Nie wierz we wszystko, co jest napisane. Tuż za rogiem czai się fake news

Felieton/Media 23.07.2018
Nie wierz we wszystko, co jest napisane. Tuż za rogiem czai się fake news

Nie wierz we wszystko, co jest napisane. Tuż za rogiem czai się fake news

W mediach pracuję od wielu lat, a pierwsze szlify w zawodzie zdobywałem ponad dwie dekady temu. Choć, mówiąc kolokwialnie, jestem starym wyjadaczem, miewam wątpliwości co do oceny prawdziwości newsów w sieci.

Ile razy podczas przewijania aktualności na Facebooku zdarzyło wam się zadać samym sobie pytanie, czy oglądany właśnie post jest prawdziwy? Ja stawiam je coraz częściej. Gdy widzę treść, która wydaje mi się podejrzana, najpierw próbuję zrobić sprawdzić, czy rzeczywiście mam do czynienia z prawdziwą informacją.

Nie, nie jestem paranoikiem. Wielekroć zdarzyło mi się, że oglądany post nawet jeśli nie był kłamstwem explicite, to manipulował przekazem, naciągał fakty.

Jeszcze gorzej, gdy fake newsy podłapują duże media, do których mamy na co dzień choćby elementarne zaufanie. Tak było na przykład ze śmiercią… Benedykta XVI. Papież emeryt miał umrzeć w lutym, a wiadomość poszła w świat za sprawą fałszywego profilu na Twitterze.

Fake newsy w internecie dotyczą szerokiego spektrum tematyki. Najbardziej nośne są te poświęcone aktualnym wydarzeniom politycznym, ale nie tylko. Co najmniej kilka razy w roku zostajemy dosłownie zbombardowani kłamstwami na temat planetoid, które sprowadzić mają zagładę na Ziemię. Tak było chociażby w przypadku planetoidy Bennu, która według serwisów informacyjnych ma położyć kres naszej planecie za nieco ponad stulecie. Alarmistyczny ton ma się nijak do faktów i prawdopodobieństwa rzędu 0,037 proc., że do tego dojdzie.

Kluczem do sukcesu fake newsów jest naiwność internautów.

To oczywisty mechanizm, ale warto go przypominać. Widząc, że znajomy udostępnia jakąś treść wyłączamy czujność. Zwłaszcza, gdy jest to osoba znana nam z tzw. prawdziwego życia, którą uznajemy za prawdomówną. Na podobnej zasadzie ufamy tytułom znanym na tyle na medialnym rynku, by uwierzyć, że treści przez nie zamieszczane są prawdziwe.

Z niedawno opublikowanego badania IAB Polska poświęconego dezinformacji w sieci wynika, że 58 proc. ankietowanych za źródło fake newsów uznaje media społecznościowe. 39 proc. wskazuje portale internetowe. Co ciekawe, 62 proc. uważa, że to zwykli użytkownicy internetu najczęściej rozpowszechniają nieprawdziwe informacje, a 39 proc. wini za to redakcje portali.

W siódmym sezonie serialu Homeland jest scena, pokazująca z jaką siłą mogą razić fake newsy. Rzecz dzieje się w szpitalu, gdzie trafił postrzelony nastolatek. Gdy dosłownie przez chwilę rannym nie zajmują się lekarze, do opinii publicznej trafia zdjęcie z podpisem mówiącym, że FBI zostawiło chłopca, by ten się wykrwawił. W odwecie ojciec J.J-a zabija agenta FBI będącego zakładnikiem. Dochodzi do szturmu na posiadłość, w której ukrywa się Brett O’Keefe, vloger znany z szerzenia teorii spiskowych i rozpowszechniania fałszywych informacji.

Oczywiście to tylko fabuła serialu, ale plastycznie ukazująca potencjał dezinformacji. W epoce informacji to właśnie ta ostatnia stanowić może realne narzędzie wpływu. Gdyby tak nie było, Mark Zuckerberg nie musiałby  tłumaczyć się gęsto przed senatorami. Szef Facebooka odpowiadał na pytania w związku z aferą Cambridge Analytica, ale pytano go również o wpływ rosyjskich fałszywych kont na kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych.

Nie wierzcie we wszystko, co zobaczycie i przeczytacie.

Na początku tekstu przyznałem, że miewam problemy z oceną prawdziwości informacji, a przecież pracuję w mediach wiele lat. Przyznanie się do tego traktuje nie jako oznakę słabości. Wręcz przeciwnie. Stosowanie reguły ograniczonego zaufania polecam każdemu, kto codziennie czyta i, co ważniejsze, udostępnia innym informacje z kraju, ze świata, ale także te dotyczące odkryć naukowych.

Każdy, kto zagłębiał się w temat cyberbezpieczeństwa, zetknął się z pojęciem komputera-zombie. To, w dużym uproszczeniu, urządzenie zwykłego śmiertelnika wykorzystywane zdalnie i bez jego wiedzy np. do ataków DDoS czy innego rodzaju działalności przez cyberprzestępców. W przypadku fake newsów możemy pełnić podobną rolę, rozpowszechniając nieprawdziwe informacje. Często być może w dobre wierze.

Zanim zatem następnym razem użyjemy przycisku udostępnij, warto postawić to jakże proste pytanie: czy jesteśmy pewni, że treść, którą zamierzamy podać dalej, jest prawdziwa. Już samo zadanie tego pytania często wystarczy, by uświadomić sobie, jak łatwo stać się bezwolnym narzędziem.

Dołącz do dyskusji