Dwa nieoczywiste obiektywy, które warto mieć w swojej fotograficznej torbie

Felieton/Foto 29.06.2018
Dwa nieoczywiste obiektywy, które warto mieć w swojej fotograficznej torbie

Dwa nieoczywiste obiektywy, które warto mieć w swojej fotograficznej torbie

Przez ostatnie tygodnie w mojej torbie fotograficznej spoczywały dwa bardzo nieoczywiste obiektywy. Zdecydowanie dla tych fotografów, którzy cenią sobie narzędzia nie tyle uniwersalne, co unikatowe.

Myśląc o klasycznym zestawie do fotografii reportażowej/portretowej zazwyczaj mamy w głowach takie klasyki jak 24-70 mm f/2.8, 70-200 mm f/2.8, czy stałki o jasności f/1.4 – 24, 50 i 85 mm. Tymczasem ja miałem ostatnio możliwość wrzucenia do mojej torby dwóch szalenie ciekawych szkieł od Sigmy i chcę o tym opowiedzieć.

Zarówno Sigma 24-35 mm f/2.0, jak i Sigma 135 mm f/1.8 serii ART. są na rynku od dłuższego czasu (zwłaszcza ta pierwsza), więc nie będę tu powtarzał tego, co inni zdążyli już dziesiątki razy napisać w recenzjach i testach laboratoryjnych.

Od strony czysto technicznej są to dwa znakomite szkła, o doskonałej jakości wykonania, którym trudno cokolwiek zarzucić.

Ale jak jest od strony użytkowej? Czy takie nieoczywiste obiektywy, z nietypowymi zakresami ogniskowych mają rację bytu w pracy fotografa? O tym właśnie chcę napisać.

Sprawdzałem to przez ostatnie tygodnie robiąc zdjęcia zarówno w domowym studiu jak i na konferencji InfoShare 2018. W międzyczasie moja żona zrobiła nimi kilka sesji portretowych i ślubny reportaż. Używaliśmy obiektywów na bagnecie Nikona, w połączeniu z dwoma pełnoklatkowymi korpusami – D750 oraz D610.

Wnioski? To dwa bardzo specyficzne obiektywy do bardzo specyficznych zastosowań.

Sigma 24-35 mm f/2.0, czyli trzy stałki w jednym.

Tworząc ten konkretny obiektyw producent miał jeden cel – zastąpić za pomocą pojedynczego szkła trzy obiektywy stałoogniskowe, oferując zbliżoną do nich jasność i jakość optyczną.

Założenie było takie, że fotograf zamiast trzech obiektywów – 24 mm, 28 mm i 35 mm – będzie wrzucał do torby tylko jeden dodatek do aparatu. Co prawda taki o masie blisko kilograma (940 g) i potężnych gabarytach, ale… jeden.

Od strony optycznej Sigma dowiozła. Oczywiście przysłona rzędu f/2.0 to nie f/1.4 z najjaśniejszych stałek, lecz czy naprawdę na tych kątach widzenia korzystamy z tak płytkiej głębi ostrości? Raczej nie.

Najważniejsze jest to, że Sigma 24-35 mm f/2.0 to obiektyw gwarantujący ostrość nieodróżnialną od najlepszych stałek, przy minimalnej dystorsji na szerokim kącie. Jego jedynym grzechem jest momentami bardzo wyraźna aberracja chromatyczna, która potrafi dać się we znaki. Ale to tyle. Tym zoomem można naprawdę robić równie piękne zdjęcia, co obiektywami stałoogniskowymi.

Tylko co z tym dziwnym zakresem ogniskowych? Jeśli chodzi o sam „zasięg”, 24 mm i 35 mm to różnica… jednego kroku w przód lub w tył. Wiadomo jednak, że nie chodzi tutaj tylko o „zasięg”, lecz bardziej o perspektywę, jaką daje konkretna ogniskowa. I tutaj Sigma 24-35 mm f/2.0 naprawdę błyszczy swoją uniwersalnością.

Na 24 mm pozwala uzyskać przyjemnie szeroki kąt bez nadmiernych zniekształceń. Nie jest to pewnie satysfakcjonująco szeroki kąt dla fotografów przyrody, ale już do reportażu czy np. fotografii motoryzacyjnej – ideał. Pozwala uzyskać szeroki kąt, zachowując w miarę poprawne proporcje fotografowanego obiektu. Z przyjemnością używałem go też do fotografii produktowej.

28 mm to z kolei specyficzna perspektywa, której pewnie nigdy bym nie spróbował, fotografując wyłącznie stałkami. A jednak w odpowiednim zastosowaniu pozwala uzyskać bardzo ciekawe efekty i przez nieco węższy kąt niż 24 mm, jeszcze lepiej oddać naturalne proporcje.

35 mm zaś to fotograficzny standard. Uniwersalna ogniskowa, na której – na upartego – można ukręcić w zasadzie wszystko, od ujęć szerokich po portrety. Szczególnie upodobali ją sobie fotografowie uliczni, ale tu muszę niestety uprzedzić – Sigma 24-35 jest tak wielka i ciężka, że definitywnie nie polecam używać jej na „streecie”.

Te trzy unikalne perspektywy przy jasności f/2.0 z reguły dałyby nam tylko 3 osobne akcesoria. Tutaj dzieli je wyłącznie obrót pokrętła przybliżania na obiektywie.

Dodając do tego fakt, że obiektyw kosztuje niespełna 4000 zł, nie mam pytań. Za takie pieniądze nie ma szans kupić trzech, a nawet dwóch stałek porównywalnej jakości.

Przykładowe zdjęcia:

Sigma 135 mm f/1.8 to przedstawiciel zapomnianego segmentu.

Dziś portretowymi standardami wśród stałek są obiektywy 85 mm, względnie 105 mm o jasności f/1.4. Żaden z wiodących producentów nie odświeżał od lat obiektywów 135 mm f/2.0, które kiedyś były w powszechnym użyciu i do dziś są cenione przez wielu fotografów.

Sigma postanowiła jednak dodać ten wariant do swojego portfolio, dodatkowo podnosząc poprzeczkę konkurencji i zwiększając minimalny otwór przysłony z f/2.0 do f/1.8.

W połączeniu z tak długą ogniskową i wynikającą z niej kompresją tła, jasność f/1.8 daje nam efekty… cóż, niezbyt użyteczne prawdę mówiąc, bo po wycelowaniu w oko uszy, a nawet nos, przestają być ostre:

Nawet przy f/3.2 trudno uzyskać całościowo ostry „headshot”:

Sigma 135 mm f/1.8 znakomicie spisuje się za to w innym zastosowaniu – odcinaniu obiektów od tła. Znakomicie spisuje się w trakcie sesji rodzinnych, portretów, czy przy bardziej „artystycznych” ujęciach reportażowych.

Jakość optyczna obiektywu stoi na najwyższym poziomie. Zdjęcia nim zrobione są po prostu prześliczne, z nasyconymi kolorami, dobrym kontrastem i ostrością żyletki najlepszego barbera. Drobnym minusem jest podatność na flary w czasie fotografowania pod słońce.

Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie szybkość działania tego szkła. Wiele obiektywów portretowych ostrzy okrutnie wolno, tymczasem szybkość ostrzenia w Sigmie nie odbiegała od rasowych reporterskich zoomów.

Mimo tego nie mogę polecić Sigmy 135 mm f/1.8 do fotografii eventowej czy tym bardziej reporterskiej i wcale nie dlatego, że w takich zastosowaniach lepiej sprawdzają się zoomy.

Sigma 135 mm znacznie lepiej sprawdza się w bardziej statycznych zastosowaniach, jak właśnie fotografia portretowa, ślubne plenery, etc. Z dwóch powodów.

Pierwszy to masa i rozmiar. Ten obiektyw jest ogromny. Liczy sobie ponad 1100 g masy, czyli niewiele mniej, od przeciętnego 70-200 f/2.8. Podobnie jak 24-35 mm ma też ogromny element przedni i średnicę filtra wynoszącą 82 mm. To nie jest obiektyw, z którym wygodnie będzie biegać przez cały dzień na konferencji, albo zmieniać jedną ręką w trudnych warunkach.

Drugi powód to brak stabilizacji. Sigma ART 135 mm f/1.8 wymaga naprawdę, naprawdę pewnej ręki. To nie jest obiektyw, który poleciłbym komukolwiek na pierwszą „poważną” portretówkę, bo bez odpowiedniej wprawy odsetek spudłowanych i ruszonych zdjęć będzie ogromny.

Brak stabilizacji skutecznie wyklucza też ten obiektyw z jakichkolwiek zastosowań wideo, czego żałuję, bo wielki pierścień ostrości działa idealnie płynnie i można by było wyciągać nim prześliczne ujęcia. Jednak przy braku stabilizacji nawet najmniejsze poruszenie skutkuje drganiami obrazu, a przy tak potężnej kompresji tła – również wyjściem obiektu z pola ostrości.

We właściwym zastosowaniu Sigma ART 135 mm f/1.8 produkuje naprawdę cudowny obrazek. Kosztuje przy tym zauważalnie mniej od systemowych szkieł Canona czy Nikona – ok. 5500 zł.

Przykładowe zdjęcia:

To nie są obiektywy dla każdego.

Uczciwie przyznam, że ani w mojej torbie, ani w torbie żony te obiektywy nie zagrzałyby miejsca na dłużej. Pomimo znakomitej jakości optycznej brak im uniwersalności, na której nam, jak i wielu innym fotografom zależy bardziej, niż na minimalnej różnicy w finalnej jakości obrazka. Oczywiście, 24-35 mm jest na swój sposób „uniwersalny”, zastępując trzy obiektywy stałoogniskowe, ale ostatecznie dostępne ogniskowe są zbyt ograniczające, by nazwać to szkło prawdziwie uniwersalnym.

Z tego względu ani 135 mm ani 24-35 mm nie trafiły na listę zakupów, jak miało to miejsce z Sigmą 24-70 f/2.8, która już na siebie zarabia.

Nie znaczy to jednak, że nie polecam tych szkieł. Moje serce skradł szczególnie 24-35 mm f/2.0, którego z przyjemnością używałbym w fotografii motoryzacyjnej. To doskonały zakres ogniskowych do tego, żeby uzyskać niezaburzone proporcje wnętrza pojazdu (np. szerokie ujęcie deski rozdzielczej) jednocześnie mając pod ręką jasne 35 mm do ogólnych kadrów.

135 mm f/1.8 z kolei nie nadaje się dla moich trzęsących się dłoni, ale moja lepsza połówka potrafiła ukręcić na nim zawodowe portrety. Rozmycie tła przy tej ogniskowej jest też – w moim odczuciu – znacznie ciekawsze, niż w klasycznej osiemdziesiątce piątce, dodając zdjęciom unikalnego charakteru.

To chyba najlepsze podsumowanie i najważniejsza cecha wspólna obydwu szkieł – są wyjątkowe i dają rezultaty, jakie trudno byłoby osiągnąć innym sprzętem. Jeśli ponad uniwersalność cenisz sobie oryginalność, Sigmy 135 mm i 24-35 mm powinny trafić do twojego fotograficznego arsenału.

Dołącz do dyskusji