RODO kontra mała firma. Problemy z ochroną danych u fryzjera i mechanika może rozwiązać filtr prywatyzujący

RODO kontra mała firma. Problemy z ochroną danych u fryzjera i mechanika może rozwiązać filtr prywatyzujący

RODO kontra mała firma. Problemy z ochroną danych u fryzjera i mechanika może rozwiązać filtr prywatyzujący

Wielkie przedsiębiorstwa poradziły sobie z Europejskim Rozporządzeniem o Ochronie Danych Osobowych. Potężne firmy mają prawników, działy ochrony, a także szkolenia RODO. Z inną rzeczywistością stykają się mali przedsiębiorcy. Nie każdy właściciel sklepu osiedlowego, salonu fryzjerskiego czy warsztatu samochodowego wie, jak dobrze chronić dane. Dlatego warto sprawdzić, jak działa filtr prywatyzujący.

Naruszenia RODO to nie tylko kompromitujące wycieki danych z serwerów wielkich firm. Zapisy Europejskiego Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych obejmują działaniem również mniejsze przedsiębiorstwa. Często bez stałego połączenia z Internetem oraz katalogów trzymanych w chmurze. Dane klientów lokalnych biznesów często są trzymane na komputerach oraz terminalach. Wciąż zdarzają się przypadki ręcznego notowania wrażliwych informacji w zeszytach i notesach. Co nie znaczy, że RODO do takich miejsc nie dociera.

Chronić dane swoich klientów jest zobowiązany każdy – czy to międzynarodowa korporacja z milionami klientów działająca na terenie UE, czy pan Marek prowadzący własny warsztat rowerowy. Nawet taki, w którym do prowadzenia dokumentacji wystarcza mu kasa, laptop i smartfon. Każdy z tych dwóch podmiotów musi dołożyć wszelkich starań, aby chronić dane klientów. Pan Marek wcale nie ma mniejszych obowiązków. Przeciwnie – jest narażony na znacznie bardziej bezpośrednie formy naruszeń RODO.

Wystarczy zrobić zdjęcie ekranu laptopa, na którym pan Marek akurat ma otwarty arkusz Excela z informacjami. Albo uchwycić jego smartfon, gdy serwisant wprowadza dane kontaktowe właściciela roweru. Jeśli z powodu takich praktyk którykolwiek klient pana Marka poniósłby szkodę, ryzyko niedopełnienia obowiązków wynikających z RODO staje się realne. Oczywiście to przykład jaskrawy, podkreślający złą wolę osoby trzeciej. Jednak każdy kto prowadził własny biznes doskonale wie, że musi liczyć się z każdymi okolicznościami.

W salonach fryzjerskich i warsztatach samochodowym sposobem na RODO jest filtr prywatyzujący.

Czym jest filtr prywatyzujący? To specjalna nakładka na wyświetlacz urządzenia elektronicznego. Filtr może się wizualnie kojarzyć z foliami zapobiegającymi porysowaniu ekranów smartfonów i tabletów. Jednak jego zastosowanie jest kompletnie inne. Dzięki filtrowi prywatyzującemu mamy pewność, że zawartość wyświetlaną na ekranie widzi wyłącznie personel znajdujący się bezpośrednio przed urządzeniem. Z kolei oczy oraz obiektywy osób postronnych nie są w stanie zarejestrować wrażliwych treści.

Wbrew pozorom oba laptopy są włączone i działają z wyświetlaczem na poziomie 80 proc. jasności

Filtr prywatyzujący działa w oparciu o technologię tzw. mikrożaluzji. To właśnie z nich zbudowana jest nakładka na ekran i to dzięki nim osoby po lewej lub prawej stronie urządzenia nie są w stanie dostrzec treści wyświetlanej na ekranie. Uprawniony personel widzi wszystko wyraźnie i bez zniekształceń, podczas gdy osoba postronna zobaczy czarny lub szary prostokąt. Obraz zaczyna być zniekształcany już po odchyleniu o 30 proc. względem wyświetlacza, a przy odchyleniu o 60 proc. ekran przestaje być możliwy do odczytania.

Porządne filtry prywatyzujące zachowują dotykowe właściwości ekranów, a także nie wypaczają odczuwalnie ostrości i barw wyświetlacza. Filtry zmniejszają natężenie męczącego oczy światła niebieskiego, a coraz częściej pojawiają się również w wersji dostosowanej do fotografów i filmowców. Sektor chroniący prywatność wizualną stale się powiększa, z kolei przepisy takie jak RODO wyłącznie przyspieszają rozwój filtrów prywatyzujących.

Postanowiłem sprawdzić, na ile filtr prywatyzujący faktycznie powstrzymuje złodziei danych.

Zdjęcia produktowe dostarczane przez dystrybutorów filtrów nie są dobrym materiałem podglądowym. Najczęściej to grafiki edytowane w programie komputerowym, z czarnym gradientem bezpardonowo przeciągniętym od jednej strony ekranu urządzenia podglądowego do drugiej. Dlatego jakość i działanie filtrów sprawdziłem na własnej skórze. Eksperyment przeprowadziłem w warunkach domowych, przy naturalnym świetle.

Na lewo laptop z filtrem. na prawo bez. Siedząc na wprost trudno dostrzec różnicę…

Filtr prywatyzujący 3M nakleiłem na laptop, którzy wykorzystuję do codziennej pracy. Dla maszyny z filtrem znalazłem odpowiednik bez filtra, aby zyskać natychmiastowe porównanie. Nakładkę nałożyłem na ekran MacBooka Pro 13 (2016). Z kolei za punkt odniesienia służy MacBook Pro 13 (2018). Jasność obu ekranów została ustawiona na 80 proc.

Przyklejenie filtru do laptopa trwa kilkadziesiąt sekund.

Czynność jest bajecznie prosta. Najpierw wyjąłem nakładkę z opakowania foliowego. Potem przykleiłem do jej boków wąskie taśmy klejące dołączone do zestawu. Miło, że tych dostałem aż cztery, chociaż potrzebowałem tylko dwóch. Następnie zdjąłem warstwę ochronną z taśm i nakleiłem filtr na ekran. Gotowe. Dzięki dedykowanej wersji dla MBP wszystko idealnie pasuje. Rogi są odpowiednio zaokrąglone, a górne wcięcie omija kamerkę internetową. Nie ma mowy o poprawkach.

… jednak stając z boku różnice są gigantyczne

W przypadku filtrów dla smartfonu lub tabletu działa to podobnie. Tylko zamiast taśm na bokach ekranu kleista jest cała powierzchnia. Dlatego w zestawie znajduje się również szpatułka, którą można usunąć ewentualne pęcherzyki powietrza powstałe podczas naklejania nakładki. Filtr posiada wcięcia na czujniki, aparaty oraz fizyczne przyciski, w tym rozpoznające odciski palców.

Chodzi nie tylko o zaciemnienie ekranu, ale również jego rozmazanie

Początkowo sądziłem, że filtry prywatyzujące działają jedynie jako kątowe wygaszacze ekranu. Po analizie wyświetlaczy w MacBookach zdałem sobie jednak sprawę, że deformacji ulega również ostrość obrazu. Im większy kąt boczny względem laptopa, tym litery widoczne w arkuszu stają się mniej czytelne i mniej wyraźne. Oczywiście będąc na wprost MacBooka obraz jest jak najbardziej klarowny. Słowem – im mniejszy kąt, tym większa ostrość.

Na lewo filtr polaryzujący, na prawo ekran bez filtra

Jeśli osoba siedząca obok „rzuca okiem“ na nasz ekran, ma utrudnione zadanie nie tylko z czytaniem, ale również rozpoznawaniem grafik. Brak odpowiedniej ostrości tworzy bardzo ciekawe zabezpieczenie, które na wielu płaszczyznach przewyższa zaciemnianie ekranu. Wszakże osobę na zaciemnionym zdjęciu grupowym wciąż można rozpoznać. Jednak rozmazana facjata nie jest już tak łatwa do identyfikacji. Zwłaszcza, jeżeli do czyjegoś laptopa zerkamy pokątnie.

Oczywiście zaciemnienie ekranu pozostaje najważniejszą funkcją filtra prywatyzującego. Jego działanie możecie przeanalizować oglądając zdjęcia, jakie umieściłem w tym tekście. Zachęcam również do zobaczenia jak zmniejsza się czytelność wyświetlacza wraz z kątem, pod jakim patrzymy na ekran urządzenia:

Siedząc obok osoby z filtrem prywatyzującym nie mogłem niczego przeczytać.

MacBooka i iPhone’a zabrałem do ich środowiska naturalnego – do Starbucksa. W kawiarni siadałem obok laptopa, tak jak gdybym siedział zaraz obok osoby pracującej na maszynie. Odległości były podobne do tych, jakie można zmierzyć między uczniami przy dwuosobowej ławce szkolnej. Albo w ciasnej przestrzeni biurowej. Chociaż laptopa miałem zaraz pod nosem, nie mogłem rozszyfrować treści widocznej na ekranie. Nie pomogło wyciąganie szyi ani mrużenie oczu.

Oczywiście to nie działa tak, że ekranu laptopa nie widać w ogóle. Jestem w stanie określić, czy na MacBooku sąsiada działa edytor tekstowy, przeglądarka internetowa albo App Store. Nie rozumiem jednak treści. Nie jestem w stanie czytać zdań ani wyrazów. Nie mogę analizować wykresów. Nie podejrzę, kto jest nadawcą maila ani jak został nazwany plik w załączniku wiadomości. Czułem się jak gdybym miał 70 lat i trafił na wizytę u okulisty.

Filtr prywatyzujący nie tylko zaciemnia ekran, ale również pogarsza ostrość

Filtr na monitor, laptop, smartfon, tablet. Jest tutaj wszystko.

Producent użytych przeze mnie filtrów posiada szeroki wybór produktów skrojonych nie tylko pod konkretny typ urządzeń elektronicznych, ale nawet ich model. Znajdziesz odpowiednią nakładkę na ekran zarówno dla Samsunga Galaxy, jak rownież HP Spectre’a. Jeśli nie znasz dokładnego modelu urządzenia w biurze, zawsze możesz dokonać wyboru posługując się rozmiarem ekranu.

W praktyce szeroka oferta filtrów pozwala dobrać odpowiedni rodzaj nakładki na każde urządzenie wykorzystywane w firmie. Jeśli na jakimś stanowisku personel na kontakt z danymi klienta, zabezpieczenie ekranu przed wzrokiem postronnych osób może być ważnym elementem ochrony prywatnych informacji. Dlatego chociaż instalacja filtrów we własnej firmie nie jest obowiązkowa ani wymagana prawem, to ich obecność w salonie czy warsztacie może być ważnym argumentem przeciwko zarzutom o nienależytej ochronie klientów.

*Materiał powstał we współpracy z z producentem filtrów prywatyzujących – 3M.

Dołącz do dyskusji

Advertisement