YouTube też chce mieć własne stories. To świetna wiadomość dla użytkowników, fatalna dla twórców

Artykuł/Technologie 02.08.2018
YouTube też chce mieć własne stories. To świetna wiadomość dla użytkowników, fatalna dla twórców

YouTube też chce mieć własne stories. To świetna wiadomość dla użytkowników, fatalna dla twórców

Po Snapie nie zostanie kamień na kamieniu. Najpierw format stories podebrał mu Instagram, potem Facebook, potem Messenger, a nawet… Google. YouTube nie chce być gorszy i też będzie miał swoje stories.

Dla tych, którzy ostatnie dwa lata spędzili w amazońskiej głuszy, przypomnę – stories to inaczej relacje, które znikają (o ile twórca ich nie zapisze) z profilu po 24 godzinach.

Odkąd Instagram wprowadził nowy format, twórcy wszelkiej maści znaleźli rozmaite kreatywne sposoby na jego wykorzystanie. Jedni używają stories do szybkich live’ów i sesji Q&A. Inni po prostu wrzucają tam urywki swojego dnia, bo wiedzą, że jutro nie będzie po nich śladu. Jeszcze inni tworzą przepiękne wizualnie mini-historie. Ilu twórców, tyle pomysłów.

Format stories przyjął się doskonale z dwóch powodów. Od strony odbiorców jego konsumpcja jest po prostu łatwa i przyjemna, a treści nie za długie. Od strony twórców daje on świetne rezultaty w statystykach i zaangażowanie użytkowników. Stories są wręcz zaprojektowane tak, by uzależniać.

Są krótkie, są tymczasowe (więc każdy chce sprawdzić, co się działo, zanim znikną), są dostępne na wyciągnięcie kciuka w dymkach powyżej głównego strumienia treści.

Nic dziwnego, że YouTube Stories wkrótce staną się faktem.

Jak donosi serwis Android Police, YouTube testuje swój format relacji – wyglądający 1:1 jak ten z Instagrama – w ramach eksperymentów dla twórców. To znaczy, że pojawienie się relacji na YouTubie nie jest jeszcze pewne, ale osobiście obstawiam, że możemy się pomału przyzwyczajać do myśli o ich pojawieniu.

Format Stories idealnie pasuje do YouTube’a. Stanowi uzupełnienie brakującego ogniwa, po które dotychczas twórcy musieli udawać się na Snapa czy Instagrama. Dotychczas jedynymi sposobami na zaangażowanie publiczności (poza sekcją komentarzy) były transmisje na żywo i niedawno dodane posty dla społeczności. Brakowało jednak funkcji na szybkie podzielenie się czymś z widzami, bez konieczności uciążliwej konfiguracji livestreamu.

Brakowało właśnie tej prostoty i przystępności (zarówno w nagraniu, jak i w odbiorze), którą dają stories.

Pojawienie się stories na YouTubie to doskonała wiadomość dla widzów. I fatalna dla twórców.

Dla widza stories na YouTubie oznacza tyle, że teraz może śledzić swojego ulubionego twórcę w jednym miejscu i dostać od niego każdą możliwą formę kontaktu: pełnowymiarowe wideo, transmisję na żywo, krótki wpis tekstowy lub relację. Na dobrą sprawę nie trzeba już śledzić kanału w innych mediach społecznościowych – wszystko będzie na YouTubie.

Dla twórców jest to wiadomość o tyle fatalna, że… no właśnie, odbiorcy już praktycznie nie mają powodów, by śledzić ich gdziekolwiek poza serwisem Google’a. Na pozór brzmi to jak dobra wiadomość, ale w praktyce oznacza, że YouTube zaciska pętlę na szyi swoim najważniejszym użytkownikom. A ci zaczynają być od niego kompletnie uzależnieni.

Jeśli dany kanał zbuduje 100-proc. swojej społeczności na YouTubie, to istnieje ogromne ryzyko, że za jakiś czas straci wszystko co zbudował z powodu zmiany reguł serwisu lub pojawienia się innego gracza (a jeśli myślicie, że YouTube’owi nic nie zagrozi, to przypominam o MySpace).

Już teraz notorycznie słychać głosy poirytowanych twórców, którym algorytm YouTube’a drastycznie obciął zasięgi albo zdemonetyzował kanał, odcinając od jednego ze źródeł przychodu. Wszyscy wiedzą, że uzależnienie od YouTube’a nie wychodzi im na dobre, ale nikt na dobrą sprawę nie ma pomysłu, jak wybrnąć z sytuacji.

A serwis to wykorzystuje, zakładając kolejne kłódki na złotą klatkę.

Dołącz do dyskusji