Scenariusz Far Cry 5 nie daje mi spokoju. Jakim cudem nikt nie zauważył zmilitaryzowanego państewka w środku Stanów

Artykuł/Gry 28.03.2018
Scenariusz Far Cry 5 nie daje mi spokoju. Jakim cudem nikt nie zauważył zmilitaryzowanego państewka w środku Stanów

Scenariusz Far Cry 5 nie daje mi spokoju. Jakim cudem nikt nie zauważył zmilitaryzowanego państewka w środku Stanów

Montana to 41. stan USA. Na prerii Wielkich Równin żyje ponad milion osób. Kraina pstrąga i niedźwiedzia Grizli cechuje się niską gęstością zaludnienia, ale to jeszcze nie powód, żeby zamieniać hrabstwo w odcięty od świata przyczułek religijnych fanatyków. Far Cry 5 przenosi akcję do Stanów Zjednoczonych. Od strony rozgrywki to świetny pomysł, ale z perspektywy tła narracyjnego nie trzyma się kupy.

Fikcyjne Hrabstwo Hope znajdujące się w prawdziwym stanie Montana to miejsce piękne i dzikie. Idylliczny obrazek kontrastuje z wojną, jaka ma miejsce na tych ziemiach. Przez lata (przynajmniej 10) formowała się tutaj religijna sekta o nazwie Bramy Edenu. Grupa znacząco rosła na sile, robiąc pranie mózgów okolicznym mieszkańcom. Z czasem religijni fanatycy mieli swoich ludzi nawet w lokalnej policji oraz samorządzie.

Jak każda sekta, również Bramy Edenu mamiły poczuciem wspólnoty.

Kusiły akceptacją. Rozwiązaniem problemów oraz szczęśliwym, wypełnionym uświęconą misją życiem. Formacja stała się na tyle silna i na tyle liczebna, że zaczęła przypominać paramilitarną grupę. W jej flocie pojawiły się samochody z zamontowanymi karabinami. Fanatycy zaczęli nosić przy sobie broń. Przejmować nieruchomości oraz straszyć opornych. Potem pojawiła się przemoc. Niechętni wobec sekty mieszkańcy hrabstwa byli nawracani siłą. Ci szczególnie oporni trafiali do specjalnych ośrodków, które niewiele różniły się od sal tortur.

Joseph Seed – lider oraz religijny przywódca Bram Edenu

Po przemocy i przymusie przyszedł czas na śmierć. Przeciwnicy wyznawców radykalnej religii zaczęli być publicznie mordowani. Ich ciała bezczeszczono, wieszając na budynkach użyteczności publicznej oraz przy drogach. Na ich ciałach wyszarpywano napisy w stylu „grzesznik“, „niewierny“ albo „ofiara“. Mord stał się głównym narzędziem utrzymywania porządku w hrabstwie. Przez Hope zaczęła płynąć rzeka krwi, której nie da się nie zauważyć.

W Far Cry 5 nie ma siły, która interweniuje z zewnątrz. Gwardia Narodowa śpi, a US Army dłubie w nosie.

Grę zaczynamy jako osoba z zewnątrz. Świeży kadet, który wraz z innymi federalnymi ma nakaz aresztowania przywódcy religijnej sekty. Dolatując helikopterem na miejsce okazuje się, że fanatycy mają swojego kreta w policyjnej centrali. Federalni giną lub są porywani, a centrala dba o to, aby żadna pomoc z zewnątrz nie pojawiła się na uświęconych ziemiach hrabstwa Hope. Wszystko to kompletnie nie trzyma się kupy.

Cechą rozpoznawczą serii Far Cry zawsze było dzikie, oddalone od cywilizacji miejsce akcji. Pogrążona wojną Afryka, dzika wyspa gdzieś na oceanie czy wysokie Himalaje to miejsca z dala od kamer, wzroku mediów i kodeksu karnego. Co innego Stany Zjednoczone. Liczyłem, że skoro Francuzi mają odwagę osadzić akcję Far Cry 5 w stanie Montana, będą to mieli bardzo solidnie opracowane od strony fabularnej. Tak się niestety nie dzieje. Fabuła jest szyta bardzo grubymi nićmi. Akcja gry ma miejsce na przestrzeni (przynajmniej) dwóch tygodni. Przez ten czas nie nadciąga żadna pomoc z zewnątrz.

Porwania, zastraszenia, pobicia i tortury to tylko wierzchołek góry lodowej

To w ogóle nie trzyma się kupy. Nie ma najmniejszego sensu.

Przyjmijmy, że kretowi w stanowej centrali policyjnej udaje się zatuszować nieudaną próbę aresztowania lidera sekty. Co jednak z samymi federalnymi? Czy ich zaginięcie na ponad dwa tygodnie nie jest podejrzane? Czy ich rodziny nie dopytują się, co się wydarzyło? Czy na policyjnym lądowisku nikt nie zauważył, że brakuje jednego helikoptera, który nigdy nie wrócił ze swojej misji? Czy nikt nie dopytuje o raporty federalnych, którzy byli na miejscu?

Policyjny kret, niezależnie jak dobry, nie jest w stanie zatuszować zniknięcia kilku funkcjonariuszy oraz helikoptera. Nawet kilka wysoko postawionych osób nie byłoby w stanie tego zrobić. Nie w dobie mediów społecznościowych, Internetu oraz komunikacji na odległość. Wystarczy, że rodziny zaginionych wspólnie poszłyby do telewizji albo redakcji gazety. Medialna machina zrobiłaby swoje. A jeżeli nie mogłaby wjechać do Hope, bo napotkałaby na uzbrojonych po zęby mężczyzn, to sprawa z miejsca stałaby się jeszcze głośniejsza.

Bramy Edenu to nie jedyna zmilitaryzowana frakcja w grze. Drugą jest ruch oporu Whitetail

Przyjrzyjmy się jak działają Bramy Edenu. Takiej organizacji nie da się nie zauważyć.

Formacja posiada przynajmniej kilkuset oddanych żołnierzy, każdy uzbrojony w pistolet maszynowy. Do tego dochodzi kilkadziesiąt opancerzonych pick-upów z zamontowanymi karabinami, kilkanaście bojowych helikopterów oraz kilkanaście przestarzałych myśliwców z karabinami. To tylko wierzchołek góry lodowej.

Zdjęcia satelitarne pokażą placówki militarne z drutem kolczastym, moździerzami, wieżami strażniczymi oraz klatkami. Z lotu ptaka widać wielkie place ćwiczebne, na których szkoli się fanatyków. Nadajniki radiowe oraz telewizyjne zostały przejęte oraz otoczone płotem. Na lotniskach i parkingach trwają prace serwisowe. Po ulicach krążą uzbrojone patrole w przemalowanych pojazdach. No i te zwłoki – nietrudno natknąć się na doły z kilkunastoma – kilkudziesięcioma ciałami, które nawet nie zostały zakopane. W Hope trwa zorganizowana, systematyczna eksterminacja.

Takie opancerzone pojazdy to w hrabstwie Hope normalny widok

Służby każdego kraju od razu wykryłyby formację działającą na taką skalę jak Bramy Edenu.

Co dopiero służby Stanów Zjednoczonych, które są nad wyraz liczne, bardzo dobrze finansowane i szczególnie wyczulone na zagrożenia terrorystyczne. FBI, CIA, NSA i komórki o istnieniu których nawet nie mamy pojęcia rozpracowałyby sektę szybciej, niż jesteś w stanie wygooglować kto aktualnie stoi na czele naszego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Przywódca fanatyków zostałby zabity przy pomocy drona, bezzałogowego samolotu bądź szturmu „na Bin Ladena“. Ewentualnie trafiłby mu się nad wyraz przykry wypadek drogowy albo wybuch gazu w domowej instalacji, by nie robić z niego męczennika.

Z moich wyliczeń wynika, że w hrabstwie Hope zginęło przynajmniej kilkaset niewinnych osób. Kilkaset zbirów zabiłem własnoręcznie. Skala przemocy, zakres użytych środków oraz obszar działania sekty – wszystko to jest na tyle wielkie, że czegoś takiego nie można skutecznie zataić. Zwłaszcza nie na ziemi Stanów Zjednoczonych.

Jasne, Montana cechuje się niską gęstością zaludnienia, ale opiera się na turystyce. Ludzie mają tutaj Internet, smartfony oraz zasięg telefonii komórkowej. W stanie pojawia się masa osób z zewnątrz. Prowadzone są badania, monitoruje się faunę i florę, prowadzi rejestry drzewostanu… Nie ma szans, aby lokalne ludobójstwo przeszło bez echa. Nie w świecie Internetu, satelitów oraz obiektywów w smartfonach.

Bramy Edenu wybudowały pomnik na szczycie góry. W ogóle nie rzuca się w oczy

Jasne, możecie napisać: Szymon, to tylko gra, co się czepiasz i szukasz dziur.

Nie mam nic przeciwko tak zwanej „filmowej logice“, czyli serii umownych zasad, dzięki którym seriale, kinowe hity oraz gry wideo są lepsze i bardziej efektowne. Wiecie, chodzi na przykład o dźwięki laserów i wybuchów w kosmosie, tego typu smaczki. Godzę się na to, dostając w zamian doświadczenie niezbyt realistyczne, ale ciekawe i przyjemne. Czym innym jest jednak dźwięk w filmowym kosmosie, a czym innym, gdyby główny bohater wychodzi w kosmiczną próżnię w samych slipach, bez kosmicznego skafandra. Należy odróżnić „filmową logikę“ od „filmowej głupoty“.

Założenia Far Cry 5 należą do tej drugiej kategorii. Sama gra jest jednak naprawdę przyjemna.

Dołącz do dyskusji

Advertisement