Obejrzałem kilkadziesiąt reklam, by zdobyć licencję pilota w grze. To jest chore

Felieton/Gry 19.11.2018
Obejrzałem kilkadziesiąt reklam, by zdobyć licencję pilota w grze. To jest chore

Obejrzałem kilkadziesiąt reklam, by zdobyć licencję pilota w grze. To jest chore

Obejrzałem wczoraj 29 reklam tylko po to, by zdobyć dwie licencje pilota w grze na iPada.

iPad i iPhone są moimi głównymi platformami do grania. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że nie mam czasu na dłuższe posiedzenia i gram w tzw. międzyczasie, a te dwa urządzenia mam przeważnie pod ręką. W niedzielę po pańsku siadłem do gry Airline Commander. To symulator z cechami menadżera. Rolą gracza jest przede wszystkim latanie. Wśród zadań znajdziemy głównie starty i lądowania urozmaicone od czasu do czasu awariami silników, złą pogodą, zawałami serc pasażerów itp. Na odpowiednim poziomie możemy również przeprowadzać loty w czasie rzeczywistym, trwające godzinę czy półtorej.

Oczywiście trudno mówić o realistycznym symulatorze. Airline Commander to po prostu zabawa w lotnictwo cywilne. Na tyle przyjemna, że w ostatnich tygodniach sięgam po nią często.

Zakupy w aplikacjach zabijają ducha gry

Nie należę do tych, którzy unikają płacenia za aplikacje. Wręcz przeciwnie, gdy jest taka możliwość, płacę choćby za usunięcie reklam z oprogramowania mobilnego. Za kilka czy kilkanaście złotych mogę cieszyć się spokojem bez bannerów i przerywników. Oczywiście korzystam też z licznych subskrypcji. Płacę bez wahania, gdy mam pewność, że dostanę dobrą aplikację.

Istotnym narzędziem zarabiania przez develeoperów są dziś zakupy w aplikacjach. Spójrzmy na wspomnianego Airline Commandera. Zdobywając kolejne licencje i samoloty potrzebne są wirtualne dolary. W teorii zdobywamy je realizując kolejne misje. W praktyce stajemy bardzo szybko przed alternatywą: czekaj lub płać, a nawet przed wyborem: jeśli nie zapłacę, nie pójdę dalej.

Żeby zdobyć kolejną licencję na pilotowanie samolotu ATR 72 mam do wyboru zapłacenie 24,56k wirtualnych dolarów lub zdobycie jej bez egzaminu, płacąc specjalnymi kredytami. Drugi wariant zabija sens zdobywania kolejnych poziomów, cóż to bowiem za przyjemność, kupić prawo jazdy? Pierwsza opcja sprawia, że w ogóle odechciewa się grać.

Dlaczego? Bo po za płaceniu 24,56k wirtualnych dolarów nie stanę przed komisją egzaminacyjną, ale uruchomię czasomierz, dzięki któremu licencję będę mógł zdobyć za 1,5 godziny. Mechanizm jest sprytny. Żeby zapłacić 24,56k wirtualnej waluty muszę użyć prawdziwej, stan mojego konta w grze wynosi bowiem 10k mimo, że odbyłem właśnie kilka lotów, na których zarobiłem trochę forsy.

Najtańszy pakiet kredytów, które mogę wymienić na walutę kosztuje 8,99 zł. Załóżmy, że zdecydowałem się użyć gotówki. Po zakupieniu pakietu uruchamiam czasomierz. Jeżeli będę cierpliwy, za półtorej godziny podejdę do egzaminu. W ostateczności czas mogę skrócić o 5 min oglądając reklamy. Wczoraj w ten sposób obejrzałem 29 reklam, by zdobyć dwie licencje.

Zakupy w aplikacjach

Nie ma co ukrywać, że mechanizm jest idiotyczny. Na 14 spotów dla jednego egzaminu, reklamy powtarzały się 3-4-krotnie. Klipy trwające około 30 sekund poświęcone były najsłabszym rynkowym tytułom, na które nawet bym nie spojrzał w App Storze.

Co gorsza, żeby uruchomić odliczanie czasu i tak muszę zapłacić, by sfinansować brakującą kwotę wirtualnych dolarów. Logika jest prosta: płać i płacz.

Na dobrą sprawę powinnienem odinstalować grę i pokazać twórcom środkowy palec.

W Airline Commander zdobyłem 8. poziom, 7 samolotów i uruchomiłem 64 kierunki. Te ostatnie przynoszą symboliczny zysk w postaci 241 wirtualnych dolarów dziennie. Misje dodatkowe plus otwarcie nowych kierunków pozwalają na zarobienie kilkudziesięciu tysięcy wirtualnych dolarów. Gra jest tak skonstruowana, by płacić za kolejne licencje i samoloty. Przykładowo Airbus A320 kosztuje ponad 573k wirtualnych dolarów. To bajońska suma.Zakupy w aplikacjach

Co z tego zatem, że gra sprawia przyjemność, skoro zdobyte w jej toku osiągnięcia pozwalają na relatywnie krótką rozgrywkę? Jeżeli chcemy zachować dynamikę grania czy po prostu nie tracić czasu, musimy zapłacić. Po prawdzie, od tego czy zapłacimy zależy sens dalszej rozrywki.

Nie mam nic przeciwko zakupom w aplikacjach, jeżeli nie determinują one, czy zagramy dalej. W przypadku gry lotniczej potrafię wyobrazić sobie, że za jakąś kwotę odblokowujemy dodatkowy samolot (np. Boeinga 747-8) lub misję. Uzależnianie rozgrywki od wydawania kolejnych sum prawdziwych pieniędzy zabija radość grania. Nie jestem w stanie wyliczyć, jaką kwotą zakończyłoby się dojście do stopnia tytułowego Airline Commandera, bez przesady mogę napisać, że nie byłoby to zdroworozsądkowe podejście. Z pewnością za wydane pieniądze dałoby się nabyć edycję kolekcjonerską jakiegoś konsolowego czy pecetowego arcydzieła. W takim zestawieniu inwestowanie w mobilną grę wydaje się irracjonalne.

Przykład Airline Commandera jest tylko kroplą w oceanie. Dlatego znacznie bardziej wolę zapłacić kilkadziesiąt złotych za grę bez przeszkadzajek w postaci konieczności zakupów. Dzięki temu rozgrywka np. w stworzoną przez Playdead grę Inside była niczym niezakłóconą przyjemnością.

Nie łudzę się przy tym. Wiem, że mikrotransakcje są żyłą złota, która odkryta przez twórców oprogramowania, będzie eksploatowana do wypłukania ostatniej grudki. Już dziś na rynku dużych gier przeznaczonych na konsole i komputery PC mikropłatności generują większe przychody niż cyfrowe kopie gier, a przecież na rynku gier mobilnych zakupy w aplikacjach to jedna z głównych metod generowania przychodów.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji