Przewóz osób z mobilną aplikacją po prostu nie spina się finansowo, jeśli nie jesteś taksówkarzem

Przewóz osób z mobilną aplikacją po prostu nie spina się finansowo, jeśli nie jesteś taksówkarzem

Przewóz osób z mobilną aplikacją po prostu nie spina się finansowo, jeśli nie jesteś taksówkarzem

Sytuacja sprzed paru dni. Czekam na stacji metra Marymont na samochód z popularnej, choć „nietaksówkarskiej” aplikacji do przewozu osób. Kilka metrów dalej tajniacy z kogutem na dachu trzepią samochód dwóch chłopaczków z Białegostoku. Kierowca o wdzięcznym imieniu Vladislav dostrzega ich i z piskiem opon odjeżdża ode mnie. Zamurowało mnie, to jest jednak inny poziom abstrakcji, gdy twój usługodawca na twoich oczach zaczyna uciekać na widok policji.

Znacie moje zdanie na ten temat. Początkowo fascynacja nowym standardem przewozu osób. Od paru lat, nieustające rozczarowanie spadającą jakością usług i masowym zatrudnianiem obcokrajowców, którzy nie radzą sobie w tym zawodzie. Trudne życie imigranta, które mnie z punktu widzenia usługobiorcy oczywiście kompletnie nie interesuje. Jednak zaczynam rozumieć skąd się to bierze – nie sposób oczekiwać wysokiej jakości pracy, gdy ta często oscyluje poniżej minimalnego wynagrodzenia. I to nie tylko w Polsce, o czym alarmował The Guardian. Jesteś kierowcą i chcesz pracować w przewozie? Zrób licencję taksówkarską, to inwestycja w siebie.

Mediana zarobków kierowców Uber i Lyft w Stanach Zjednoczonych wynosi ok. 8,5 dolara za godzinę pracy.

Potem przychodzą jeszcze podatki. Według Guardiana oznacza to, że większość przewoźników (54 proc.) pracuje poniżej płacy minimalnej, a czasem nawet traci na swojej pracy (8 proc.), którą w tym wypadku należałoby chyba nazwać po prostu tanim hobby. Warto jeszcze dodać, że pierwotne badanie wykazało, że mediana zarobków wynosi 3,4 dolara za godzinę, jednak wyniki badań poprawiły się pod wpływem… krytyki ich ze strony Ubera.

Z punktu widzenia kierowcy, który chce się trudnić przewozem osób, taksówka może zagwarantować więcej pieniędzy. Zwłaszcza, że nieoficjalni przewoźnicy z modnych aplikacji borykają się z coraz większą liczbą rozmaitych wymagań licencyjno-fiskalnych oraz kontroli ITD oraz policji, które kończą się karami idącymi w tysiące złotych, przez co pozostawanie w „szarej strefie” powoli odchodzi do lamusa i przestaje być opłacalne. Zresztą zastanówmy się… czy kiedykolwiek takie było?

Porównajmy te koszty z ofertą mytaxi.

Mytaxi również opiera się o aplikację mobilną i płatności bezgotówkowe, ale współpracuje tylko z licencjonowanymi taksówkarzami. Jest ona dla kierowców bardziej lukratywna, ponieważ za każdy kurs życzy sobie 3 złote (+VAT) prowizji oraz dodatkowe 5 proc., jeżeli płatność została dokonana za pośrednictwem aplikacji. Kierowcy otrzymują tygodniowe wypłaty obrotu i nie muszą płacić stałego abonamentu.

Nie dziwię się, że firma chce się reklamować z tego typu ofertą adresowaną do kierowców, ponieważ dobrze wypada na tle, nie tylko aplikacji oferujących przewozy w strefie budzącej prawne wątpliwości, ale i na tle tradycyjnych korporacji taksówkarskich. Otóż bycie zrzeszonym w korporacji może być… drogie. Mało który pasażer rozumie, dlaczego taksówki są droższe od tzw. „startupów” (przynoszących przy okazji ich właścicielom rekordowe straty, które wręcz zdaniem niektórych są skutkiem dumpingu cenowego) – a w to wszystko mamy wliczone podatki, licencje, ubezpieczenia czy prowizje korporacyjne.

Trochę popytałem, trochę poczytałem. Kierowcy w korporacjach, w zależności od miasta i konkretnej firmy, muszą miesięcznie oddawać od kilkuset do nawet 1500 zł stałej opłaty na rzecz swojej macierzystej korporacji. To dość duża suma, z której istnienia wielu pasażerów nie zdaje sobie sprawy.

W mytaxi możliwości techniczne przynoszą nam bardziej sprawiedliwy układ.

Nie płacimy z góry żadnych kwot (i samochód bez wyrzutów sumienia może cały Mundial przestać w garażu), a jedynie prowizje od tego, co naprawdę zarobimy. Oznacza to, że jeśli kierowca zachoruje lub weźmie sobie wolne nie poniesie żadnych dodatkowych kosztów. Zakładając, że średnia cena kursu wynosi 30 złotych i na niekorzyść tego rozwiązania przyjmując, że każdy płaci przez aplikację, to kierowca musi pośrednikowi z mytaxi oddać równowartość doli dla korporacji dopiero po 210 pewnych, wykonanych przez siebie kursach. Przyjąłem założenie, że taka dola zwyczajowo wynosi 1000 złotych, ale kierowcy z Warszawy mówią, że zwykle są jeszcze większe.

Moim zdaniem w dłuższej perspektywie taki wariant jest nie tylko bardziej opłacalny, ale i bardziej przyszłościowy. No bo, tak szczerze, kiedy ostatnio dzwoniliście po taksówkę z XX-wiecznej korporacji? Ja od lat zamawiam przez aplikacje, a jeśli możemy mieć pewność, że oprócz naszej wygody korzystania z aplikacji, kierowcy otrzymują sprawiedliwe zarobki, ten trend raczej będzie się nasilał.

* Tekst powstał we współpracy z marką mytaxi.

Dołącz do dyskusji

Advertisement