Apple z premedytacją powiela wielki błąd Jobsa. iPhone XS Max mógł być nowym standardem branży gier

Felieton/Gry 13.09.2018
Apple z premedytacją powiela wielki błąd Jobsa. iPhone XS Max mógł być nowym standardem branży gier

Apple z premedytacją powiela wielki błąd Jobsa. iPhone XS Max mógł być nowym standardem branży gier

Nintendo Switch to ekran LCD 6,2 cala 1280 na 720 pikseli, 4 GB RAM-u i pierwsza Tegra. iPhone XS Max to OLED 6,5 cala 2688 na 1242 pikseli, 4 GB RAM-u i potężny A12 Bonic. Wiecie już, do czego zmierzam? Apple po raz kolejny jest ślepy na światowe trendy. Po raz kolejny marginalizuje najpotężniejsze, najbardziej perspektywiczne medium na świecie: grę wideo.

Steve Jobs nie był graczem. Mężczyzna, który sprzedał światu iPhone’a, miał chłodny stosunek do gier wideo. Rozumiał ich rosnącą popularność, ale nie widział dla nich czołowego miejsca na własnych platformach. M. in. dlatego Apple nigdy nie podszedł na poważnie do projektu konsoli. Zamiast grami, Jobs chwalił się na prezentacjach książkami kucharskimi, nawigacją GPS, rezerwowaniem stolika w restauracji. Przez wiele lat gry były na iPhone niejako za karę. Przy okazji.

Z czasem Apple zrozumiał, że to gry wideo będą generować największe zyski w App Store.

Mimo tego nawet po śmierci Jobsa nadal panuje dziwna alergia na mobilne gry. Pisał o niej sam John Carmark – twórca kultowej strzelaniny Quake – który znał Steve’a osobiście. Carmack również nie mógł się nadziwić, dlaczego szef Apple’a tak odgradza się od gier. Apple poświęca wiele czasu i siły na rozmowę o usługach filmowych i muzycznych. Za to gry – najbardziej dochodowy obszar App Store – traktują po macoszemu. Trochę jak głaskanie kwoki, gdy obok stoi kura znosząca złote jaja.

Siłą rzeczy archaiczne podejście musiało ulec zmianie. Wymusił to sam rynek. Z czasem Apple doczekał się serii gier na wyłączność – Infinity Blade. Na scenie zaczęły pojawiać się pierwszoligowe osobistości z branży, jak Todd Howard (Skyrim, Fallout 4) czy Shigeru Miyamoto (twórca Mario). Apple nigdy nie zrobił jednak niczego ponad to, co musiało zrobić, by gracze pozostawiali worki z pieniędzmi przy seriach Angry Birds albo Candy Crush. Firma kocha zyski z gier, ale nie same gry. To się czuje.

Ikona Apple App Store

Apple można nazwać wizjonerską firmą, ale na pewno nie w obszarze gier wideo. Tutaj moloch stale ścigał konkurencję. Przecież jeszcze do niedawna w Pokemon GO nie można było korzystać z nakładki AR. Gigant wart bilion dol. nie ma ambicji zmieniania oblicza gier. Nie otwiera własnych studiów deweloperskich. Nie rozwija marek na wyłączność. Apple stoi w miejscu, w pełni szczęśliwe tymi 30 proc. od każdej transakcji w grze wideo, jaka zostaje odnotowana przez App Store.

Szkoda. Jeśli ktokolwiek miałby wprowadzić mobilną rozgrywkę w nową erę, to właśnie Apple.

Tylko Apple posiada taką siłę oddziaływania na rynek, aby kompletnie i permanentnie zmienić podejście firm i konsumentów do gier mobilnych. Przesadzam? Cóż… Przed premierą iPhone’a X żaden producent smartfonu nie chciał mieć urządzenia z brzydkimi zakolami (notchem) u góry ekranu. Dzisiaj to ohydne rozwiązanie jest bezrefleksyjnie powielane przez co drugiego molocha. Bez żadnej żenady i żadnego wstydu. Gdy Apple pokazał światu notcha, do chińskich fabryk zaczęły lawinowo napływać zlecenia na podobne rozwiązania od pozostałych firm.

Nie chodzi o to, że Apple robi coś jako pierwsze (bo zazwyczaj tak nie jest). Chodzi o to, że Apple posiada wielu bezczelnych naśladowców. Gdyby firma uznała, że smartfon może być pełnoprawną konsolą przenośną z doczepianymi fizycznymi przyciskami, jeszcze tego samego roku podobnego zdania będzie Huawei, LG, Oppo i masa innych producentów. Przykład notcha dobitnie to pokazał. Oryginalność w tej branży stała się bardzo deficytowym towarem.

Huawei mate 20 lite cena
Apple? Nie, Huawei

iPhone XS Max mógłby być świetną konsolą przenośną. Ten ekran aż się o to prosi.

Wyświetlacz 6,5 cala jest większy od tego, którego użyto w Nintendo Switchu. Do tego wyższej jakości, z żywszymi kolorami i większą odpornością na zmienne warunki otoczenia. Obie maszyny mają po 4 GB RAM-u. Sercem Switcha jest pierwsza Tegra, z kolei potęga XS Maksa drzemie w wydajnym układzie A12 Bionic. Każdy nowy iPhone to bestia pod względem podzespołów. Nie inaczej jest tym razem. Bionic 12 będzie się doskonale spisywał za rok, za dwa lata, nawet za pięć. Czyli tyle, ile wynosi cykl życia handhelda.

W tym miejscu możecie zaprotestować: – No ale przepraszam bardzo, Nintendo Switch ma przystawkę do telewizora i można grać na dużym ekranie. A iPhone to co? – ano iPhone mógłby łączyć się w podobny sposób z nową wersją AppleTV. Wystarczyłaby kieszeń na smartfon. Mała skrzynka TV dodawałaby mocy Maksowi, dzięki czemu na wielkim ekranie widzielibyśmy treści w wysokiej i bardzo wysokiej rozdzielczości. To wciąż nie byłaby ta sama moc co klasycznych konsol stacjonarnych, ale hej – nie o same piksele i klatki tutaj chodzi. Switch nie jest przecież wydajny, a sprzedaje się doskonale.

Oczywiście każda szanująca się konsola przenośna musi posiadać fizyczne przyciski. Nie chce mi się jednak wierzyć, że ekipa Cooka nie poradziłaby sobie z tym zadaniem. Apple to producent doskonałych myszek, doskonałych gładzików i całkiem dobrych klawiatur. Ta firma pracuje przy klawiszach, przełącznikach i przyciskach od kilkunastu lat. Stworzenie dedykowanego kontrolera nie powinno być dla nich żadnym problemem. Tak samo jak sparowanie go ze smartfonem. Pad nie musiałby się nawet łączyć fizycznie. Wystarczyłoby, że nasuwa się go na smartfon jak Joy-Cony Nintendo, z kolej komunikacja odbywa się drogą bezprzewodową. Apple ma na tym polu coraz większe doświadczenie, co by powołać się na AirPodsy.

Tim Cook posiada pieniądze, wpływy, bazę klientów i wiedzę potrzebną do stworzenia najpopularniejszej konsoli hybrydowej na świecie. MacBook, Apple TV, Apple Watch, Magic Mouse i oczywiście iPhone oraz iPad – wszystkie te urządzenia mogą dać wiele od siebie, aby powstał handheld doskonały. Do tego bardzo piękny i elegancki. Jedyne czego Cookowi brakuje, to odpowiedniego zaplecza deweloperskiego. Apple nie posiada własnej siatki twórców, jak Sony czy Nintendo. Ten problem da się jednak rozwiązać workami z pieniędzmi, których firma ma pod dostatkiem.

„Panie, a na co to komu”.

Jestem przekonany, że znajdzie się wielu, którzy poddają w wątpliwość zasadność hybrydowej konsoli Apple. Tak jak wcześniej poddawano w wątpliwość istnienie Switcha – aktualnie najszybciej sprzedającej się konsoli świata. Jeszcze wcześniej poddawano w wątpliwość obecność sieciowych strzelanin na smartfonie. Dzisiaj sam Fortnite na iPhone generuje półtorej mln dol. przychodu. DZIENNIE. Najważniejszy rynek świata – rynek chiński – pozwala sądzić, że mobilne gry są dopiero przed swoim złotym okresem. Przed prawdziwym renesansem.

Tutaj już przestało chodzić o Angry Birds i Candy Crush. Obecność na smartfonie takich hitów jak Minecraft, PUBG czy Fortnite zmienia wszystko. Oczywiście nie oznacza to, że stacjonarne platformy odejdą w niepamięć. Jeśli jednak 6 lat temu ktoś by mi powiedział, że w 2018 r. więcej osób będzie regularnie czytać Spider’s Web na smartfonie zamiast na PC, nie uwierzyłbym. Dzisiaj z kolei nie chce mi się wierzyć, gdy analitycy branży gier piszą, iż w 2024 będziemy grać głównie na sprzęcie mieszczącym się do kieszeni spodni. Widzicie pewien wzór?

Technologia zmienia się dzisiaj w przerażająco-ekscytującym tempie. Z kolei Apple sobie stoi. I czeka. I myśli. I duma. Kiedy swoje handheldy wyda Samsung, Google, LG i Huawei, rok pózniej pewnie zrobi to Tim Cook albo jego następca. Wtedy też okaże się, że hybrydowa konsola w kieszeni to wcale nie taki głupi pomysł, a ten Radzewicz jednak nie pisze samych bajek na dobranoc. Z kolei każdy, kto sądzi, że na urządzeniu mobilnym nie można zagrać w wielką, epicką, piękną i rozbudowaną produkcję, niech zagra w The Legend of Zelda: Breath of the Wild.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement