zmyślone. Czasem Apple Watch już od samego początku pokazuje prawidłowe tętno i prawidłowo ocenia jego zmiany. A czasem wylosuje sobie podczas rozgrzewki jakąś wartość – nieważne, czy jest to 68 czy 168 BPM – i utrzymuje ją np. do 4-5 minuty, czyli do momentu, kiedy zacznie faktycznie mierzyć nasze tętno. Nie przeszkadza to wprawdzie w trakcie treningów i nie dzieje się zawsze, ale wygląda później na wykresach koszmarnie i bez wątpienia wpływa na średnie wyniki w podsumowaniu.

Ale to właściwie wszystko, co mogę zarzucić Apple Watchowi w kwestiach monitorowania czysto hobbystycznego biegania czy jazdy na rowerze. Jeśli dobierzemy sobie odpowiednie aplikacje – u mnie sprawdza się kombinacja dwóch wymienionych wcześniej – to raczej nie powinniśmy być zawiedzeni. Tym bardziej, że wybór aplikacji sportowych na Apple Watcha jest większy niż na sporą część konkurentów. Przykładowo regularnie korzystam jeszcze z aplikacji TRX i Nike Fitness Club.

Nie można też zapomnieć o jednym – Apple Watch nie ma najmniejszych problemów z obsługą większości zewnętrznych czujników, czego nie można powiedzieć o wielu smart zegarkach na rynku. Czujniki tętna? O ile są na Bluetooth, to nie ma problemu. Nawet czujniki mocy dogadają się z zegarkiem od Apple’a.

A jak jest z tym akumulatorem?

Na tle nowych zegarków sportowych? Żenująco. Na tle moich potrzeb? W większości przypadków wystarczająco.

Najlepszy przykład? W poprzedni weekend wybrałem się na dłuższy spacer. Zdjąłem Apple Watcha z ładowarki o 7 rano, wsiadłem w samochód, ruszyłem w 30-km spacer, który zajął mi nieco ponad 6 godzin, i który oczywiście cały czas był zapisywany w zegarku (z pomocą GPS w iPhonie). Czy musiałem doładowywać zegarek w trakcie marszu? Nie. Czy musiałem doładowywać zegarek przed północą? Nie, zostało jeszcze kilkanaście procent energii. Czy musiałem doładowywać telefon przed północą? Również nie.

Co innego, gdybym zostawił iPhone’a w samochodzie i ruszył w drogę z samym zegarkiem. Wtedy na pewno przydałby się powerbank. Ale rzadko zdarza mi się ruszać w taką podróż bez smartfona, więc nie traktuję tego jako przesadnego problemu. Jedynie ponownie żałuję, że nie ma opcji wyboru źródła GPS – gdybym miał wybierać, co ma się rozładować, i czy stracę zapis trasy, czy opcję kontaktu ze światem, wybrałbym bez wątpienia to pierwsze.

W mniej ekstremalnych sytuacjach Apple Watch 4 nie ma natomiast żadnych problemów, żeby wytrzymać bez ładowania tyle, ile trzeba. 10-km bieg z muzyką w ciągu dnia bez iPhone’a? Żaden problem, doładowywać nie będzie trzeba. Ba, pod wieczór na pewno zostanie nam sporo energii. To samo z półmaratonem. Może i przy maratonie wolnym krokiem mógłbym upewnić się przy starcie, czy mam do pełna naładowany zegarek, ale to tyle.

I ponownie – na tle np. nowych Suunto, te 6 godzin samodzielnego GPS albo wyraźnie więcej z podłączonym iPhone’em, to czysta żenada. Ale i nie jest to zegarek sportowy dla najbardziej wymagających użytkowników. I nikt nigdy tak nie twierdził.

Ale Apple Watch 4 ma też jedną przewagę nad konkurencją…

I żeby było śmiesznie – jest to cena. Za nieco ponad 2 tys. zł dostajemy zegarek z opcjami sportowymi (i to nie tylko podstawowymi), a do tego z opcją odtwarzania muzyki i mapami (wcale nie takimi złymi!). Tak, to jest bardzo sensowna cena, o ile ktoś planuje wykorzystać te wszystkie funkcje.

… i jedną irytującą wadę.

A jest nią obsługa w trudniejszych warunkach. Do dyspozycji mamy tylko dwa przyciski i ekran dotykowy, co zdecydowanie utrudnia korzystanie z Apple Watcha w rękawiczkach. Można wprawnie wstrzymać i wznowić aktywność naciskając oba przyciski jednocześnie, ale ani to łatwe, ani wygodne.

Do tego nie ma łatwo wywoływalnego, systemowego rozwiązania na blokadę ekranu. Wędrując w zimie po górach, trzymając Apple Watcha pod kurtką, cały czas obawiałem się, że przypadkiem wyłączę sobie zapisywanie trasy. I faktycznie tak się dwa razy stało.

Na szczęście i WorkOutDoors i iSmoothRun mają swoje pomysły na blokadę ekranu, które działają bez zarzutu.

Apple Watch 4 – na sportowo (w wydaniu pozamiejskim).

Krótkie zastrzeżenie: nie jestem niesamowicie wymagającym, prawdziwie outdoorowym survivalowym użytkownikiem. Jeśli wędruję, to głównie szlakami, a większość moich przechadzek nie zajmuje więcej niż 5-7 godzin.

I w takich warunkach pod wieloma względami Apple Watch sprawuje się u mnie świetnie – nawet czasem lepiej niż mój nieco już wysłużony Fenix.

Podstawową różnicą jest oczywiście obecność map, które można szybko podejrzeć na ekranie zegarka, bez konieczności sięgania po telefon. Owszem, OSM (wykorzystywane przez WorkOutDoors) nie jest idealnym rozwiązaniem i nie poszedłbym z nimi w kompletnie dziki, niezbadany teren. Ale do moich przechadzek wystarcza całkowicie – jeden rzut oka i wiem, czy jestem na właściwej trasie (tutaj przydaje się import trasy w GPX). Ba, wiem nawet, czy następny fragment będzie podejściem, zejściem, czy może będzie biegł po płaskim (odpowiednie oznaczenia kolorystyczne).

OSM sprawdziły się też rewelacyjnie np. podczas moim spacerów po Dolinie Baryczy. Mając na zegarku podgląd siatki dróg w okolicy, mogłem nie trzymać się sztywno szlaków, a jedynie zmierzać innymi ścieżkami do właściwych punktów. Mała rzecz, a zdecydowanie cieszy i jest dużo przyjemniejszą opcją niż wędrowanie po kresce bez podkładu mapowego – jakiekolwiek by ono nie było.

Inna sprawa, że WorkOutDoors z mapami OSM (można je pobrać do pamięci zegarka i spacerować bez telefonu) funkcjonuje po prostu nieporównywalnie szybciej niż np. Fenix z mapami. Przewijanie, powiększanie – wszystko działa płynnie i błyskawicznie. Brakuje mu wprawdzie kilku wspomnianych garminowych opcji, ale programista już obiecał, że doda je w jednej z kolejnych aktualizacji.

Wady? Oczywiście czas pracy na jednym ładowaniu. Mam na ten rok zaplanowanych kilka przejść po ok. 10 godzin i nawet z iPhone’em jako źródłem GPS nie dam tu rady bez podładowywania sprzętu. Poza tym Apple Watch 4 jest piekielnie delikatny – przynajmniej jeśli chodzi o ekran. Nie cackam się z nim, ale też nie tłukę nim kamieni, a mimo to ekran miejscami jest już bardzo mocno porysowany. Podejrzewam, że do czasu premiery kolejnej generacji będę musiał go już wymienić ze względów estetycznych. Może wersja stalowa z szafirowym ekranem spisywałaby się lepiej. W każdym razie mój kilkuletni Fenix, o którego dbałem jeszcze mniej, wyglada dużo, dużo lepiej. I nim zahaczyć o drzewo czy gałąź w ogóle się nie bałem – w przypadku Apple Watcha drżę na samą myśl o takiej możliwości.

Brakuje mi też… aplikacji Mapy Turystycznej na Apple Watcha. Ten rewelacyjny program póki co niestety służy mi tylko do projektowania trasy i jej późniejszego eksportu do GPX i importu do WorkOutDoors. Szkoda, ale rozumiem, że nie jest to priorytetem.

Apple Watch – na co dzień

Niech będzie, że tu mogę ponarzekać na to, co boli mnie najbardziej w Apple Watchu – na jego wygląd. Niezależnie jak bym na niego nie patrzył, jest dla mnie po prostu niezbyt piękny. Z drugiej strony całkowicie to rozumiem. To nie jest cyfrowa wersja zegarków, jakie znamy od lat. To po prostu zmniejszony iPhone, który przyczepiamy do zegarkowego paska dlatego, że łatwiej jest go tak nosi. Treść dyktuje tutaj formę, a nie na odwrót.

Łatwo mi więc przełknąć prostokątną naturę Apple Watcha, kiedy dzięki niej zegarek staje się bardziej funkcjonalny, a aplikacjom wygodniej jest wyświetlić w czytelny sposób więcej danych. Ku swojemu zdziwieniu polubiłem też tarczę Infograf – początkowo odrzucała mnie swoim przeładowaniem, ale krótka personalizacja sprawiła, że do niezbyt wygodnego i chaotycznego menu z ikonami aplikacji zaglądam bardzo rzadko.

Wszystkie informacje, które są dla mnie kluczowe, są widoczne zawsze po podniesieniu nadgarstka. Wszystkie skróty do najważniejszych aplikacji również. Nie, zdecydowanie nie wygląda to pięknie – już sam pomysł okrągłej tarczy na prostokątnym wyświetlaczu jest tragiczny – ale sprawdza się na co dzień fantastycznie.

Nie mogę natomiast stwierdzić, żebym jakoś szczególnie polegał na milionie dodatkowych aplikacji – z jednym tylko wyjątkiem. Pomijając aplikacje sportowe korzystam głównie z aplikacji pogodowej, stopera, odtwarzacza muzyki i ewentualnie listy zadań. Większość pozostałych ikon leży i czeka na swoją kolej, której prawdopodobnie nigdy się nie doczeka. Czyli, jakby nie patrzeć, korzystam z podobnego zestawu aplikacji, z którego mógłbym korzystać na niemal dowolnym smart zegarku.

No, może z jedną różnicą.

Apple Watch – klucz do smart domu

Mój smart dom nie jest jeszcze kompletny. Ba, póki co jest w nim kilka czujników, termostat oraz oświetlenie Hue i Osram. Do tego rzadko kiedy muszę korzystać z niego w trybie manualnym – większość czynności jest całkowicie zautomatyzowana. Ale kiedy już muszę to robić… nie, nie sięgam po telefon. Podnoszę nadgarstek.

I to jest właśnie jedna z większych przewag Apple Watcha nad zegarkami sportowymi, które nie są i może nawet nigdy nie będą dobrymi pilotami do smart domu. Tutaj wszystko działa od samego startu, bez żadnej skomplikowanej konfiguracji. Podnoszę nadgarstek, klikam albo proszę Siri i już np. światła pod moją nieobecność są zapalane. Siedzę przed telewizorem a przeszkadza mi praca oczyszczacza? Klikam na zegarku w jedną ikonę i szum natychmiast cichnie. Mógłbym to wszystko robić z poziomu telefonu, ale nie zawsze mam go przy sobie. Wręcz staram się go zostawić przy komputerze i nie targać ze sobą po domu.

Można oczywiście nie korzystać z HomeKita, ale wtedy znów Apple Watch ma swoje argumenty, chociażby w postaci oferty aplikacji i sposobu ich działania. Przykładowo aplikacja Hue na Apple Watchu działa właściwie bez konfiguracji. Na Fitbicie, którego właśnie testuję, muszę… podawać IP mostka. Na Wear OS konieczne jest połączenie Hue z asystentem. Dla Garmina chyba oficjalnej aplikacji w ogóle nie ma. Podobnie z Galaxy Watchem.

Na Apple Watcha nie ma z tym problemów. Podobnie jak chociażby ze znalezieniem aplikacji do obsługi Fibaro. I pewnie jeszcze sporej grupy pozostałych sprzętów z kategorii smart domu. Niezależnie od tego, czy korzystamy z jakiegoś centralnego systemu sterowania, czy każde gniazdko ma osobną bramkę albo nie ma jej w ogóle.

Żeby nie było – zegarkowe sterowanie smart domem też ma swoje wady, szczególnie jeśli nie chcemy do zegarka gadać. Przykładowo u mnie lista sterowanych sprzętów – mimo że nie ma ich aż tak wiele – jest już tak długa, że jej przewijanie w poszukiwaniu odpowiedniej pozycji potrafi zająć naprawdę sporo czasu. Ale tego raczej nie da się uniknąć przy takim małym ekranie.

Apple Watch 4 – czy było warto?

Kusiło mnie mocno, żeby napisać w tytule, że Apple Watch 4 jest najlepszym dostępnym na rynku smart zegarkiem – bo tak po prostu jest, koniec i kropka. Nie jest oczywiście bez wad, ale na tle konkurencji wypada naprawdę rewelacyjnie. Zaczynając od jakości wykonania, a kończąc na systemowym i dodatkowym oprogramowaniu. Takiej kombinacji próżno szukać u rywali.

Co mnie powstrzymało przed rzuceniem tego hasła już w tytule? Lincz komentatorów Głównie to, że w tak szerokiej grupie produktów trudno wskazać jeden, absolutnie najlepszy i odpowiadający wszystkim produkt. Już na starcie Apple Watch ma jedno gigantyczne ograniczenie – działa tylko z iPhone’ami. Do tego nie jest idealnym zegarkiem sportowym – większość sprzętów Garmina, Suunto czy Polara to urządzenia bardziej przygotowane do pomocy sportowcom. No i wreszcie zostaje aspekt wizualny – jeśli dla kogoś zegarek pełni rolę biżuterii, to Apple Watch może mu się po prostu nie podobać. I tyle.

Ale trudno mi w tym momencie znaleźć inny sprzęt z tej kategorii na rynku, który oferuje aż tak kompletny zestaw. I jedyne, czego mi tak naprawdę brakuje, to może jeszcze trochę lepszego akumulatora i… łączności LTE. Żebym mógł traktować Apple Watcha jako faktycznie malutkiego iPhone’a, a nie jego mniejszy, zdalny wyświetlacz.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji