Gdy Google mówi, że nie podobają mu się adresy URL, u mnie włącza się alarm. I wyje w niebogłosy

Felieton/Media 06.09.2018
Gdy Google mówi, że nie podobają mu się adresy URL, u mnie włącza się alarm. I wyje w niebogłosy

Gdy Google mówi, że nie podobają mu się adresy URL, u mnie włącza się alarm. I wyje w niebogłosy

– URL nie jest dziś dobrym sposobem prezentacji tożsamości strony – gdy czytam takie zdanie wypowiedziane przez ludzi Google’a odpowiedzialnych za rozwój przeglądarki Chrome, to w mojej głowie umierają trzy młode pandy.

Niech nikogo nie zwiodą kolejne górnolotne deklaracje od Google’a – chodzi li tylko o to, by doszczętnie zawładnąć internetem medialnym. Tym bardziej, że właśnie oddaje go bez walki Facebook.

Myślę, że naprawdę niewielu ludzi z mediów internetowych zdaje sobie sprawę z tego, co się aktualnie dzieje na polu przepływu ruchu w internecie. A dzieją się prawdziwe rewolucje, których nie powstydziłaby się nawet pani Magda Gessler. Zagrożeń jest od groma, szans trochę też, choć tak po prawdzie te drugie związane są bardziej z wpadnięciem z deszczu pod rynnę.

Co się takiego dzieje?

Otóż po skandalach z wpływem Rosjan na wybory w Stanach Zjednoczonych poprzez umiejętne sterowanie treściami medialnymi, które wyświetlały się na ścianach Facebooka u przeciętnych użytkowników tego serwisu społecznościowego, wszechwładny Mark Zuckerberg rozpoczął proces wycinania zasięgów mediów internetowych (portali, serwisów tematycznych, blogów). Wkrótce ruch ten spadnie praktycznie do zera. Mark ma w tym doświadczenie – swego czasu wyciął tak już społecznościowe gry (ktoś jeszcze pamięta Farmville od Zyngi?).

Już dziś poważne problemy mają serwisy, które uwierzyły w ruch z Facebooka. W ujęciu globalnym to serwisy typu BuzzFeed, czy Upworthy, w ujęciu lokalnym naTemat. Jeszcze dwa lata temu ponad 75 proc. ruchu serwisy te generowały właśnie z Facebooka, dziś zmagają się z potężnym spadkiem zasięgu (np. dzięki temu Grupa Spider’s Web wyprzedziła Grupę naTemat w Gemiusie), co oczywiście ma przełożenie na problemy finansowe tychże podmiotów.

Jak to w życiu i biznesie internetowym bywa, na pole opuszczone przez Facebooka chrapkę mają inne podmioty. Dla Google’a to wręcz wymarzona super okazja, bo treści medialne idealnie pasują jako uzupełnienie wyników wyszukiwania. W związku z tym w ostatnim czasie nieprawdopodobnie rośnie ruch z treści polecanych przez przeglądarkę Chrome, szczególnie w wersji mobilnej. Google przejmuje ruch społecznościowy, tyle że sam decyduje, co będzie promował, w przeciwieństwie do algorytmu Facebooka, który opierał się na systemie poleceń społeczności.

Dodajmy do tego coraz mocniejszą pozycję Google News, szczególnie w postaci wtyczki, która pokazuje się przed wynikami wyszukiwania w wyszukiwarce oraz oczywiście sam search, czyli ruch z wyszukiwania i nagle okazuje się, że Google przejmuje 3 z 4 naturalnych źródeł ruchu dla internetowych serwisów medialnych.

Mamy bowiem:

search – który w zdrowych, dobrze prowadzonych serwisach internetowych daje ok 40 proc. ruchu; tutaj od zawsze pełna dominacja Google’a;

referral – czyli strony odsyłające, dziś coraz bardziej zdominowane przez Google News oraz polecane w Chrome, zabierające ruch z trzeciego ważnego źródła, czyli:

social – ruch z mediów społecznościowych, który do tej pory był domeną Facebooka, teraz kompletnie traci na znaczeniu;

direct – czyli wejścia bezpośrednie; najważniejsze źródło ruchu dla serwisów, ale coraz trudniejsze do rozwoju ze względu na współczesny sposób konsumowania treści medialnych przez odbiorców (patrz punkty 1 – 3).

Przejmując ruch przekierowywany z Facebooka do serwisów internetowych Google staje się praktycznie dysponentem całościowego ruchu. Niestety wygląda na to, że nie ma dziś żadnej innej alternatywy. Nawet te media, które miały zdrowy podział ruchu pomiędzy cztery różne źródła, po wycofaniu się Facebooka, wpadną w sidła Google’a.

Wróćmy teraz do dyrdymałów, które o URL-ach opowiadają przedstawiciele Google’a

– Ludzie naprawdę mają dziś problem z rozumieniem URL-i. Są trudne do przeczytania, niełatwo jest dostrzec, która ich część odpowiada za bezpieczeństwo. Ogólnie uważam, że URL nie jest dziś dobrym sposobem prezentacji tożsamości strony. Chcemy więc doprowadzić do sytuacji, w której tożsamość w sieci będzie czytelna dla wszystkich (…). To zakłada wielkie zmiany w tym jak i kiedy Chrome pokazuje URL-e (…)

– to najważniejsze słowa wypowiedziane przez Adrienne Porter Feit z zespołu Chrome’a w głośnym wywiadzie dla Wired (tłumaczenie własne).

Ja nie mam wątpliwości, co to oznacza – Google wytnie URL-e z widoku stron docelowych, jakie prezentuje użytkownikom przekierowywanych do treści. Mówiąc wprost, czytelnik nie będzie już widział, czy jest na Onecie, Wirtualnej Polsce, czy Spider’s Web.

Po co Google to robi i jakie to ma skutki można zrozumieć obserwując rozwój formatu AMP, który internetowy gigant rozwija dla treści mobilnych.

Już w styczniu 2017 r. pisałem:

– Korzystanie z AMP w ogóle sprawia wrażenie, jak gdyby w ogóle nie opuszczało się wyników wyszukiwania Google’a. Prezentacja docelowych treści jest bowiem mocno google’owa, przeciętny użytkownik internetu wcale nie odczuje, że jest gdzieś indziej, a nie wciąż w Google.

Podczas rozwoju AMP-a, Google również zamachnął się na URL-e – w pewnym momencie zdecydował, że przed adresem domeny docelowej będzie wyświetlał swoje google.com. W rezultacie 90 proc. przeglądarek (w tym 100 proc. przeglądarek mobilnych) nie pokazywało domeny docelowej w ogóle, bo długie URL-e są skracane. Wprawdzie po protestach wydawców, w styczniu 2018 r. Google wycofał się z projektu, a przynajmniej tak mówił. Na blogu AMP pisano wtedy, że do drugiej połowy 2018 r. wycofa się z pokazywania google.com przed domeną docelową. Mamy wrzesień, a AMP wciąż tak działa.

Dziś czytamy o tym, jak to specjalistom Google’a rozwijającym przeglądarkę Chrome nie podobają się adresy URL. Przypadek? Myślę, że wątpię.

Zależność od jednego podmiotu zawsze jest zła, nieważne, czy to Facebook, czy Google, czy jeszcze ktoś inny. Ba, to śmiertelne zagrożenie nie tylko dla biznesu przedsiębiorstw medialnych, lecz także wolności słowa w ogóle. Jeśli jeden podmiot decyduje o tym, co inni czytają i jak te treści wyglądają, wolność słowa znika.

I to mnie cholernie przeraża.

Dołącz do dyskusji

Advertisement