Żegnajcie kable – wszystkie kable. Samsung Gear IconX – recenzja

Recenzja/Sprzęt 14.12.2017
Żegnajcie kable – wszystkie kable. Samsung Gear IconX – recenzja

Żegnajcie kable – wszystkie kable. Samsung Gear IconX – recenzja

Kable? Jakie kable? Te słuchawki nie mają żadnego i radzą sobie bez tego świetnie.

Fascynująco dwutorowo wygląda obecnie sytuacja na rynku słuchawek dla urządzeń mobilnych. Z jednej strony część klientów walczy o to, żeby w smartfonach zachowane zostało klasyczne złącze miniJack. Z drugiej strony producenci coraz chętniej tworzą słuchawki pozbawione kabli całkowicie. Do tego stopnia, że nawet nie naładujemy ich bezpośrednio za pomocą standardowego przewodu.

Kto wygra? Sam trzymam kciuki za tę drugą grupę. Do której zresztą zalicza się sprzęt, który dotarł do mnie na testy – najnowsza generacja słuchawek Samsung Gear IconX.

I tak, pomimo wysokiej ceny jest sporo powodów, dla których warto je kupić. Ale i niestety nadal nie jest to produkt idealny.

Dlaczego warto kupić tegoroczne Gear IconX?

Ze słuchawkami spędziłem w ciągu ostatnich tygodni dobrych kilkadziesiąt godzin, głównie podczas biegania. I kilka rzeczy w ich przypadku wyszło Samsungowi naprawdę dobrze.

Wygoda, wygoda, wygoda

Nie ma chyba nic ważniejszego w przypadku słuchawek sportowych, niż wygoda ich noszenia. Gear IconX zaplusowały u mnie już tym, że od razu po wyjęciu z pudełka pasowały do mojego ucha idealnie. Gdyby ktoś nie miał tyle szczęścia co ja, w opakowaniu znajdzie jeszcze dwa komplety nakładek, które powinny pozwolić na uzyskanie odpowiedniego dopasowania.

A podczas biegania – poezja. IconX układają się w uchu perfekcyjnie i nie próbują wypaść nawet podczas intensywniejszych sprintów. Dodając do tego ich masę (8 g na słuchawkę), mamy wrażenie, że muzyka dociera do naszych uszu w jakiś magiczny sposób – bez żadnych pośredników w postaci słuchawek. Na długie biegi – idealne. Trzeba tylko przywyknąć do tego, że są dość spore – ale w zamian nie uciskają ucha w żadnym innym miejscu.

Luźna uwaga: Na niektórych zdjęciach w tym tekście słuchawki założone są w sposób nie do końca prawidłowy – górna część słuchawki powinna chować się pod uchem.

Kablom śmierć.

Mogłoby się wydawać, że usunięcie kabla łączącego dwie słuchawki nie jest niczym wielkim i zbyt wiele nie zmienia. Błąd.

Usunięcie go zmienia wszystko. I jeśli chodzi o wygodę zakładania takich słuchawek, i ich użytkowanie, i wygodę noszenia np. w zimie pod czapką. Wszystko łatwo dopasować, łatwo założyć, a potem w trakcie aktywności nie mamy do czynienia z kablem obijającym się nam o kark przy każdym podskoku.

Telefon może zostać w domu. Całkowicie.

IconX są ciekawą propozycją dla osób, które lubią biegać, ale nie lubią taszczyć ze sobą telefonu. Przy czym opcje są dwie – lepsza i gorsza.

W moim przypadku, lepszym, zgrałem niezbędną mi muzykę (niestety do dyspozycji jest nieco poniżej 3,5 GB miejsca – przesyłanie z poziomu telefonu albo komputera) i na bieganie zabierałem tylko zegarek biegowy i słuchawki – niczego więcej nie potrzebowałem. Słuchawki grały, zegarek zliczał co trzeba.

Jeśli natomiast nie mamy zegarka, możemy podstawowe parametry wydobyć ze słuchawek, dzięki czemu są jedynym gadżetem, jaki będziemy musieli ze sobą zabrać.

Jako trener okazują się zaskakująco… wystarczające.

Wystarczające jest przy tym też maksymalną oceną, jaką można IconX wystawić, jeśli chodzi o funkcje sportowe. Słuchawki Samsunga są bowiem w stanie oszacować na podstawie naszej liczby (i zakładanej długości) kroków dystans, który przebyliśmy w trakcie treningu. Wszystko poza bieganiem i chodzeniem niestety więc odpada.

A jak jest w przypadku biegania? Trening możemy zacząć z poziomu słuchawek, aplikacji (choć wtedy czas na schowanie telefonu jest nieprzyjemnie krótki) albo zdać się na słuchawki, które po 10 minutach wzmożonej aktywności same zaczną rejestrację.

Na nadmiar parametrów biegowych oczywiście nie ma co liczyć – mamy dystans, czas, średnią i maksymalną prędkość, średnie i maksymalne tempo, a do tego kalorie. Ten ostatni parametr jest już wybitnie szacunkowy – tegoroczne IconX nie oferują pomiaru tętna, w związku z czym nie liczmy na przesadnie dokładne informacje.

Co ciekawe, nie jesteśmy przy tym ograniczeni wyłącznie do monitorowania naszych treningów – możemy je z pomocą GearX przeprowadzać. Wystarczy wcześniej wybrać lub utworzyć trening w Samsung Health, a następnie ustawić go jako domyślny dla naszych słuchawek. Niestety poziom komplikacji takich treningów jest mocno ograniczony – daleko tu do dowolności chociażby aplikacji Jabry. Brak pulsometru sprawia też, że jesteśmy ograniczeni wyłącznie do treningów na tempo.

Co nam da taka opcja treningu? Przede wszystkim aktywnego trenera głosowego, który poinformuje o dotychczasowych wynikach i przypomni, że trzeba przyspieszyć albo zwolnić. Od czasu do czasu rzuci też radą, jak poprawić nasze osiągi. W każdej chwili możemy też dotknąć słuchawek, żeby uzyskać informacje na temat aktualnych wyników, co prowadzi czasem do komicznych sytuacji, kiedy jedna słuchawka mówi jedno (aktualne rezultaty) a druga co innego (dane biegu np. co 1 km).

Nie jest to więc pełnoprawna alternatywa dla zegarka sportowego. Ba, nie do końca jest nawet alternatywą dla telefonu z aplikacją sportową i GPS. Ale kiedy w pewnym momencie uświadomicie sobie, jaką liczbą sprzętów obwieszacie się przed wyjściem na bieganie, perspektywa wyjścia z domu jedynie ze słuchawkami wyda się całkiem kusząca. Nawet kosztem masy biegowych parametrów.

I dokładności pomiarów. Ale o tym za chwilę.

Tak, można pobiec bez telefonu i zapisać trening.

Co ma sporo sensu. Idziemy na bieganie bez telefonu, włączamy trening z poziomu słuchawek, wracamy do domu, łączymy je z telefonem i przeglądamy wyniki.

W końcu można biegać bez ładowarki. Plus powerbank w standardzie.

Gear IconX nie są długodystansowcami, jeśli chodzi o czas pracy na jednym ładowaniu. Według producenta wytrzymają 7 godzin słuchania muzyki, jeśli odsłuchujemy ją z pamięci urządzenia albo 5 godzin, jeśli słuchamy muzyki z telefonu (gigantyczna poprawa względem poprzedniej generacji!).

Z moich testów wynikało, że można odjąć od tego wyniku kilkanaście minut przy intensywnym użytkowaniu albo nawet dodać (!) kilka, jeśli zmniejszymy głośność i niewiele się ruszamy. Czyli w porównaniu do moich sportowych Beatsów, które wytrzymują bite 10 godzin, raczej umiarkowanie dobry wynik.

Tyle że Samsung – podobnie jak Apple w AirPodsach – zmusza użytkownika do korzystania ze specjalnego etui, pełniącego zarówno rolę ładowarki, jak i powerbanka.

Niektórzy mogą narzekać, że jest niezbyt piękne, że jest stosunkowo duże, że nie wykonano go z jakichś super materiałów, ale żadna z tych rzeczy nie była mnie w stanie do korzystania z tego (różowego w moim przypadku) pudełeczka zniechęcić.

Po pierwsze, potrafi w pełni naładować akumulatory w obydwu słuchawkach (niestety tylko raz). Po drugie sprawia, że te nie walają się po całym domu i nie jesteśmy ich w stanie znaleźć (zdarza mi się często). Po trzecie, są świetnym, twardym pojemnikiem transportowym, którego często brak nawet w drogich słuchawkach.

Jedyne, co tak naprawdę nim przeszkadza to fakt, że nie można do niego wrzucić słuchawek od razu po treningu. Samsung w instrukcji wyraźnie uprzedza, że trzeba dokładnie oczyścić je i osuszyć przez zadokowaniem – w przeciwnym przypadku możemy uszkodzić styki do ładowania. Zresztą czyszczenie słuchawek przed włożeniem do pudełka wynika też ze zdrowego rozsądku – nie chcielibyśmy chyba, żeby pot gromadził się w zagłębieniach tego pojemnika, który nie wygląda na przesadnie łatwy w czyszczeniu. Oj, nie chcielibyśmy.

Do tego szybkie ładowanie.

Te dwie małe diody informują nas o ładowaniu i stanie naładowanie każdej ze słuchawek.

10 minut w pojemniku wystarczy, żeby zyskać około godziny (w moim przypadku trochę mniej) słuchania. Absolutnie obowiązkowy dodatek do słuchawek sportowych.

Z drugiej strony, słuchawek nie naładujemy inaczej niż etui, więc jeśli o nim zapomnimy, mamy dwa małe, różowe (w moim przypadku) przyciski do papieru. Ale i trudno zapomnieć o tym pojemniku.

Wyciszanie tła

Jeśli chcemy, możemy korzystać tylko z jednej ze słuchawek. Także do treningu.

A właściwie zupełnie odwrotnie – nagłaśnianie tła. Gear IconX bardzo dobrze radzą sobie z izolowaniem nas od świata zewnętrznego (choć bez aktywnej redukcji szumów), a gdy podkręcimy głośność, nie słyszymy prawie nic poza muzyką.

Wystarczy jednak zmiana jednej opcji (w telefonie lub z poziomu słuchawek) i już – dźwięki dochodzące z zewnątrz dopuszczane są do naszych uszu. Pogarsza to wprawdzie doznania muzyczne, ale jeśli ktoś biega w np. po parku, gdzie jeździ sporo rowerów, to taka funkcja może uchronić przed nieprzyjemnymi sytuacjami. Z drugiej strony, jeśli ktoś biega na bieżni, nie musi godzić się z niedostateczną izolacją od hałasu. Dobry pomysł.

Przy okazji, jeśli ktoś będzie korzystał często z tej opcji, polecam przesunięcie jej na szczyt listy opcji wywoływanych długim przytrzymaniem powierzchni dotykowej. W przeciwnym razie będziemy musieli naprawdę długo biec z palcem przyciśniętym do ucha.

Szkoda natomiast, że nie pomyślano o opcji regulacji poziomu zewnętrznego hałasu – czasem jest go po prostu zbyt dużo. Szczególnie przy mocno wietrznej pogodzie.

Automatyczne włączanie

Wyciągasz słuchawki z pojemnika, wkładasz do ucha i co musisz dalej zrobić, żeby połączyć je z telefonem?

Nic. IconX samodzielnie uruchamiają się, łączą ze sparowanym wcześniej urządzeniem mobilnym i to tyle. Pojedyncze tapnięcie i już słuchamy naszej ulubionej muzyki.

A co jest z Gear IconX nie tak?

Cóż, niestety jest tego trochę. Choć trzeba przyznać – nie są to zbyt wielkie dramaty.

Co zrobić ze słuchawkami po bieganiu?

Jedna z niewielu wad braku kabla. Kończę bieg, wyłączam muzykę, idę jeszcze kilkaset metrów do domu i… nie wiem, co zrobić ze słuchawkami. Zwykłe po prostu zawieszam sobie na karku. Te mogę albo zostawić w uszach, albo wrzucić do kieszeni, ale tyle razy wyprałem już tak przechowywane słuchawki, że staram się tego unikać.

Zostaje mi więc zostawić je w uszach albo nieść w ręce, bo z pudełkiem przecież biegać nie będę. Co najgorsze – wyjęcie ich z uszu wcale nie oznacza, że samodzielnie się wyłączą. Będą żyć i marnować energię, dopóki nie zadokuję ich w etui. Nie da się ich też ręcznie wyłączyć.

Przyciski, ech, przyciski.

Nieprawidłowe założenie słuchawek na tym zdjęciu nie zmienia faktu, że w rękawiczkach będzie kiepsko.

IconX nie ma ich w ogóle. Zamiast tego oferuje nam pola dotykowe (na obu słuchawkach), na których seriami dotknięć lub gestów obsługujemy większość funkcji słuchawek.

I w teorii nie ma z tym większych problemów, pomysł jest ciekawy i nowoczesny. Ale w praktyce jest… różnie, szczególnie w zimie.

Rękawiczki? Żadne z tych, które mam, nie potrafiły dogadać się z IconX (mimo że z niektórymi telefonami działają). Czapka? Jest super, bo IconX mieszczą się pod nią bez trudu i nie przeszkadzają przy takim bieganiu, ale… jak je obsłużyć? Nie bardzo się da.

Przy lepszej pogodzie albo przy bieganiu na bieżni te problemy znikają, ale pojawiają się inne. Przesuwanie palcem po panelu dotykowym, żeby zmienić głośność brzmi fajnie, ale zróbcie to w czasie mocniejszego biegu albo podskakiwania na bieżni. Niektóre akcje wymagają też dłuższego przytrzymania pola dotykowego. Nie dość, że wygląda to śmiesznie (w trakcie trzymania opcje są odczytywane na głos i aktywowane w momencie puszczenia przycisku – czasem trzeba się natrzymać), to jeszcze nie jest to przesadnie wygodne.

IconX pod czapką? Żaden problem, jest bardzo wygodnie. Tylko jak je wtedy obsłużyć?

Owszem, żaden z tych problemów nie jest dokuczliwy podczas użytkowania pozasportowego, a i podczas uprawnia sportu często nie musimy tych wszystkich trudno dostępnych ustawień zmieniać. Ale jednak podczas testów czasem tęskniłem za tym obijającym mi się o kark kablem. Może i niezbyt wygodnym, ale za to z dedykowanym pilotem i przyciskami…

Dokładność pomiarów… cóż.

Krótki bieg na bieżni. Pierwszy kilometr 10 km/h, kolejne do czwartego +0,5 km/h, ostatni znów 10 km/h. Dystans według bieżni: 5,17 km. Spora rozbieżność.

To nie są – jeśli chodzi o funkcje treningowe i monitorowania aktywności – słuchawki dla osób, które biegają sporo i chcą mieć dokładny zapis tych wszystkich biegów. To raczej słuchawki dla tych, którzy dopiero zaczynają albo nie obchodzi ich, czy sprzęt dobrze zliczy dystans – liczy się, że będą mieli zapisane, że np. wczoraj biegali.

Wyniki z Gear IconX odnośnie dystansu są bowiem dość… umiarkowanie dobre. Zdarzały mi się biegi, głównie spokojne, jednostajnym tempem, kiedy IconX na zakończenie treningu pokazywał dystans podobny do tego, jaki pokazywał zegarek z GPS albo bieżnia. Przy czym jako podobny rozumiem nieścisłość w okolicach 100-300 m przy długości biegu 10 km.

Z drugiej strony, zdarzało się, że IconX przy bardziej skomplikowanych biegach gubił się całkowicie i pokazywał dystans dłuższy nawet i o 1 km (co ciekawe, rzadziej były wartości niższe niż z zegarka).

Ten sam bieg, ale z opaską Garmina i wprowadzoną ręcznie długością kroku. Również błędny wyniki, ale bliższy prawdy.

Czy jest to zaskoczenie albo duża wada? Niekoniecznie. Nawet opaski sportowe uznanych producentów (np. Garmin) bez GPS robią bardzo podobne błędy. Czasem można im samemu zadać długość kroku (Garmin), a czasem sprzęt sam uczy się jej na podstawie biegów z podłączonym telefonem (Apple Watch), ale na perfekcyjne wyniki i tak nie powinniśmy liczyć.

Bonusowy punkt dla Samsunga: wykres prędkości z kroków w Samsung Health jest ładnie wygładzony i czytelny. Natomiast np. Garmin robi z tego kompletną, nieczytelną sieczkę. Do tego przy liczniku w słuchawkach nie musimy martwić się, że na bieżni zgubimy kilometry np. podczas trzymania się uchwytów albo sięgania po butelkę z napojem.

Widziałem już ciekawsze połączenia.

Jak chociażby w przypadku słuchawek Jabra Sport Pulse. Tak, miały kabelek (nowsza wersja już go nie ma). Tak, nie potrafiły przechowywać muzyki, ale jeśli ktoś szukał trenera w słuchawkach, to wyglądało to o wiele lepiej. Całkiem dokładny pomiar tętna ze słuchawek, lokalizacja z GPS telefonu, a wszystko w miarę zgrabnie połączone i przekazywane użytkownikowi.

Samsung natomiast w tej generacji zrezygnował z wbudowanego pulsometru, na rzecz lepszego czasu na jednym ładowaniu. Zachował jednak funkcje sportowe, ale mam wrażenie, że tak trochę bez przekonania.

Kto dziś ma jeszcze muzykę w MP3?

Albo w M4A, AAC, WAV, WMA (WMA v9) – bo takie formaty obsługują słuchawki Samsunga.

To było jedno z największych wyzwań przy okazji testów IconX. Musiałem odkopać swoje zbiory muzyki, żeby mieć co zgrać na słuchawki Samsunga.

Niestety nie można z nich korzystać w trybie offline z żadnym serwisem muzycznym. Żadne Spotify, żadne Apple Music, żaden Tidal. Co w obecnych czasach może być pewnym utrudnieniem.

Wysyłanie muzyki przez Bluetooth

Dobrze, że jest, ale jest powolne (zrozumiałe), możemy wysyłać tylko jeden plik jednocześnie (już trochę mniej zrozumiałe) i jest raczej opcją ratunkową.

Wodoodporność?

Samsung w żadnym miejscu nie wspomina o wodoodporności swoich słuchawek, ale… na szczęście zdarzyło się kilka deszczowych dni i kilka potliwych biegów, a IconX jak działały, tak działają dalej.

Ale raczej do pływania nie będą się nadawać.

Osobny temat – jakość dźwięku

Ten element trudno bowiem uznać za minus, ale i trudno uznać za wybitny plus.

Gear IconX grają bowiem po prostu dobrze, może nawet bardzo dobrze, ale bez rewelacji. Korzystając z nich cały czas mamy świadomość, że spora część ich ceny wynika z dodatków, a nie samej jakości dźwięku.

Oczywiście są rzeczy, za które można je pochwalić i w tym aspekcie. Głośność jest całkowicie satysfakcjonująca, a izolacja od otoczenia stoi na bardzo wysokim poziomie. Dźwięki, które do nas docierają, niezależnie od gatunku muzyki, którego słuchamy, też są przeważnie przyjemne, nawet jeśli czasem wydają się odrobinę zbyt sztuczne.

Ale nie ma tutaj np. szczegółowości, która pozwoliłaby nam usłyszeć akcenty, których nie słyszeliśmy na innych sprzętach z tej samej półki cenowej (albo nawet odrobinę niższej). IconX nie idą też w drugą stronę, przykrywając wszystko potężnym basem – ten jest dla mnie nawet odrobinę zbyt słaby, jak na typowo sportowe słuchawki (ale ja akurat szukam w nich głównie tego).

Jeśli więc ktoś szuka po prostu dobrej lub bardzo dobrej jakości dźwięku na czas treningu – nie powinien być rozczarowany. To samo zresztą tyczy się rozmów prowadzonych za pośrednictwem tego sprzętu.

Kupować czy nie?

Mam bardzo mieszane uczucia. Dużo łatwiej byłoby zarekomendować te słuchawki, gdyby… były tylko słuchawkami, a do tego były odrobinę tańsze.

Jeśli bowiem spojrzeć na niego jak na standardowe słuchawki, to perspektywa ich zakupu wydaje się bardzo kusząca. Grają dobrze, świetnie izolują od tła, są fenomenalnie wygodne i prawdziwie bezprzewodowe, potrafią grać nawet bez telefonu, wytrzymają 5 lub 7 godzin bez ładowania, oferują opcję zmniejszenia izolacji, a do tego mają własnego powerbanka z opcją szybkiego ładowania. Bardzo dobry zestaw.

Z drugiej strony udają, że są słuchawkami z funkcjami treningowymi, jednocześnie funkcje treningowe spełniając w bardzo ograniczonym zakresie. Pewne problemy w trakcie aktywności może też sprawiać dotykowe sterowanie (szczególnie w zimie), a cena (około 900 zł) jest, cóż, po prostu wysoka.

Na rynku jednak wciąż mało jest podobnych do IconX konstrukcji. A jeśli już są, to albo są wyraźnie droższe, albo np. nie oferują wbudowanej pamięci (a to spory plus!), albo nie mają sprytnych dodatków od Samsunga.

I choć trudno mi z czystym sumieniem polecić słuchawki za 900 zł, które nie są idealne, to – zwłaszcza jeśli macie smartfon z Androidem – wyboru w tym segmencie po prostu wielkiego mieć nie będziecie. A Gear IconX nie powinny was rozczarować.

Dołącz do dyskusji

Advertisement