Każdego dnia przez kilka minut myślę o tym, jak uniezależnić bloga od Google i Facebooka

Felieton/Media 16.01.2018
Każdego dnia przez kilka minut myślę o tym, jak uniezależnić bloga od Google i Facebooka

Każdego dnia przez kilka minut myślę o tym, jak uniezależnić bloga od Google i Facebooka

Opowiem wam jak wygląda moje ostatnie pół roku od strony zawodowej. Trochę pracuję jako prawnik, trochę jako Bezprawnik, mam też w związku z nim dużo obowiązków organizacyjnych, no i – oczywiście – czasem trochę pobloguję. Ale kiedy akurat nie robię powyższych, myślę o tym jak uniezależnić serwis od Google i Facebooka. 

Nie będę ukrywał, że te dwie potężne usługi internetowe, bo chyba tak pora zacząć o nich mówić, stanowią większość w statystykach Bezprawnika. Jak zresztą w statystykach większości serwisów internetowych na świecie. Tym niemniej, to nie jest powód do niepokoju – w tych realiach działania w sieci mamy bardzo zdrową strukturę ruchu.

Na 1 mln unikalnych użytkowników, który chyba uda nam się zdobyć w styczniu (yaaay – początkowo celowaliśmy dopiero w jesień!) mniej więcej 42 proc. ruchu przynosi nam Google – nie tylko wyszukiwarka, również agregatory tekstów w Kiosku, Google Now czy rekomendacje treści Chrome. 23 proc. to przekierowania z innych stron, w szczególności takich jak Spider’s Web, MSN, Squid, Wykop, fora dyskusyjne, komentarze na YouTube i inne. 18 proc. to media społecznościowe (i od razu doprecyzuję, że 17,9 proc. to Facebook). A pozostałe procenty to tak zwane wejścia bezpośrednie, czyli nasi najbardziej stali czytelnicy, którzy mają nas w zakładkach albo regularnie wpisują adres strony w przeglądarce.

Wejścia bezpośrednie

To dobra struktura ruchu na stronie. Jeśli nagle wybuchną serwery Facebooka, Google czy Spider’s Web, to Bezprawnik w najgorszym wypadku straci kawałek ruchu, ale go to nie zabije. W sieci jest wiele stron, które żyją niemal wyłącznie z Google lub – choć rzadziej – Facebooka. Dobrze prowadzimy serwis, który ma aktywną i zaangażowaną społeczność w mediach społecznościowych (koniecznie polajkujcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście), jest lubiany np. przez wykopowiczów (o co nie jest łatwo), a do tego Google uznaje go za wiarygodnego i dobrego dostawcę treści, które czasem poleca użytkownikom swoich aplikacji.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdybyśmy żyli w świecie idealnym, mielibyśmy 80 proc. wejść bezpośrednich na stronie. To najwierniejsi, najbardziej lojalni czytelnicy, którzy naprawdę lubią nasz serwis (lub „kochają go nienawidzić”, bo i tacy też pewnie są) i pamiętają, by regularnie na niego zaglądać co jakiś czas.

Google to swego rodzaju premia od dobrze wykonanej pracy przez naszych redaktorów, wydawców, ale i sztab techniczny, z nieocenionym Przemkiem Śmitem na czele. Dzięki temu jesteśmy w stanie wygrywać w rywalizacji polegającej na ściąganiu osób do artykułów najtrafniej odpowiadających na ich wątpliwości i pytania.

No i jest wreszcie Facebook. Obcy serwis, w który postanowiliśmy zainwestować nasz czas, energię, a nawet odrobinkę kapitału na reklamę strony. O ile z Google po prostu dostaje się ruch (stąd bawią mnie postulaty wydawców prasy w zachodniej Europie, którzy chcieliby jeszcze ściągać od wyszukiwarki za to pieniądze) w nagrodę za budowanie serwisu przydatnego googlującym, tak Facebook w dużej mierze jest inwestycją.

O ile gość z Google jest dziełem przypadku, tak gość z Facebooka już nie. W każdym razie – na pewno dziełem przypadku nie jest gość z Facebooka, który wszedł w link z naszego fanpage’a, który uprzednio zdecydował się polubić. Nie. To jest „nasz człowiek” na Facebooku, który kojarzy naszą markę i swoim czytelnym zachowaniem dał do zrozumienia, że nas lubi i chce dostawać jak najwięcej informacji na temat naszych artykułów.

Mało kto wie dzisiaj czym jest czytnik RSS. Dla nich właśnie taką alternatywą jest fanpage na Facebooku, który – w ich przekonaniu – „nie pozwoli im przegapić żadnego tekstu ze strony”. Jest to oczywiście bardzo złudne wrażenie i niestety obraca się przeciwko nam, wydawcom mediów internetowych.

Mark Zuckerberg nie chce zmieniać świata na lepsze

Kiedy Mark Zuckerberg coś tam plecie o nowych algorytmach Facebooka, dzięki którym zbliżymy się do znajomych, wydawca medium internetowego słyszy tylko jedno: znowu obetniemy ci bezpłatne zasięgi.

Kiedyś nie było czegoś takiego jak zasięgi. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to one pojawiły się dopiero w okolicy 2010/2011 roku. Nagle posty publikowane na fanpage’u przestały się pojawiać wszystkim 20 000 osób, które go polubiły. Tylko wybrańcom. Czasem 5000, czasem 10 000. Ale nie widzieli tego typu postów wszyscy zainteresowani “fani” (wtedy chyba jeszcze tak się nazywali) strony. Co jakiś czas liczby te się stopniowo zmniejszały, proporcjonalnie do 3000 i 6000 – oczywiście operuję fikcyjnymi liczbami, by nakreślić skalę – a teraz zapowiada się kolejna zmiana.

Oczywiście ubolewam nad tym nie tylko jako wydawca medium internetowego, któremu znowu obetną darmowy ruch z Facebooka (choć czy tak darmowy? Facebook dostał ode mnie parę przelewów za promowanie strony). Ubolewam też nad tym jako użytkownik tego serwisu, który akurat niespecjalnie interesuje się losami Brajanka, natomiast chciałby nadal śledzić tam najciekawsze media czy artystów. Teoretycznie nadal mam taką możliwość, jednak wymaga to z mojej strony dużej pracy i kombinowania z możliwościami Facebooka – odhaczaniem powiadomień, tworzeniem list zainteresowań…

Oczywiście zasięgi można podnieść, jednak jest to wydatek rzędu kilku do kilkunastu dolarów, a żeby tekst dotarł do wszystkich 24 000 fanów Bezprawnika (czyli osób, które generalnie chciały i zapisywały się do tego, by otrzymywać nowe informacje o naszych tekstach), na Facebooku musiałbym się liczyć z wydatkiem rzędu 300 dolarów na publikację.

Oczywiście mogę zacząć kręcić tutoriale o tym jak niczego nie przegapić na fanpage’u, ale jakoś nie spodziewam się, by to było super-efektywne.

Siedzę i myślę

Czy jako wydawca medium internetowego winię Marka Zuckerberga za to, że wykorzystuje swoją dominującą pozycję na rynku i chce zarabiać na tym, że daje mi ruch z wprawdzie naszych własnych fanów, ale jednak w jego serwisie? Nie – tak działa świat, ja znam regulamin jego prywatnego portalu.

Jestem trochę wkurzony jako użytkownik serwisu, ponieważ funkcja „Lubię to” z roku na rok coraz bardziej wytraca na znaczeniu. Ja przynajmniej wiem, czym jest RSS, choć przesadnie nie lubię z niego korzystać. Ale setki milionów ludzi na całym świecie traci właśnie jedyny “czytnik” ulubionych źródeł, jaki znali.

W każdym razie tak mi upływają ostatnie miesiące. Czasami, jak akurat w tle na Spotify odpali się jakaś lepsza muzyka, czuję się jak jakiś strateg, który właśnie zastanawia się co musi zrobić żeby zbudować potęgę Rzeczbezprawniczej. Nie jest to łatwe zadanie i sam nie wiem co zrobię, ale zmiany w algorytmach Facebooka (a wcześniej również wskazywane przeze mnie poczynania Google, np. ws. standardu AMP) każdego dnia dają mi do zrozumienia, że jako współwłaściciel i wydawca Bezprawnika w 2018 roku będę stawał na rzęsach, by podnieść liczbę wejść bezpośrednich – poprzez wpisanie adresu, ustawienie strony startowej (nasz programista obśmiał się jak norka, kiedy poprosiłem o odkopanie z 1995 roku przycisku “home button”) czy dodanie do zakładek przeglądarki. Mam kilka pomysłów, część z nich już wdrażamy, część kompletnie nie ma sensu (jak uczenie przeciętnego internauty korzystania z Feedly czy newsletter).

Już nie pierwszy raz przestrzegam na Spider’s Web, że za kilka lat możemy się obudzić w cyberpunkowym internecie, który jest zarządzany przez 3-4-5 korporacji. Każdego dnia myślę nad tym co zrobić, by tak się nie stało. I to powinno wejść do codziennej rutyny każdego wydawcy mediów internetowych na całym świecie.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement