Oda do rakiety manewrującej V-1 Vergeltungswaffe z gry Battlefield V

Felieton/Gry 15.11.2018
Oda do rakiety manewrującej V-1 Vergeltungswaffe z gry Battlefield V

Oda do rakiety manewrującej V-1 Vergeltungswaffe z gry Battlefield V

Ale wielcy wojacy zasiedli do broni / punktami za fragi planują odwety / jak długim rzędem za trumnami trumny / wchodzą w posępny cień V-1 rakiety. Albo jak kto woli prozą: Vergeltungswaffe w grze Battlefield V to jedno z najbardziej efektownych, epickich urozmaiceń serii. Uwielbiam obserwować jakie zniszczenia wyczynia to narzędzie destrukcji.

Czym właściwie jest rakieta V1 Vergeltungswaffe? To bezzałogowy pocisk samolotowy, nad którym niemiecki przemysł zbrojeniowy pracował od końca lat 30-tych. Badania finansowało nazistowskie Ministerstwo Lotnictwa, które w 1942 roku nadało projektowi priorytetowy status. Pociski V1 miały być sercem zupełnie nowej generacji wojska niemieckiego – wizjonerskich dywizjonów rakietowych. Nim te zostały sformowane, na główną placówkę badawczą odpowiedzialną za V1 dokonano dewastującego nalotu.

Rakieta V1 transportowana do katapulty-wyrzutni

Od tego momentu niemieckie władze były bardziej ostrożne. Nad poszczególnymi elementami rakiety pracowano w różnych lokalizacjach. Także w fabryce Volkswagena. Komponenty do V1 powstawały nawet na późniejszych ziemiach polskich. M.in. w Lubiążu, Ząbkowicach Śląskich oraz Świdnicy. Ze względu na podział zadań projekt rakietowy rozwijał się wolniej niż w poprzednich latach. Przez to Niemcy nie mogli wykorzystać rakiet wtedy, gdy te były potrzebne najbardziej.

Pierwsze rakiety V1 odpalono 13 czerwca 1944 r. Kilka dni po lądowaniu w Normandii.

Cześć historyków jest zdania, że gdyby rakiety V1 uruchomiono 150 godzin wcześniej, miałoby to dewastujący wpływ na alianckie wojska czekające w brytyjskich portach. Bezzałogowe pociski samolotowe były jednak operacyjne dopiero po tym, jak Amerykanie zdobyli francuskie plaże. V1 mogły powstrzymać D-Day, albo przynajmniej osłabić siły desantowe. Rakiety bez problemu dolatywały bowiem do Londynu, a do tego siały większe spustoszenie niż ówczesne bomby zrzucane z samolotów.

Niesamowite zdjęcie. V1 na moment przed uderzeniem w Londyn

Bezzałogowe samoloty były również bardziej ryzykowne do strącenia niż niemieckie bombowce. Ze względu na małe rozmiary tych pocisków, alianccy piloci musieli podlatywać do rakiet na dystans 200 – 300 m. Z takiej odległości wybuch ładunku znajdującego się w bezosobowej maszynie stanowił już zagrożenie dla pilota. Dlatego Brytyjczycy stosowali również inne metody przechwytywania. W tym powietrzne ściany zbudowane z wielkich balonów.

Jak rakiecie z 1944 r. udawało się dotrzeć do Londynu?

To zasługa niemieckiego silnika pulsacyjnego Argus As 014. Zmodyfikowana wersja silnika rakietowego pozbawiona sprężarki pozwalała na zasięg lotu do 240 km. Maksymalna prędkość Vergeltungswaffa wynosiła z kolei 650 km/h. Ze względu na zasięg pociski V1 regularnie spadały na Londyn oraz jego okolice. Rzesza prowadziła w ten sposób akcję odwetową na ludności cywilnej, podczas gdy jej żołnierze walczyli z aliantami w Europie Kontynentalnej.

Balonowa ściana powietrzna mająca powstrzymać rakiety V1

Do końca wojny naziści zdążyli wystrzelić ponad 20 000 pocisków. Więcej niż 18 000 dotarło do celu. W wyniku ataków Vergeltungswaffa zginęło ponad 5500 Brytyjczyków, a trzy razy tyle zostało rannych. Bezzałogowe pociski-samoloty nie złamały jednak ducha aliantów, stale prowadzących działania wojenne przeciwko Rzeszy. Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi i Sowieci przechwycili wiele pocisków V1, na bazie których stworzyli później własne pociski rakietowe. Rechotem historii jest fakt, że za silniki do amerykańskiej kopii V1 odpowiadał Ford. Czyli firma, która aktywnie wspierała Hitlera w dojściu do władzy.

Rakiety V1 znajdują się również w grze Battlefield V. Ich wykorzystanie to wizualna i dźwiękowa uczta.

Pocisku Vergeltungswaffe nie da się pomylić z niczym innym. Dźwięk niemieckiego silnika rakietowego jest nie do podrobienia. Słychać go już z daleka. Na długo przed tym, nim rakieta znajdzie się w zasięgu wzroku żołnierza. Efekt jedynie potęgują dobre słuchawki z cyfrowym dźwiękiem przestrzennym. Słyszysz wtedy, jak V1 leci gdzieś na lewo od ciebie. Jest bliżej. Jeszcze bliżej. Znowu bliżej. Nagle warkot silnika cichnie, a ty już wiesz. Masz przejeba przewalone.

Odważny pilot aliancki strąca rakietę V1 skrzydłem własnego samolotu

Pocisk-samolot zaczyna opadać na resztkach paliwa. Z czasem silnik przestaje działać w ogóle, a V1 zamienia się w pikującą, stalową bryłę pełną ładunku wybuchowego. Jest go znacznie, znacznie więcej niż w przypadku bomb przewożonych na pokładzie samolotów. Gdy Vergeltungswaffe uderza w cel, nie da się tego przegapić. Nie da się tego nie usłyszeć. Nie da się tego nie poczuć.

Eksplozja wywołana trafieniem rakiety to jedno z najbardziej efektowych momentów w sieciowych strzelaninach. Na moment wszystko zamiera. Zastyga w bezruchu i oczekiwaniu. Potem jest huk. Następnie rozbłysk wybuchu. Najpotężniejsza jest jednak fala uderzeniowa emitowana na nas koniec. Pierścień gorącego powietrza przewraca pobliskich graczy, wybija szyby w oknach i strąca śnieg z dachu. Kto nie zginął od wybuchu, ten pada na plecy lub brzuch i jest w chwilowym szoku. Nawet w Hollywood by się tego nie powstydzili.

Mam wrażenie, że rakieta V1 powinna być znacznie, znacznie potężniejsza.

Zdaję sobie sprawę, że wtedy efektywność pocisku rozmijałaby się z historyczną, potwierdzoną raportami skutecznością rakiety. Wszakże V1 to broń o małej precyzji, która częściej rani niż zabija. Jednak Battlefield nigdy nie był symulatorem. Na kilka dni przed premierą Vergeltungswaffe bardziej ciekawi, emocjonuje i zachwyca niżeli straszy. Gdy widzę ten obiekt w powietrzu, jestem nim zauroczony. Zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie, stoję i oczekuję wybuchu niszczącego otoczenie. Z tyłu głowy mam świadomość, że na 70 – 80 proc. nic mi nie będzie.

Trzeba brać pod uwagę, że V1 to najbardziej kosztowna broń, jaką może zamówić dowódca drużyny. Skoro więc wykorzystujemy punkty zdobyte podczas rozgrywki, miło byłoby otrzymać w zamian wianuszek fragów. Tak się nie dzieje. Używanie V1 cholernie cieszy, ale mam wrażenie, że DICE obawiało się konsekwencji pocisków rakietowych. Jak gdyby twórcy nie chcieli, aby scenariusz bitwy zmieniał się zbyt radykalnie. Trochę szkoda.

Muzealna rakieta V1

Naprawdę nie miałbym nic przeciwko, gdyby V1 spadająca na flagę wroga powodowało śmierć wszystkich graczy w obrębie bazy. Czy to w budynkach, czy na otwartej przestrzeni, czy za jakąś osłoną terenową. Totalny wipe. Pogrom takiego kalibru, że przeciwna drużyna wchodzi na teren flagi jak do siebie, przejmując chorągiew bez żadnego oporu. To by było coś.

Marzy mi się zbyt potężne narzędzie zniszczenia? Właśnie niekoniecznie.

Między uderzeniem rakiety, a dźwiękiem jej odrzutowego silnika mija kilka – kilkanaście sekund. To czas, podczas którego gracze mogliby panicznie rzucać się do pojazdów oraz brać nogi za pas. Uciekać z bazy jak najdalej możliwe, aby później błyskawicznie do niej wrócić i na nowo zająć ufortyfikowane pozycje. Zamiast tego wszyscy wolą stać, patrzeć w górę i podziwiać złowieszcze piękno zniszczenia, na które składa się wiele interaktywnych elementów otoczenia.

Nie zmienia to faktu, że V1 wymiata. DICE wpadło na kapitalny pomysł. Uwielbiam patrzeć, co ta rakieta robi z budynkami na mapie. Jeżeli z sadystyczną przyjemnością detonowaliście Megatonę w trzecim Falloucie, będziecie zauroczeni pokazem fajerwerków. Co nie zmienia faktu, że wizyta u specjalisty wciąż jest zalecana.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement