U Nintendo po staremu. Recenzja Captain Toad: Treasure Tracker

Recenzja/Gry 11.07.2018
U Nintendo po staremu. Recenzja Captain Toad: Treasure Tracker

U Nintendo po staremu. Recenzja Captain Toad: Treasure Tracker

Ma to swoje dobre i złe strony. Te drugie jednak tylko dla posiadaczy Wii U. Captain Toad: Treasure Tracker to kolejny udany port dla “nowych” w klubie Nintendo.

Tak, złośliwi mogą mówić, że Switch to taka maszynka do portów z Wii U, ale nie zmienia to faktu, że podejście Nintendo ma sens. Na poprzedniej konsoli Japończyków pojawiło się sporo świetnych gier, które umknęły graczom ze względu na malutką popularność Wii U. Teraz lwia część posiadaczy Switcha może poznawać je, jakby były nowościami.

Kolejnym tego typu tytułem, świeżo po Donkey Kong Country: Tropical Freeze, jest Captain Toad: Treasure Tracker. Zabawa, która zaczynała zaledwie jako mini-gra w Super Mario 3D World, doczekała się pełnoprawnej odsłony w 2014.

Cztery lata później tytuł nie zestarzał się pod absolutnie żadnym względem.

Każdy, kto grał kiedykolwiek w grę Nintendo, wie, że ich tytuły słyną przede wszystkim z genialnych projektów poziomów i błyskotliwych pomysłów na rozgrywkę. Na ekranie uśmiechnięte gwiazdki mogą fruwać po kolorowym, słodziutkim świecie dla dzieci, ale to dorośli docenią wyobraźnię deweloperów Nintendo i polot, z jakim podchodzą do swoich gier. To dorośli uśmiechną się szeroko, widząc pomysłowość zabawy. Z tego powodu nikogo nie powinna zwieść infantylna oprawa Captain Toad: Treasure Tracker – to gra, w której doskonale odnajdą się przede wszystkim osoby starsze.

Zresztą, tytułowy Toad to taki słodziak, że chyba tylko ktoś wychowany w Silent Hill nie rozczuliłby się nad jego gestami. Sposób, w jaki okazuje strach przed pojawiającym się duchem albo radość po odnalezieniu gwiazdki, wszystkie jego okrzyki i mruknięcia…

Oj, charyzmy głównemu bohaterowi odmówić nie można.

A co ten Kapitan Toad wyprawia w Treasure Tracker? Ano poluje na skarby – mianowicie gwiazdki, które kończą poziom i diamenty wymagane do odblokowania bossów i pełnej satysfakcji z rozwiązywania łamigłówek. Fanty poukrywane są na kompleksowych planszach najczęściej przypominających miniaturową planetę w kształcie sześcianu. Wędrujemy po nich, pokonując przeszkody i rozwiązując zagadki logiczne. Tu musimy coś przestawić, tam przekraść się między przeciwnikami, gdzie indziej wytężyć wzrok.

Widzicie, lwia część rozgrywki to zabawa perspektywą. Zawsze widzimy cały poziom i możemy dowolnie obracać kamerę. Po rozejrzeniu się odkrywamy ukryte dziury, podziemne labirynty, dźwignie, zakamarki… Nagle każda plansza staje się zręcznie zaprojektowaną, spójną zagadką. Nintendo zachowuje tutaj najwyższą jakość swoich designerskich umiejętności i niemal w każdym z ponad siedemdziesięciu światów częstuje nas czymś nowym. A to za pomocą ekranu dotykowego przesuwamy platformy, a to po zjedzeniu wisienki sterujemy jednocześnie dwoma Toadami, a to strzelamy z armaty i jeździmy na wózkach w kopalni…

Trudno się nudzić, szczególnie że przejście całości zajmie pewnie od pięciu do dziesięciu godzin, w zależności od tego ile pobocznych wyzwań chcemy zrealizować. Każdy poziom, oprócz jednej gwiazdki i trzech diamentów, ma jakiś opcjonalny cel w rodzaju uzbierania pięćdziesięciu monet albo oszczędzenia przeciwników. Do każdego możemy też wrócić, by znaleźć pikselowego Toada ukrytego na którejś ze ścian. Biorąc pod uwagę złożoność pozornie małych plansz, nie jest to takie proste. Jednocześnie daje całkiem sporo frajdy, pozwalając spojrzeć na poziomy w nieco inny sposób.

Patrząc na oprawę graficzną Treasure Tracker, trudno uwierzyć, że minęły już cztery lata od premiery na Wii U. Bajkowy styl sprawił, że gra wciąż wygląda bardzo atrakcyjnie. Oprócz obracania kamery, możemy też przybliżać ją do Toada, co robiłem często i gęsto w celu zachwycenia się jakimś pociesznym stworkiem albo ślicznym rekwizytem z uniwersum Mario.

Światy są zresztą bardzo zróżnicowane, więc jest do czego się uśmiechać.

Najlepiej w trybie handhelda, bo to właśnie taki typ gry. Przyjemnie zrobić sobie z trzy poziomy podczas jazdy tramwajem albo w łóżku tuż przed snem. Treasure Tracker często korzysta też z ekranu dotykowego, co jest bardzo wygodne w wariancie przenośnym. Jeśli gramy na telewizorze, za nasz palec do obracania platform itp. służy prawy joycon. To znośne rozwiązanie, ale nie równa się z wygodą opcji dotykowej.

No dobrze, ale czy jeśli ktoś grał w wersję z 2014, ma w ogóle czego szukać w wersji na Switcha? Nie. Zupełnie nie. Jasne, dostajemy cztery poziomy inspirowane Super Mario Odyssey, ale nie dość, że są one kosztem tych z Wii U inspirowanych Super Mario 3D World, to jeszcze łącznie przechodzi się je w jakieś 20 minut. To przyjemne światy trzymające poziom podstawki, ale na pewno nie są wystarczającym powodem do powrotu.

Ci natomiast, którzy z różnych względów przegapili Treasure Tracker na Wii U, a lubią gry logiczne z elementami platformowymi, nie powinni się za długo zastanawiać. Zapomniana perełka Wii U ma szansę wreszcie trafić do publiki, na jaką zasługuje. To pełna uroku gra, która tryska energią na każdym małym kroczku kapitana Toada. Zagadki są idealnie wyważone – tak, by nie przebiec przez wszystko bezmyślnie i jednocześnie nie zaciąć się na amen jak w jakimś The Witness. To ma być przyjemna, satysfakcjonująca przygoda, przyklejająca do twarzy szeroki uśmiech. Growy odpowiednik puchatego kocyka. Przykryjcie się po brodę.

Dołącz do dyskusji

Advertisement