Foto-środa: dlaczego przesiadłem się na Sony A7 III

Felieton/Sprzęt 09.01.2019
Foto-środa: dlaczego przesiadłem się na Sony A7 III

Foto-środa: dlaczego przesiadłem się na Sony A7 III

Początek 2019 roku to dla mnie nie tylko nowe cele, ale też nowy sprzęt. Nareszcie wróciłem do pełnej klatki za sprawą Sony A7 III. Skąd taki wybór i dlaczego uważam, że to najlepszy aparat na 2019 rok?

Foto-środa to cykl, w którym pokazujemy ciekawostki fotograficzne, podpowiadamy, jak dobrać sprzęt i robić lepsze zdjęcia, a także zdradzamy techniki obróbki oraz obsługi programów do edycji.

Na początku krótki rys tego, do czego jest mi potrzebny aparat, a z biegiem lat dość mocno się to zmieniało. Jeszcze 6–7 lat temu zajmowałem się fotografią ślubną i innymi zleceniami okolicznościowymi. W tamtym czasie z wielką przyjemnością korzystałem z Nikona D700, mojego pierwszego cyfrowego aparatu pełnoklatkowego, tudzież małoobrazkowego. Uwielbiałem tę lustrzankę.

Tego samego nie mogłem powiedzieć o fotografii kotleta ślubnej, bowiem dość szybko uznałem, że nie jest to branża, której chciałbym się poświęcać na lata. W międzyczasie zacząłem pełnoetatową pracę na Spider’s Web, która stopniowo pochłaniała coraz więcej mojego czasu. Pojawiły się coraz częstsze wyjazdy, a mnie coraz bardziej kusiły bezlusterkowce, głównie z uwagi na mały rozmiar. Przesiadłem się na aparat Sony Nex 6, z krótkim epizodem na Fujifilm X-E1.

Cały czas brakowało mi jakości pełnej klatki. Po zasmakowaniu tego formatu matrycy powrót do APS-C jest trudny. W efekcie wróciłem do Nikona, ale w bardziej współczesnym (czy raczej: ówczesnym) wydaniu, a mianowicie do lustrzanki D750. Uwielbiałem ją i byłem z niej całkowicie zadowolony przez około dwa lata. Ten aparat miałby u mnie dożywocie, gdyby nie fakt, że moja praca coraz mocniej szła w kierunku wideo.

adaptery do bezlusterkowców

Kiedy zacząłem robić więcej filmów niż zdjęć, D750 przestawał się sprawdzać, a ja zacząłem się rozglądać za aparatem z lepszym nagrywaniem. Po bardzo długich rozważaniach i zupełnym odrzuceniu formatu Mikro Cztery Trzecie, ponownie padło na format APS-C w postaci Sony A6300. Był to nie najlepszy aparat do zdjęć, ale za to świetny – choć kompromisowy – do nagrywania. Na przestrzeni 2018 r. zrealizowałem nim 114 filmów (!), w tym kilka dużych i skomplikowanych zleceń dla wymagających klientów.

Sony A6300 ma mnóstwo zalet, ale jednocześnie ma wiele kompromisów.

Kiedy kupowałem ten aparat, jego cena wynosiła ok. 4500 zł. Już wtedy sprzęt oferował jeden z najlepszych stosunków ceny do jakości. Dziś A6300 kosztuje 2700 zł, dzięki czemu jest w tej chwili prawdopodobnie najbardziej opłacalnym wyborem do wideo. Super ostry obraz 4K, płaskie profile obrazu i bardzo sprawny autofocus to najmocniejsze cechy tego sprzętu.

Niestety aparat ma też liczne wady. Wbrew pozorom nie są nimi mały rozmiar, złe wyważenie, kiepska ergonomia, czy krótki czas pracy na akumulatorze. Z każdym z tych problemów można sobie łatwo poradzić. Wystarczy zainwestować w zewnętrzną klatkę i garść zapasowych akumulatorów, które są tak małe, że praktycznie nie zajmują miejsca w bagażu.

adaptery do bezlusterkowców

Znacznie większym problemem jest obraz w Full HD, który jest dość mydlany, więc lepiej sprawdza się nagrywanie w 4K i wypuszczenie projektu w Full HD. Niestety, w 4K objawia się inny problem, którym jest ekstremalnie duży rolling shutter. Widać go nie tylko przy filmowaniu dynamicznych ujęć, ale także kiedy z małej odległości filmujemy różne przedmioty, w tym… smartfony, które nagrywam bardzo często. Do tego Sony A6300 ma bardzo przeciętną jakość w trybie slow-motion.

Dużą niedogodnością jest też nagrzewnie się sprzętu. Tutaj pomagały aktualizacje Sony oraz klatka filmowa, ale fakt jest taki, że w słoneczną pogodę albo w ciepłych wnętrzach trzeba było się mocno nagłowić, jeśli miało się do zrealizowania kilkugodzinny projekt. Nie jest to niemożliwe, ale jest bardzo uciążliwe. Do tego dużym problemem A6300 jest brak gniazda słuchawkowego do monitorowania audio.

Jeśli dodamy do tego kilka irytujących cech wynikających wprost z miniaturowej budowy (jak np. kartę pamięci schowaną pod klapką akumulatora), po pełnym roku pracy i po 114 materiałach miałem coraz bardziej dość Sony A6300. Dobrze wiedziałem, jaki będzie mój kolejny zakup.

Sony A7 III to aparat, który został stworzony dla osób takich jak ja.

W maju 2018 r., po dwóch tygodniach testów Sony A7 III, w mojej recenzji tego sprzętu znalazło się takie zdanie:

Po teście Sony A7 III wiem jedno: prędzej czy później to będzie mój prywatny aparat.

Sprzęt kosztuje obecnie 9,5 tys. zł. Dużo? Tylko pozornie. Przy komercyjnej pracy taki wydatek zwraca się bardzo szybko, a ponadto przy możliwościach tego aparatu kwota jest całkowicie uzasadniona. Rywale są znacznie drożsi, a przy tym nie oferują takiej uniwersalności.

Sony A7 III vs Sony A6300

Dlaczego Sony A7 III? Przede wszystkim z uwagi na pełnoklatkową matrycę, dającą zupełnie inny komfort pracy. Wysokie ISO nie jest straszne ani w zdjęciach, ani w filmie. Nie dość, że szum jest niewielki, to mamy do dyspozycji ogromną rozpiętość tonalną. W kwestii wideo aparat daje świetną jakość filmów 4K, z odczytem pełnego sensora (6K) i oversamplingiem. Co więcej, matryca jest stabilizowana, co daje zdecydowanie większe możliwości. Przy okazji nareszcie mam bardzo dobre slow-motion (100 lub 120 klatek w Full HD), bez żadnego cropa.

Do tego autofocus aparatu jest po prostu nieziemski. Nic w tym dziwnego, bo pochodzi wprost z topowego Sony A9, kosztującego na ten moment ponad 17 tys. zł. Naprawdę trudno wyjść z zachwytu widząc tryb Eye AF podczas zdjęć. Nieco brakuje mi tego elementu w wideo, ale mam do dyspozycji wykrywanie twarzy, któremu trudno cokolwiek zarzucić.

Sony A7 III vs Sony A6300

Ergonomia jest natomiast nieporównywalna z Sony A6300. Rozkład przycisków, dotykowy ekran, joystick punktów AF, kilkanaście konfigurowalnych przycisków, gniazdo mikrofonu i słuchawek – to wszystko w znaczący sposób wpływa na komfort i jakość pracy. Do tego aparat ma o wiele lepszy akumulator, nie ma problemów z przegrzewaniem się, a wisienką na torcie jest podwójny slot kart SD z możliwością równoległego zapisu wideo na obie karty. Backup tworzony na żywo daje spokój ducha.

Poza tym Sony A7 III pozwala jednym przyciskiem przejść w tryb APS-C, bez widocznego wpływu na jakość obrazka podczas filmowania. To sprawia, że jeden obiektyw stałoogniskowy może dać dwa różne kąty widzenia.

Nie ma róży bez kolców, czyli za czym będę tęsknił po przesiadce z Sony A6300 na A7 III.

Sony A7 III vs Sony A6300

Na pewno będzie mi brakowało kompaktowego, miniaturowego do granic możliwości rozmiaru aparatu, który sprawdzał się świetnie w moich zastosowaniach. Często jestem w trasie, czy to po Polsce, czy za granicą, więc mobilność sprzętu jest dla mnie ważnym kryterium. Ponadto bardzo lubię pracę na gimbau, gdzie mniejszy rozmiar sprawdza się lepiej.

O ile korpus jest niewielki, tak wielkie są obiektywy pełnoklatkowe. Póki co będę testował rozwiązanie na lekko, czyli gimbalowy duet obiektywów Sony 28 mm f/2.0 i Sony 50 mm f/1.8. Większe obiektywy posłużą mi do zdjęć.

Po drugie, A7 III ma ekran, który sprawdza się w wideo… gorzej od ekranu A6300. Choć rozmiar jest podobny, to inne są proporcje. Ekran w A6300 ma 16:9, a więc idealnie do wideo, podczas gdy w A7 III ma coś pomiędzy 3:2 a 4:3, co lepiej nadaje się do zdjęć, ale obraz w wideo jest mniejszy. Być może będę musiał to obejść dokupując zewnętrzny monitor.

Sony A7 III vs Sony A6300

Do tego na pewno zatęsknię za… hackiem zdejmującym z A7 III limity w nagrywaniu. Taki hack był dostępny w A6300 jako aplikacja. W A7 III producent usunął dostęp do sklepu PlayMemories, a co za tym idzie, do możliwości wgrywania własnych aplikacji.

Sony A7 III ma też kilka potencjalnych wad.

Na ten moment największą wydaje się być ograniczenie wideo do 8 bitów, nawet przy wyjściu przez HDMI. Aparat nagrywa wewenętrznie obraz 8 bit 4:2:0, a przekazuje do recordera maksymalnie 8 bit 4:2:2. W praktyce oznacza to, że zabawy w płaskim profilu S-Log pozostają… no właśnie, tylko zabawą. Na szczęście wypracowałem skuteczny workflow pracy na profilu Cine 4, który dobrze radzi sobie na ośmiu bitach.

Potencjalną wadą jest też lekki crop obrazu (konkretnie x1,2) w trybie 4K przy 30 kl./s. Nie ma go przy nagrywaniu w 24 i w 25 kl./s, z których korzystam. Niewykluczone, że kiedyś pojawi się konieczność nagrania materiału w 30 kl./s, a wtedy kąt widzenia szkieł będzie nieco węższy.

Można mieć też uwagi do wizjera. Jest on pod każdym względem lepszy od tego z A6300 (rozmiar jest wręcz nie do porównania), ale trochę mnie uwiera, że nie jest to poziom wizjerów z Sony A7R III i A9. Czymś jednak trzeba było zbić cenę A7 III.

Problemem mogą być też ceny obiektywów. Szkła Sony G Master są piekielnie dobre, ale równie drogie. Na szczęście jest wiele alternatyw. Pojawiają się bardzo ciekawe i świetne optycznie Samyangi z autofocusem, jest pierwszy rodzynek-zoom firmy trzeciej w postaci Tamrona 28–75, a do tego rośnie oferta stałek Sony ze światłem f/1.8 i f/2.0, które w moich zastosowaniach jest zupełnie wystarczające.

W aparacie brakuje mi też górnego wyświetlacza, do którego przyzwyczaiłem się po teście Canona EOS R. Szkoda, że Sony unika tego rozwiązania.

Póki co Sony A7 III uważam za optymalny wybór.

Sony A7 III vs Sony A6300

Sprzęt dopiero zaczyna u mnie pracować, choć póki co służy mi do celów prywatnych, w tym głównie do fotografowania mojej córeczki. Sprawdza się przy tym wyśmienicie. Autofocus, czułość ISO, praca przy sztucznym świetle, a nawet tonacja skóry (która zawsze była problemem Sony) – to wszystko stoi na poziomie o wiele wyższym niż w moim poprzednim aparacie.

W nadchodzących tygodniach mam do realizacji kilka większych projektów komercyjnych i liczę na to, że A7 III mnie nie zawiedzie. Po dłuższym czasie pracy na pewno pojawi się na Spider’s Web długodystansowa recenzja tego sprzętu.

Dołącz do dyskusji