Coraz rzadziej naprawiamy elektronikę, wolimy kupić nową

Felieton/Technologie 28.03.2018
Coraz rzadziej naprawiamy elektronikę, wolimy kupić nową

Coraz rzadziej naprawiamy elektronikę, wolimy kupić nową

W ostatnich latach przynajmniej kilka razy czytałem, że młodzi wolą wyrzucać rzeczy, zamiast je naprawiać.

Tak naprawdę nie napisano tam wcale „młodzi”, a Millenialsi. Nie znoszę określenia Millenialsi, ponieważ z góry oznacza ono, że artykuł będzie o młodych osobach, które są w jakiś sposób społecznie upośledzone.

Nie mówię, że nie są, ale faktem jest, że media Millenialsom najlepszej wizytówki nie wystawiają. Przyszłość naszych emerytur wyrywa sobie włosy z głowy na widok rzekomo homofobicznych Przyjaciół, nie chce im się pracować, a jak już idą do pracy, to mają dłuższą listę wymagań, niż obowiązków, z szefowaniem swojemu szefowi włącznie.

No i Millenialsi też podobno coraz rzadziej naprawiają rzeczy, wymieniając popsute na nowe. Dotyczy to w takim samym stopniu smartfonów, jak i związków. W związku z tematyką Spider’s Web skupimy się na związkach.

To oczywiście żart. To znaczy: mógłbym i jakoś wcale nie byłoby to bardzo nie w moim stylu, moglibyście potem pisać w komentarzach, że tęsknicie do czasów, gdy Spider’s Web był o technologiach, a Kralka zaniża poziom nie tylko tego bloga, ale nawet całego internetu. Ale nie, dziś jednak o tym, że coraz rzadziej naprawiamy rzeczy.

Co zrobiłaby babcia?

Są dwie szkoły – falenicka i otwocka. Jedna z nich mówi, że wartością samą w sobie jest naprawianie. To moja babcia. Moja babcia ma w swoim typowo emeryckim mieszkaniu pamiątki pamiętające jeszcze II Wojnę Światową, poczet wszystkich papieży XX wieku z autografami i szklanki, z których piła herbatę podczas stanu wojennego (a była po tej właściwej stronie, więc to niestety nawet nie są to jakieś ładne i wartościowe szklanki). Starsi ludzie nie lubią zmian, próbowaliśmy jej nawet strzelić jakieś gustowne Pokolenie Ikea, ale nie reagowała przesadnym entuzjazmem. Babcia, gdy coś jej się popsuje, naprawia. Wzywa eksperta od naprawy radia, on kasuje za to 20 zł i radio śmiga jak nowe.

Przez lata próbowałem jej uświadomić, że komunizm się skończył. Że to nie jest tak, że przysługuje nam jedna kartka na meble raz na dwadzieścia lat. Że nie ma co chomikować tych rupieci z minionej epoki, że sklepy pękają w szwach.

Ale z babciami, jak to zwykle bywa, jest tak, że posiadają nieoczywistą mądrość, którą doceniamy po latach. Taki swoisty, geriatryczny efekt Krugera-Dunninga, gdy nagle z upływem lat okazuje się, że to nie zawsze były skażone demencją zabobony sprzed lat.

Naprawiać czy wyrzucać?

Raz jeden w życiu oddałem komputer do naprawy. Siadał wiatraczek, klawiatura, touchpad, port ładowania, zasilacz. Naprawa wyniosła 600 zł, trwała dwa tygodnie, ale było warto. Poczułem satysfakcję, jak gdybym dostał zupełnie nowy komputer, choć serwisowi oddawałem kompletnego śmiecia. Takie były fakty na temat jego użyteczności, ale też taki był mój emocjonalny stosunek do tego komputera. Popracowaliśmy razem jeszcze trzy lata, po czym znowu siadła polowa komponentów, a z tej historii płynie kilka morałów. Po pierwsze – dobrze, że Samsung wycofał się z produkcji laptopów. Po drugie – naprawianie może być fajne i być źródłem satysfakcji.

Wtedy powiedziałem sobie, że będę naprawiał częściej. Nie będę ukrywał, że kręci mnie oszczędność, a paradoksalnie im więcej zarabiam, tym kręci mnie bardziej. Oczywiście nie mylmy tego ze zwykłym skąpstwem, które często jest przejawem rażącej niegospodarności. Nic nie poprawia mi humoru bardziej, niż świadomość, że teraz za cztery numery telefonu płacę mniej, niż jeszcze dwa-trzy lata temu za jeden. I naprawianie rzeczy, jak się okazuje, bardzo tej oszczędności sprzyja.

Ale naprawianie też może być niegospodarnością.

Nie da się jednak ukryć, że nachalne naprawianie może być przejawem niegospodarności. Rynek elektroniki jest o tyle specyficzny, że postęp ma bardzo dynamiczny charakter. Widać to w szczególności w segmencie smartfonów. Urządzeń, które zarazem, ze względu na specyfikę używania, są najbardziej podatne na uszkodzenia.

Każdy miesiąc obecności smartfona na rynku to utrata jego wartości. Każdy miesiąc używania tego smartfona to kolejne czynniki obniżające jego wartość. A koszt naprawy stłuczonego wyświetlacza? Bywa na tyle poważny, że czasem porównywalny do zakupu nowego telefonu lub nawet urządzenia generację nowszą. Nie dziwi zatem, że młodzi czasem wyrzucają elektronikę, a inwestowanie w jej naprawę momentami może być zachowaniem niezbyt przedsiębiorczym.

Do śmietnika.

Być może ten postęp technologiczny, może pęd za posiadaniem nowości, świeżości, gospodarka nastawiona na konsumpcję, rozległe prawa konsumenta (za to przyzwyczaiły nas, że po dwóch latach od zakupu to już produkt w zasadzie powinien się popsuć), ale rzeczywiście przestaliśmy naprawiać rzeczy. I moim zdaniem powinniśmy, przynajmniej częściowo, tego się uczyć od nowa. Być może na komputerze, szafce nocnej albo urwanym kranie w łazience, wiele jednak wskazuje, że umiejętność naprawiania rzeczy może stać się dobra nie tylko dla naszego portfela, ale i relacji międzyludzkich.

Dołącz do dyskusji

Advertisement