Mówili, żeby nie kupować Beatsów. Cóż, nie mieli racji. Beats Powerbeats3 – recenzja Spider’s Web

Recenzja/RTV 10.07.2017
Mówili, żeby nie kupować Beatsów. Cóż, nie mieli racji. Beats Powerbeats3 – recenzja Spider’s Web

Mówili, żeby nie kupować Beatsów. Cóż, nie mieli racji. Beats Powerbeats3 – recenzja Spider’s Web

Żeby czytelnik był zadowolony, o Beatsach należy pisać źle albo nie pisać w ogóle. Przykro mi, ale nie zrobię ani jednego, ani tym bardziej drugiego.

Dlaczego? Bo wbrew opiniom dryfującym po polskim internecie, przy wymianie słuchawek (spowodowanej… wypraniem w pralce poprzednich) zdecydowałem się zaryzykować. Po krótkiej analizie zamówiłem Powebeatsy3 i napiszę to od razu – żadną rzeczą, która zdecydowała o teoretycznym wyborze, nie rozczarowałem się w praktyce. Co nie znaczy, że kilka rzeczy nie zawiodło.

O jakie rzeczy chodziło?

Super: wygoda!

Od razu doprecyzuję – nie szukałem słuchawek ani trochę uniwersalnych. Szukałem bezprzewodowych słuchawek nadających się tylko i wyłącznie do biegania, jazdy na rowerze i podobnych. A jakie powinny być słuchawki do ćwiczeń?

Wygodne. I dokładnie takie są Powerbeats3 – wygodne aż do przesady. Z dopasowaniem ich do swoich potrzeb większość osób nie powinna mieć żadnego problemu. Elastyczny pałąk dobrze pasuje do ucha, natomiast gumowych końcówek mamy w zestawie cztery – każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Kabel zarzucany na kark również możemy regulować – odpowiednia złączka jest od początku na niego założona.

Wygoda nie kończy się jednak na statycznym użytkowaniu – nawet w trakcie intensywniejszego biegu Powerbeatsy3 trzymają się idealnie swojego miejsca i nie odwracają uwagi od treningu. Ba, mimo swoich sporych rozmiarów są na tyle lekkie, że w zasadzie nawet nie myślimy o tym, że mamy je na sobie – po prostu cieszymy się muzyką.

Dodatkowy plus: mimo że słuchawki są ponadprzeciętnie lekkie, w ogóle nie wydają się być tandetne. Wręcz przeciwnie – jakość wykonania stoi na naprawdę wysokim poziomie.

Jedyne dwie uwagi? Po pierwsze, z racji konstrukcji noszenie ich jednocześnie z okularami nie jest najwygodniejsze. Po drugie, płaski kabel wprawdzie nie plącze się w transporcie, ale za to lubi kleić się do spoconej szyi – cienki, okrągły w przekroju przewód spisywał się u mnie lepiej.

Super: akumulator…

Jeden z głównych powodów, dla których kupiłem te słuchawki. Producent deklaruje imponujące 12 godzin pracy na jednym ładowaniu i… nie kłamie, a przynajmniej jest bardzo bliski prawdy.

Nawet przy maksymalnym poziomie głośności 10 godzin jest wynikiem bardziej niż prawdopodobnym. Co oznacza, że przy 4-5 godzinach ćwiczeń tygodniowo Powerbeatsy3 będę musiał ładować średnio raz… na dwa tygodnie.

Dlaczego to takie istotne? Nie, nie biegam ultramaratonów, przeważnie wychodzę pobiegać na godzinę, może dwie. Ale nie chciałem sobie dokładać kolejnego sprzętu do codziennego ładowania.

Super: … i szybkie ładowanie.

Doskonale pamiętam, ile razy musiałem czekać z wyjściem z domu, bo zapomniałem wcześniej naładować słuchawek. Albo jeszcze gorzej – kiedy rozładowały mi się w trakcie biegania i przez kilkadziesiąt minut musiałem słuchać wyłącznie swojego sapania.

Tutaj tego problemu nie mam – jeśli poziom naładowania jest naprawdę niski, 5 minut na kablu wystarczy, żeby zapewnić około godziny słuchania. I to naprawdę działa.

Pełne ładowanie? Około 2 godzin. Raz na tydzień albo i dwa.

Tylko dlaczego, do diabła, ładowanie jest realizowane z kabla microUSB? I dlaczego ten dołączony do zestawu ma jakieś 3 cm długości? I na dodatek jest czarny. Do białych słuchawek!

Jak tak można!

Super: są wodoodporne – sprawdziłem.

Czy chodzi o ulewny deszcz, czy o strugi potu – Powerbeatsy3 nie miały z tym u mnie żadnego problemu.

Pływać bym z nimi wprawdzie nie poszedł, a i odsłonięte gniazdo ładowania (?!) trochę przeraża, ale zdecydowanie nie musimy się martwić o nie w trakcie treningu – niezależnie od tego, jak prezentuje się sytuacja na zewnątrz.

Super: nie tylko bas. Oj, nie tylko.

Utarło się, że Beatsy to tylko bas, a cała reszta jest zupełnie do bani. W tym przypadku niestety (?) tak nie jest.

Od razu może zaznaczę jedno: jakość dźwięku z tych słuchawek nie jest wyjątkowa, niesamowita, urywająca głowę. Jest dobra, może nawet dobra ze sporym plusem. Ale żadnych doznań audiofilskich nie zapewni. Na szczęście ani trochę tego nie szukałem – Powerbeatsy miały skutecznie odtwarzać podczas biegania miałki pop z serwisów streamingowych.

I w tej roli spisują się naprawdę dobrze. Basu jest sporo, ale… nie przytłacza on przesadnie. Nawet przy najwyższych poziomach głośności dźwięk nie jest przesterowany czy zniekształcony. Jest dokładnie taki, jaki powinien być w trakcie treningu – energetyczny, mocny, ale jednocześnie klarowny. Nawet jeśli odrobinę podkolorowany.

Mała uwaga: warto potestować różne końcówki znajdujące się w zestawie, tak, aby dobrać te najlepiej pasujące do naszych uszu. Na tych założonych domyślnie, mimo że były całkiem wygodne, słuchawki nie leżały idealnie, przez co dźwięk był nieco przytłumiony.

Super: zasięg.

Oczywiście trzeba wspomnieć o tym, że Powerbeats3 wyposażono w chip W1, a jego największą zaletą jest niesamowicie prosty proces parowania. Tyle tylko, że dla mnie to zaleta nieco przereklamowana – po pierwszym parowaniu łączenie odbywa się już identycznie jak w zwykłych słuchawkach Bluetooth, natomiast fakt, że są to dla mnie wyłącznie słuchawki do biegania powoduje, że wygoda podłączania tych słuchawek np. do MacBooka czy Maca Mini nie jest dla mnie żadnym plusem.

Plusem jest natomiast fenomenalny zasięg Bluetooth. Przy bieganiu nie ma to znaczenia, ale przy ćwiczeniach stacjonarnych – już tak. Mogę bez problemu puścić muzykę z telefonu w jednym pomieszczeniu i iść ćwiczyć do drugiego. Dla porównania, stacjonarne radio/głośnik, w takim układzie… zrywa już całkowicie połączenie.

PS. Słuchawki działają też z innymi sprzętami niż z iOS/macOS. Parowanie przebiega wtedy absolutnie standardowo.

Super: mikrofon i rozmowy.

– Jak mnie słychać?

– Lepiej, niż jak rozmawiasz ze mną przez telefon.

To autentyczna rozmowa, którą przeprowadziłem przez Beatsy w trakcie biegania. Wbudowany w pilota mikrofon dobrze zbiera nasze wypowiedzi, natomiast głos rozmówcy jest wręcz świetnej jakości.

Przy okazji – sam pilot budzi we mnie mieszane uczucia. Niby łatwo go zlokalizować bez patrzenia, ale klik przycisków (zwłaszcza centralnego) jest trochę słabo wyczuwalny. Wyczuwam problemy przy bieganiu w rękawiczkach.

Czyli… grają dobrze, bez ładowania obejdą się naprawdę długo, nosi się je świetnie w trakcie ćwiczeń, banalnie się je łączy, mają świetny zasięg. Co w takim razie poszło nie tak?

Nie super: cena.

W niektórych sklepach, chociażby w oficjalnym sklepie Apple’a, Powerbeats3 sprzedawane są za niemal 900 zł (!). Na szczęście część sklepów oferuje je taniej – za około 650 zł. Gdyby nie to, tej recenzji nigdy by nie było, bo… nie potrafiłbym nawet przed sobą usprawiedliwić wydatku 900 zł na takie słuchawki.

Za 650 zł… cóż, tu już jesteśmy dużo bliżej tego, co te słuchawki są faktycznie, jako całość, warte.

Nie super: izolacja.

Nie tak dawno testowałem słuchawki Jabry, które absolutnie rozpieściły mnie poziomem izolacji od otoczenia. Nie było tu żadnych kosmicznych rozwiązań – po prostu specjalna pianka tak wypełniała uszy, że nie słyszeliśmy absolutnie niczego, poza odtwarzaną przez nas muzyką.

Powerbeatsom daleko do tego poziomu. Szczególnie dotkliwe jest to podczas jazdy na rowerze (po ścieżkach rowerowych albo po lasach!), przy mocnym wietrze – przyjemność słuchania muzyki potrafi wtedy zakłócić mocny świst.

Tragicznie oczywiście nie jest, ale… mogłoby być lepiej.

Nie super: pokrowiec.

Jeśli zerknąć na cenę słuchawek i pieczołowitość, z jaką przygotowano ich opakowanie, to dołączony do zestawu pokrowiec transportowy jest wręcz żałosny.

Nie wiem, w jaki sposób tandetnawe, gumowe pudełeczko miałoby chronić słuchawki w podróży przed czymkolwiek. Chyba że to cokolwiek bałoby się dużego znaczka Beats na froncie. Może taki był zamysł…

Nie super: myślałem, że będą głośniejsze.

To w sumie moje jedyne zastrzeżenie odnośnie dźwięków płynących z tych słuchawek. Maksymalny poziom głośności jest po prostu zbyt niski.

Być może większości osób nie będzie to przeszkadzać, ale ja lubię, kiedy hałas w uszach nie pozwala mi skupić się na tym, jak bardzo jestem zmęczony bieganiem.

Nie super: skąd to opóźnienie?

Wszystkie słuchawki, jakie miałem do tej pory, wydają z siebie dźwięk natychmiast po włączeniu. Powerbeats3 natomiast… czekają jeszcze kilka sekund. Czy to celowe, czy po prostu uruchamiają się dłużej niż zwykle – denerwuje okrutnie.

Przy okazji – przycisk zasilania zlokalizowany jest nie na pilocie, a na słuchawkach i… jest w zasadzie zupełnie niewyczuwalny pod palcem, a skok ma minimalny. Ponownie – w rękawiczkach będzie bardzo, bardzo słabo w tej kwestii. A w połączeniu z opóźnionym dźwiękiem uruchomienia, przed zimowym bieganiem przewiduję kilka brzydkich słów.

To co – zadowolony? Kupować?

Zadowolony z zakupu? Zdecydowanie. W Powerbeatsach3 biega się wybornie (niestety – wcale nie szybciej…), praktycznie w ogóle nie trzeba ich ładować (a jeśli już – starczy szybkie ładowanie), jakość dźwięku jest całkowicie wystarczająca, a do tego nie muszę się martwić o warunki pogodowe.

Tyle tylko, że nawet w cenie 650 zł… trudno jest mi je jednoznacznie polecić jako słuchawki do wszystkiego, Jako dedykowane do ćwiczeń, kiedy budżet nie ma znaczenia – jak najbardziej.

Bez wątpienia jednak są na rynku słuchawki, które grają lepiej i kosztują nawet mniej. Są też pewnie wygodniejsze słuchawki do biegania, choć ja akurat nie miałem z nimi styczności. Może też dla niektórych 12 godzin bez ładowania to żadna wartość dodana. Mało które słuchawki jednak łączą te wszystkie zalety w jedną, atrakcyjną całość, ale… nadal jest bardzo drogo.

I to drogo do tego stopnia, że można się zacząć zastanawiać, czy nie lepiej kupić “zwykłe” bezprzewodowe słuchawki do biegania za 200-300 zł, a do tego dokupić coś bardziej uniwersalnego dźwiękowo do słuchania muzyki w domu albo w trakcie spacerów.

Cóż, tutaj wybór należy już do każdego kupującego.

Dołącz do dyskusji