To tylko torba, ale drugiej takiej nie znajdziesz. Thule Subterra Duffel – recenzja

Recenzja/Podróże 20.06.2018
To tylko torba, ale drugiej takiej nie znajdziesz. Thule Subterra Duffel – recenzja

To tylko torba, ale drugiej takiej nie znajdziesz. Thule Subterra Duffel – recenzja

Gdy trafiła do mnie torba Thule Subterra Duffel, nie miałem wielkich oczekiwań. Ot, torba. A jednak od ponad miesiąca zabieram ją na każdy krótszy i dłuższy wyjazd, i wiem, że będzie mi się z nią trudno rozstać, gdy producent poprosi o zwrot egzemplarza testowego.

Na wstępie krótka historia, żeby wyjaśnić, skąd w ogóle recenzja tak bardzo „nie technologicznej” torby na łamach Spider’s Web.

Otóż dosłownie kilka dni przed wyjazdem na premierę OnePlus 6 do Londynu zostałem bez walizki do bagażu podręcznego – moja własna prywatna uległa destrukcji. Napisałem więc do Thule z pytaniem, czy nie mają czegoś ciekawego na testy, co mógłbym przy okazji wyjazdu przetestować. Okazało się, że mają torbę. Taką zwykłą, bez bajerów, którą normalnie zbyłbym wzruszeniem ramion. No ale dobra, ja stałem przed potrzebą wyjazdową, tylko to było dostępne, więc myślę sobie „a co mi szkodzi”.

Prawdę mówiąc, gdy torba do mnie jechała, bałem się, że jej potencjalną recenzję będę mógł zamknąć w długości jednego tweeta. „Jaka jest torba, każdy widzi”. A jednak, pomimo teoretycznej prostoty, o Thule Subterra Duffel można sporo opowiedzieć. Tak, to tylko torba. Ale drugiej takiej nie znajdziecie.

Zacznę od tego, że Thule Subterra Duffel jest znacznie bardziej pojemna niż się wydaje.

Mój egzemplarz to wersja 45l, skrojona na miarę wymogów bagażu podręcznego większości linii lotniczych. W ofercie jest dostępna jeszcze większa wersja, 60l.

Torba z początku wydaje się… niezbyt pojemna. Fakt, mamy tu duży, wygodny otwór załadunkowy, więc zapakowanie wszystkiego to łatwizna, ale sądziłem, że do środka upchnę niewiele.

Tymczasem Thule Subterra Duffel ma trick w zanadrzu – wystarczy odczepić materiałowe szlufki z zaczepów i nagle miejsca w środku robi się znacznie więcej.

Tym sposobem jadąc do Londynu nie tylko zapakowałem tam ubrań na 3 dni i małą kosmetyczkę, ale też… torbę fotograficzną z lustrzanką, dwoma obiektywami i laptopem. Po zapakowaniu udało mi się nawet z powrotem dopiąć szlufki, by nie przekroczyć gabarytów bagażu podręcznego.

Odrobinę szkoda, że wnętrze Duffela jest takie typowo… duffelowe. Torby tego typu to zazwyczaj jedna, otwarta komora, do której wkładamy rzeczy bez ładu i składu. Tutaj mamy tylko jedną dodatkową, siatkowaną przegrodę (np. na kosmetyki).

Z zewnątrz jest jeszcze jedna, miękko wyściełana kieszonka na klucze i np. telefon (Kindle niestety się do niej nie mieści). I to tyle. Żałuję, że zabrakło tu choćby dodatkowej kieszeni z workiem na buty – wtedy torba nadawałaby się też idealnie na siłownię.

To jednak drobny minus. Grunt, że Thule Subterra Duffel 45l jest bardzo pojemny. I kapitalnie wykonany. Torby Thule to wzór jakości; wszystko – od materiału samej torby po paski i sprzączki – jest wykonane rewelacyjnie jak na torbę tego typu.

Muszę jednak obiektywnie przyznać, że Duffel po zapakowaniu jest diabelnie nieforemny. Po przewieszeniu przez ramię bezpowrotnie znika elegancja Thule, torba marszczy się i wygina pod dziwnymi kątami.

Nigdy nie jest jednak niewygodna. Ba, wprost przeciwnie – jest szalenie wygodna. Po części jest to zasługa właśnie tej „nieforemności”, bo torba może się dopasować kształtem do ciała i wypełniającej ją zawartości.

Druga część tego komfortu to oczywiście pasek. Jego ramię jest grubo wyściełane i nawet mając torbę na ramieniu przez kilka godzin nie czułem dyskomfortu.

Pasek zamontowany jest też nieco „na ukos”, przez co torba jeszcze lepiej układa się względem naszego ciała.

Nieco się bałem, że plastikowe karabińczyki nie wytrzymają udźwigu, ale wszystko wskazuje na to, że się myliłem. Po kilku tygodniach i wielu wojażach wyglądają jak nowe.

Tak samo jak zresztą cała torba – materiał, z którego jest wykonana, banalnie prosto się czyści, wystarczy wilgotna szmatka.

Na tym nie koniec zalet. Do głowy przychodzą mi jeszcze co najmniej dwa plusy Thule Subterra Duffel.

Pierwszy to magnetycznie złączane rączki. Materiałowe uchwyty same się ze sobą spajają, przez co bardzo wygodnie się chwyta torbę, gdy ta leży na ziemi. Niby drobiazg, ale szalenie użyteczny.

Drugi plus to gabaryty torby po złożeniu.

Wystarczy założyć materiałową szlufkę na zaczep po przeciwległej stronie i torba zgrabnie się zwija, zajmując naprawdę niewiele miejsca w szafie.

Jaka jest torba, każdy widzi.

Nie licząc braku większej liczby przegródek niewiele mogę tej torbie zarzucić. Aczkolwiek… muszę przyznać, że raczej nie poleciłbym jej nikomu w tym konkretnym kolorze. Przedziwny, czerwono-czarny gradient spodoba się raczej wyłącznie miłośnikom nowoczesnych, siatkowanych sneakersów i koszulek do kolan. Z elegancją niewiele ma on wspólnego. Na szczęście do wyboru są jeszcze dwie inne wersje kolorystyczne – czarna i niebieska – które wyglądają o niebo lepiej.

Dla wielu trudna do przełknięcia będzie też cena.

Thule Subterra Duffel 45l to wydatek rzędu 500 zł. Za kompletnie pozbawioną bajerów torbę, która – na pierwszy rzut oka – niczym się nie wyróżnia.

Na drugi rzut oka za to Duffel od Thule jest bardzo ciekawą propozycją. W tej cenie możemy już co prawda rozglądać się za skórzanymi duffel-bagami, ale jeśli komuś zależy na torbie, która zniesie trudy podróżowania, którą bardzo łatwo jest wyczyścić i doprowadzić do porządku – propozycja Szwedów zdecydowanie warta jest rozważenia.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji