Perły z lamusa: Far Cry 2. Dacie wiarę, że minęło już 10 lat od premiery najgorszej odsłony serii?

Artykuł/Gry 26.10.2018
Perły z lamusa: Far Cry 2. Dacie wiarę, że minęło już 10 lat od premiery najgorszej odsłony serii?

Perły z lamusa: Far Cry 2. Dacie wiarę, że minęło już 10 lat od premiery najgorszej odsłony serii?

Far Cry 2 był reklamowany jako mesjasz branży gier. Obiecywano nam idealny balans między zabawą, realizmem oraz otwartym światem. Mamiono nas niesamowitymi rozwiązaniami, jak np. ogniem rozprzestrzeniającym się po łąkach i pastwiskach. Nie mogłem się doczekać premiery.

Far Cry 2 dostał bardzo wysokie noty od recenzentów. Krytycy rozpływali się nad unikalnymi mechanizmami rozgrywki, które sprawiały, że osiągnięto zupełnie nowy wymiar realizmu. Pisano peany na temat otwartego świata, warstwy graficznej, palety możliwości oraz inteligencji przeciwników. Przecierałem oczy ze zdumienia, bo większość wymienianych zalet zaletami ani trochę nie było. Wręcz przeciwnie.

Far Cry 2 doprowadził pozorny realizm gier wideo do śmiesznego absurdu.

Bardzo mi się podoba, gdy producent gry nie chce, aby jego dzieło było zbyt łatwe. Dlatego gdy dowiedziałem się, że Ubisoft chce utrudnić graczom życie w Far Cry 2, od razu przyklasnąłem temu pomysłowi. Psujące się bronie, pojazdy ulegające uszkodzeniu, brak mini-mapy widocznej na ekranie, do tego choroby oraz unikalny system opatrunków. Wszystko to sprawiało, że oczami wyobraźni widziałem już najbardziej immersyjną strzelaninę całego 2008 r. A może i kilku następnych lat.

W praktyce pozorny realizm Far Cry 2 częściej przeszkadzał niż dodawał klimatu. Do teraz pamiętam te komiczne sceny, gdy dostałem granatem, a bohater leczył się animacją wyjmowania kuli z przedramienia. Niestety, problem nie kończył się na nietrafionych animacjach. Wiele pomysłów Ubisoftu było po prostu męczących. Np. to, że średnio co pół godziny trzeba było brać tabletkę przeciw malarii. Na papierze świetny i unikalny pomysł. W praktyce upierdliwy mechanizm, który z czasem coraz bardziej irytował.

To samo tyczyło się broni, które brudziły się i niszczyły. Naturalne zużycie materiałów miało sens, ale w Far Cry 2 doprowadzono je do ekstremum. Po wystrzelaniu kilku – kilkunastu magazynków w pistolecie maszynowym trzeba było rozglądać się za nową bronią. Do tego giwery wyrwane poległym wrogom zawsze były w skrajnie złym stanie. Kilka serii i strzelba sama rozlatywała się w dłoni. Gdyby proces eksploatacji był kilka razy wolniejszy, mielibyśmy świetny mechanizm. Niestety wyszło kompletnie inaczej.

Byłbym w stanie wytrzymać te pseudorealistyczne elementy, gdyby nie największy grzech Far Cry 2.

Największym grzechem Far Cry 2 byli odradzający się przeciwnicy w otwartym świecie. To było okropne. Odbijało się punkt kontrolny przy drodze z rąk reżimu, aby kilka minut później stanowisko znowu było obsadzone wrogami. Z każdą kolejną misją trzeba było się przedzierać przez te same posterunki, które wcześniej skrupulatnie odbijaliśmy. Po kilku takich tournee człowiek zgrzytał zębami. Zwłaszcza, że punkty kontrolne często wysyłały za nami pościg, który trzeba było zgubić.

Odradzający się przeciwnicy sprawiali, że w Far Cry 2 w ogóle nie było czuć progresu. Po co te podchody do bazy przeciwnika, skoro za kilka minut ta znowu będzie obsadzona uzbrojonymi najemnikami? Far Cry 2 zachwycał paletą możliwości, ale nie odpowiadał na pytanie: po co to wszystko? Walka z posterunkami była jak praca Syzyfa. Ubisoft nie szanował dokonań gracza. Rzucał na niego grupy tych samych przeciwników, którzy nieustannie powracali zza światów.

Nagrodą za walki z tymi samymi przeciwnikami w tych samych miejscach miała być główna oś fabularna. Niestety, historia w Far Cry 2 była równie solidna co bronie grabione przy zmarłych najemnikach. Bohaterowie nie zachwycali, główny wątek nie domagał, a scenki przerywnikowe były po prostu okropne. Aż dziw, że kilka lat później Ubisoftowi udało się stworzyć tak ciekawą kampanię jak ta w Far Cry 3.

Z perspektywy czasu łatwo napisać, że Far Cry 2 był dobrą grą. Pamiętamy to, co chcemy pamiętać.

Osoby z sentymentem wspominające Far Cry 2 raczej nie pamiętają, że co kilka wirtualnych kilometrów musieli naprawiać zdezelowany pojazd. Nie przypominają sobie setek podniesionych broni, każda rozsypująca się po kilku seriach. Nie wspominają dziesiątek połkniętych tabletek oraz setek nieumarłych przeciwników, najwyraźniej regularnie powracających zza grobów po to, by dręczyć przeklętego gracza. To wszystko elementy, przez które Far Cry 2 był na dłuższą metę bardzo ciężkostrawny.

Pamiętam, że wśród moich znajomych odsetek osób, które przeszły tę strzelaninę był marginalny. Wiele osób miało Far Cry 2, grało w Far Cry 2, ale żeby je ukończyć? Ha, mało kto sprostał temu zadaniu. Kompletnie się nie dziwię. Gdy po raz siódmy ucieka się przed zmechanizowanym pościgiem wysłanym za nami z posterunku, który odbijaliśmy już trzy razy, w człowieku może coś pęknąć.

Pytanie, czy to pękała cierpliwość, czy po prostu kolejny raz broń rozsypała się w dłoniach bohatera.

Dołącz do dyskusji