Ostateczny kształt „ACTA 2” już jest. Zostało przegłosować koniec internetu, bo podobno piraciliście piosenki

Felieton/Biznes 15.02.2019
Ostateczny kształt „ACTA 2” już jest. Zostało przegłosować koniec internetu, bo podobno piraciliście piosenki

Ostateczny kształt „ACTA 2” już jest. Zostało przegłosować koniec internetu, bo podobno piraciliście piosenki

Wiemy już, jaki najpewniej będzie kształt dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym – w sieci znanej jako „ACTA 2”. 

Unia Europejska w opublikowanej na łamach strony Parlamentu Europejskiego nocie prasowej twierdzi, że usługi takie jak Google News będą mogły sobie dalej funkcjonować. Że internauci dalej będą mogli tworzyć memy i GIF-y. Taki komunikat uspokaja, jednak moim zdaniem uspokaja tylko osoby, które czerpią wiedzę o prawie… z komunikatów prasowych… tych, którym na uchwalaniu takiego prawa zależy.

Prawo unijne, które stosujemy w Polsce dzieli się na rozporządzenia i dyrektywy. Rozporządzenia (jak np. RODO) są stosowane bezpośrednio. Dyrektywy z kolei polski ustawodawca musi przepisać w postaci polskich przepisów i polskich ustaw (na pewno kojarzycie np. zmiany w prawach konsumentów z 2014 r. – wydłużenie terminu na odstąpienie od zakupów z 10 na 14 dni to jeden z efektów tej dyrektywy). To znaczy, że polscy posłowie będą mogli twórczo improwizować w trakcie wdrażania tego prawa, ale to nie ma większego znaczenia. To może pomóc drobnym stronom z Polski, ale przecież Polska to mały rynek, a Google czy Facebook na Unię Europejską patrzą „globalnie”.

W trakcie niniejszego artykułu wielokrotnie będę odwoływał się do moich wcześniejszych tekstów ze Spider’s Web i Bezprawnika, gdzie poświęcam sporo uwagi kwestii dyrektywy. Moich obaw jako praktyka prawa autorskiego i zarazem przedsiębiorcy działającego w obszarze mediów internetowych. Nie zabraknie odwołań do kilku interesujących tekstów, w którym wyjaśnię jakie widzę zagrożenia ze strony dyrektywy, komu ona naprawdę służy, dlaczego jest to dokument źle wymyślony i źle zaprojektowany. Można z tych refleksji wyciągnąć wnioski m.in. na temat tego jak tworzy się europejskie prawo, czemu polscy artyści głodują na emeryturach czy jaka rzeczywistość czeka nas w internecie przyszłości – odsyłam do tych publikacji, ponieważ jestem zdania, że prezentuję tam stanowisko, które ma duży problem z przebiciem się do mainstreamu (także dlatego, że mainstream jest beneficjentem tej dyrektywy). Nie znaczy to jednak, że w swoich poglądach jestem osamotniony. Podobnie wypowiada się m.in. całe Centrum Cyfrowe czy wielu internautów protestujących przeciwko tej sprawie na ulicach.

Dlaczego powstała ACTA 2

Parę miesięcy temu uknułem takie pojęcie, że ACTA 2 jest formą swoistego socjalizmu korporacyjnego. Otóż w Unii Europejskiej powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę z tego, że mimo wspaniałej historii, dziś jesteśmy trochę nieudacznikami. Nie mamy jakiegoś imponującego przemysłu, nie latamy w kosmos, a na dodatek przespaliśmy szansę na rynku usługowym, którą dał nam internet. I tak oto Google, Uber, Facebook, Amazon, Microsoft, Tesla, Netflix czy Apple to wszystko firmy amerykańskie. Europa ze swoim Spotify, Trivago, Shazam, Zalando czy Bla Bla Car wygląda na tym tle śmiesznie. Politycy Unii Europejskiej muszą zdawać sobie z tego sprawę.

Na pewno zdają sobie z tego sprawę wydawcy europejskich mediów. Są to w większości europejskie firmy. Praktycznie każdy rynek ma jakiegoś swojego lokalnego molocha, choć oczywiście niektóre wydawnictwa rozrastają się bardziej, niż inne. Dlatego np. w Polsce bardzo silny jest kapitał niemiecki, który wydaje dużo serwisów internetowych, radia, co mniejsze telewizje.

Wydawcy prasy z Niemiec w pewnym momencie stwierdzili, że usługi wyszukiwarki Google im nie służą. Poszło głównie o Google News. Swoją drogą czytelnicy lubią pisać w komentarzach pod tekstami, że ich nie obchodzi Google News, bo z niego nie korzystają. Nikt nie korzysta z news.google.com, ale to jeszcze nie znaczy, że nie korzysta z Google News. Poniżej Google Now w Androidach, Wiadomości Google jako aplikacja czy wreszcie Google Chrome. News to usługa obecna w całym ekosystemie Google’a. Każdy z niej korzysta.

Również na komputerze, jeśli np. wpiszemy w wyszukiwarkę Google „Real Madryt” to najpewniej jeszcze przed oficjalną stroną klubu czy hasłem na Wikipedii wyświadczą nam się wieści, że taki i taki piłkarz Realu popełnił taką i taką rzecz. Te wieści to właśnie Google News. Więc jeśli ktoś mówi, że on Google News nie używa, to albo jest wykluczony z internetu, ale wtedy nie pisałby komentarzy na Spider’s Web, albo mija się z prawdą.

Kilka lat temu niemieccy wydawcy zarzucili Google, że Google News pozbawia ich przychodów. W końcu czemu ktoś miałby wchodzić na bild.de, skoro może sobie to samo przeczytać na łamach Google News – a ludziom, wedle tej argumentacji, miały wystarczyć same nagłówki. Doszło do sporu prawnego Google z niemieckimi wydawcami prasy, które Google przegrał. Gigant technologiczny nie chciał jednak płacić im pieniędzy za korzystanie z tych nagłówków, ponieważ akurat na tej konkretnej usłudze Google (wyjątkowo) nie zarabia. Ona jest zrobiona dla naszej wygody.

Musicie wiedzieć, że zarówno Bezprawnik, jak i Spider’s Web, są dostępne w Google News. To dla nas błogosławieństwo. Wielu stałych czytelników pozyskaliśmy tą drogą i wiele osób zagląda do nas przez Google News każdego dnia. Podejrzewam, że jest sporo takich osób, które nawet nie wiedzą, że nas czytają – po prostu klikają w Chrome interesujący ich artykuł, a na logo nie zwracają uwagi. Nie jest to dla nas idealna sytuacja, ale z drugiej strony dostajemy gratis tyle dodatkowego ruchu, że bylibyśmy szaleńcami, gdybyśmy się ośmielili narzekać.

Niemieccy wydawcy się ośmielili, a Google uznał, że nie chce dopłacać do Google News i ich z wyników tej usługi po prostu wyciął. Bardzo szybko niemieccy wydawcy, którzy doprowadzili do korzystnych dla nich zmian w prawie, zaczęli udzielać Google darmowych licencji na wykorzystanie treści. Okazało się bowiem, że nagle bez wsparcia Google News ludzie… przestali ich czytać. Google nie tylko nie dał pieniędzy, ale i zabrał wyświetlenia, czytelników, kliki.

Niemcy to najsilniejszy kraj Unii Europejskiej i wydawcy z tamtych okolic stwierdzili, że skoro przegrali bitwę o rynek 80 mln osób, Google się postawił, to spróbują postawić ich przed konfrontacją z ponad półmiliardową publiką całej Europy. Trochę to zajęło, ale stworzono inicjatywę gruntownej reformy prawa autorskiego, która zmienia kilka detali – w zasadzie zawsze na korzyść dysponentów praw autorskich, a nigdy na rzecz użytkowników. Kluczowym punktem tej dyrektywy stał się Artykuł 11, który wymusza na stronach zbliżonych do Google News, by te płaciły wydawcom za korzystanie z ich treści. Scenariusz niemiecki się zatem powtarza.

Google już teraz zapowiada, że najprawdopodobniej wycofa usługę Google News z Europy, a ja im wierzę, bo przecież na niej nie zarabia.

Usługa Google News jest dobra, ponieważ promuje treści z dużych serwisów internetowych, ale też blogów i witryn, za którymi nie stoi żadne wielkie wydawnictwo. Dzięki temu do mainstreamu ma szansę przebijać się w publicznej dyskusji prawie każdy głos, który algorytmy Google z jakiegoś względu uznają za warty wzmianki. To fajne, bo na przykład na takim Onecie (Axel Springer) nie znajdziecie słowa krytyki pod adresem ACTA 2 czy szerszego omówienia powodów sprzeciwu wobec dyrektywy. I gdyby nie fakt, że Google News promuje też mniejsze strony, pewnie nie mielibyście okazji zapoznać się z tego typu opiniami. A teraz wyobraźmy sobie scenariusz, gdy chodzi o dyskusję o polityce, ekonomii, finansach, prawie… A w przestrzeni publicznej żyją tylko wielkie podmioty o renomie pozwalającej na samofinansowanie swojej promocji i działalności.

Z tego też względu nie wykluczam, że wydawcy prasy z zachodniej Europy pozwolili sobie zagrać va banque. Że niezależnie od tego czy Google News zostanie i będzie płacić haracz za „wykorzystywanie treści”, czy też wycofa się z Europy, oni są beneficjentami tego rozwiązania. Każdemu z konkurentów zmniejszą się wyniki oglądalności, ale drobnica przestanie zabierać czytelników i budżety reklamowe. Moim zdaniem Artykuł 11 dyrektywy nie jest oparty na racjonalnych przesłankach i zmierza do tego, by doprowadzić do oligarchizacji mediów. Czterech panów z czterech różnych portali będzie nam mówić, co czytać, gdzie czytać i jak myśleć.

Reszta dyrektywy to przybudówka

Mam takie poczucie, że reszta dyrektywy to przybudówka do Artykułu 11, który wywiera najdalej idące konsekwencje medialno-ekonomiczno-demokratyczne.

Przykładowo wzbudzający dalsze kontrowersje Artykuł 13, jest założeniem niebywale głupim, ale spełniającym swoją funkcję doskonale. Oto bowiem nagle w dyskusji publicznej odwraca on uwagę od naprawdę istotnych założeń dyrektywy (choć przy okazji też zwraca na nią większą uwagę medialnie), a do tego instrumentalnie wykorzystuje środowiska od lat postulujące o reformę prawa autorskiego, gdyż nie czują się należycie chronione.

Umiarkowaną popularnością w internecie cieszył się mój spór medialny z piosenkarką Marysią Sadowską. W pierwszym artykule napisałem, że w mojej ocenie nie jest ona świadoma treści dyrektywy (podobnie jak cała reszta wykorzystywanych do jej promocji artystów), otrzymałem dość mocną w formie odpowiedź, z którą jednak kompletnie nie mogłem się zgodzić. Na moją dość wyczerpującą polemikę nie doczekałem się już odpowiedzi – możecie ją przeczytać na Bezprawniku.

Warto zwrócić uwagę na kilka wypowiedzi, które moim zdaniem charakteryzują stanowisko całego sektora muzycznego w tym sporze. Muzycy nie potrafią się pogodzić z tym, że rynek negatywnie weryfikuje ich talent i polska muzyka jest rynkowo produktem o wiele mniej znaczącym, niż jeszcze dwie dekady temu. Muzycy mają też bardzo ogólnikowe pojęcie na temat mechanizmów rządzących ich światem. Stąd też np. kompletnie nietrafiony argument o artystach umierających w nędzy bez wsparcia ZUS-u. Ta grupa zawodowa uwielbia narzekać na ZUS, a jednocześnie prawdziwą plagą wśród polskich artystów jest nieodprowadzanie emerytalnych składek. Te fakty się łączą.

Wkurzonych artystów, którzy powinni być wkurzeni przede wszystkim na siebie, zaczęto organizować jako aparat propagandy dla dyrektywy. Kuszono ich wizją Artykułu 13. Ale Artykuł 13 nie gwarantuje muzykom dodatkowych pieniędzy, a jedynie rzekomo lepszą ochronę. Przez kasowanie treści naruszających prawo jeszcze nikt się nie wzbogacił. Zresztą – artyści już dziś posiadają znakomite narzędzia techniczne i prawne do wychwytywania i kasowania naruszeń, a następnie dochodzenia odszkodowań. Nie robią tego, bo im się nie chce, więc teraz z uśmiechem na ustach (i jednocześnie wymalowanym poczuciem głębokiej niesprawiedliwości) postanowili zrujnować nam wszystkim internet.

Oto bowiem Artykuł 13 wprowadza obowiązek filtrowania treści publikowanych przez internautów przez strony internetowe, a w przypadku niedochowania tego obowiązku – ponoszenia przez strony odpowiedzialności. Obecnie notice & takedown przewiduje mechanizm, w którym strona internetowa odpowiada za naruszenie prawa autorskiego dopiero wtedy, gdy dostanie wiarygodne zawiadomienie, że doszło do piractwa, a mimo to niczego z tym nie zrobiła.

Przerzucanie na wydawców strony internetowej obowiązku prawnoautorskiej prewencji nie jest kompletnie nieuzasadnione – wszak jest cała masa stron (np. CDA.pl, Chomikuj.pl), które swoją karierę zbudowały na tym, że pirackie treści kasowały dopiero po wyraźnym zawiadomieniu, a jeśli nikt nie zawiadamiał… to umywały ręce. Ale ta regulacja jest wymierzona w dosłownie kilka stron, natomiast swoimi konsekwencjami dosięgnie każdą stronę internetową w sieci.

Wyobrażacie sobie masową odpowiedzialność Facebooka, YouTube czy Spider’s Web za naruszenie prawa autorskiego przez użytkowników? Web 2.0 to jedno z największych osiągnięć XXI wieku, które dało nam internet współtworzony przez użytkowników „ACTA 2” ten atut stawia pod ogromnym znakiem zapytania, bo oto musimy się zastanowić, czy chcemy pozwalać internautom publikować na naszych serwerach. Jak mamy pilnować, czy nie naruszają prawnoautorskich treści? Kogo stać na pisanie sztucznej inteligencji, która to wykryje? Kogo stać na sztuczną inteligencję, która nie będzie kasowała postów według błędnego klucza? Dla mnie jest niemal pewne, że „ACTA 2” to w pierwszej kolejności wyłączenie komentarzy w naszym serwisie, ponieważ nie posiadamy fizycznych ani intelektualnych możliwości, by weryfikować pod kątem prawa autorskiego kilkanaście tysięcy komentarzy miesięcznie.

Dyrektywa patafianów

Przeglądam sobie kształt dyrektywy, który jest efektem prac komisji trójstronnej, patrzę na nią i mam wrażenie, że pisał ją prawnik, który nigdy w życiu nie widział bloga. Konsultowała piosenkarka, która nie widziała na oczy już istniejącego prawa autorskiego. Dyrektywa proponowana przez Unię Europejską nie tylko jest pisana w niecnych intencjach niemieckich lobbystów rynku prasowego. Nie tylko postuluje rozwiązania niepraktyczne, szkodliwe dla interesu społecznego. Ale jest też zaprojektowana w sposób nierzetelny, który może skutkować paraliżem internetowej przestrzeni medialnej. Czytam i zadaję sobie pytania.

Jak niby platformy internetowe mają „dokładać wszelkich starań”, by posiadać prawa do publikacji treści w serwisie. Co europejski ustawodawca ma na myśli? Jak tego dokonać? Parlament Europejski pisze, że memy i GIF-y nadal będą mogły być swobodnie udostępniane. Ale to przecież stoi w oczywistej sprzeczności z całą resztą dyrektywy, która jasno nakłada na wydawcę obowiązek filtrowania tego typu treści (bo nie będzie miał pewności co do statusu prawnego tychże).

Moim zdaniem cały model nie zmierza do filtrowania, ponieważ dyrektywa jest napisana w taki sposób, że technicznie będzie to niewykonalne. Kupując ryzę papieru oraz czystą płytę CD płacicie za nią więcej, niż powinniście, ponieważ do opłaty doliczona jest tak zwana opłata reprograficzna. Wydaje mi się, na tę chwilę mogę tylko wnioskować, że „ACTA 2” może prowadzić do stworzenia podobnych modeli współpracy, że portale internetowe będą uiszczały gigantyczne opłaty np. na rzecz ZAiKS-u (który oczywiście był wielkim zwolennikiem zmian w prawie), byle tylko mieć z „głowy” ewentualność naruszenia prawa.

Ja naprawdę nie potrafię przewidzieć konsekwencji Artykułu 13 dla Google’a, YouTube’a czy Facebooka. Wiem tylko tyle, że najpewniej wyłączymy wam możliwość komentowania na Bezprawniku czy serwisach Spider’s Web (Tech, Autoblog i Rozrywka.Blog), a w każdym razie będę się za takim rozwiązaniem opowiadał, kiedy już poznam kształt regulacji i będą one utrzymane w podobnie ogólnikowym, niekompetentnym tonie co propozycje samej dyrektywy.

Jest nadzieja dla Google News, skoro dyrektywa pozostawia pewien luz interpretacyjny do kilku słów… Ale i tu nie jestem pewien w jakim kierunku się to potoczy. Zwłaszcza, że Google nie pozostawia złudzeń jak w przypadku YouTube – jak coś im się nie spodoba, to zamkną usługę w Europie. Na pewno upadnie cytowanie mediów między sobą, za to wzrośnie liczba ukrytych plagiatów. Mniej mediów będzie się na siebie wzajemnie powoływać, informacje cudownie będą spadały z nieba.

Omawianie „ulg” i kompromisów wypracowanych w toku pracy komisji trójstronnej pozwolę sobie przemilczeć – nie są to poważne propozycje.

„ACTA 2” nie jest jeszcze prawem i internauci wciąż mogą wyrażać przeciwko niej sprzeciw. Unia Europejska jako instytucja reprezentująca pół miliarda ludzi nie jest jednak przesadnie zainteresowana tą opinią.

Dołącz do dyskusji