Zmieniłem iPhone’a SE na X i mam jeden wniosek – iPhone SE to wciąż genialny sprzęt

Felieton/Sprzęt 05.12.2017
Zmieniłem iPhone’a SE na X i mam jeden wniosek – iPhone SE to wciąż genialny sprzęt

Zmieniłem iPhone’a SE na X i mam jeden wniosek – iPhone SE to wciąż genialny sprzęt

Kiedy pod moimi zachwytami na temat iPhone’a SE ktoś napisał, że pewnie nie wytrzymam i i tak kupię nowszą generację, nie sądziłem, że ta przepowiednia się spełni. A jednak.

Oczywiście nie przyznam się do tego, że kierował mną wyłącznie kaprys zmiany telefonu. Skądże! Z czasem po prostu zaczęło mi jednak doskwierać 16 GB wbudowanej pamięci (co przy nagrywaniu w 4K starczało na kilkanaście lub kilkadziesiąt minut materiału) i uznałem, że czas rozejrzeć się za czymś trochę nowszym. Do tego w moim bezpośrednim otoczeniu pojawiło się zapotrzebowanie na iPhone’a, więc cóż miałem zrobić – musiałem odstąpić swojego.

I tak, kilka tygodni temu, na krótko po premierze, trafił do mnie iPhone X. Ale pomiędzy zachwytami nad nowym o kilka generacji smartfonem pojawiły się też trzy poważne zastrzeżenia. I jedna refleksja.

Tak, tak – są rzeczy, które nie podobają mi się w X.

Jak to w ogóle trzymać?

iPhone X może i jest zaprojektowany jak dzieło sztuki. Może i jest wykonany jak dzieło sztuki. Ale zawsze, kiedy biorę do ręki te wielkie tafle szkła rozdzielone wąskim, metalowym pasem, zastanawiam się – jak na dzieło sztuki przystało – czy nie powinienem trzymać go w jakiejś gablocie i po prostu co jakiś czas podziwiać.

Nie chodzi tutaj nawet o rozmiar, choć SE w kwestii codziennej łatwości użytkowania jest nadal nie do pobicia. X sprawia w dłoni wrażenie niesamowicie delikatnego, wymuskanego, wręcz kruchego. Jakby był projektowany nie do trudów każdego dnia, a do, cóż, bycia po prostu ładnym.

Jeśli dodać do tego ogólną śliskość całej konstrukcji i fakt, że odblokowywanie urządzenia odbywa się przez przeciągnięcie palcem z samego dołu ekranu, to jestem pewien, że kiedyś pstryknę nim przed siebie i będę zastanawiał się, z czego w tym miesiącu zrezygnować, żeby wymienić X na nowy egzemplarz.

I tak, dalej uważam, że język stylistyczny z iPhone’a 4, 4S, 5, 5S i SE jest dużo atrakcyjniejszy, niż droga, którą obecnie obrał Apple. Ale… cóż poradzić.

Każdy futerał dla X jest zły

Nie jestem fanem etui, futerałów i wszelkiej maści pokrowców. Dla SE miałem tylko dwa – Otterboxa na wyjazdy w góry i Quad Locka do biegania i na rower. Poza tym – nic.

Przy X, szczególnie przez niesamowicie irytujący, wystający obiektyw aparatu, rozważałem zmianę podejścia i zakup czegoś na co dzień, tylko problem w tym, że najnowszy iPhone w każdej dodatkowej obudowie wygląda fatalnie.

Powód? Dość szerokie ramki po bokach ekranu, przechodzące płynnie w nieco odstającą ramkę główną urządzenia. Bez dodatków wygląda to jeszcze dobrze (choć i tak jest powodem do drwin ze strony niektórych), ale jeśli dodamy do tego jeszcze jedną warstwę, to robi się źle. Naprawdę źle. I do tego brzydko.

Owszem, przy SE ramki za każdej strony były porównywalne albo większe, ale tam nie płaciliśmy tysięcy za to, żeby właśnie tych ramek się pozbyć.

Face ID

Długo zastanawiałem się, czy wciągać ten element na listę wad czy zalet, ale biorąc pod uwagę to, jak wiele razy musiałem wprowadzać w ostatnich tygodniach kod urządzenia, trudno mi Face ID określić jako jednoznaczny upgrade.

Nie zrozummy się źle – Face ID w znakomitej większości sytuacji działa wyśmienicie. Czy jestem ogolony, czy od miesiąca nie widziałem maszynki. Czy zakładam czapkę z kapturem, czy chodzę z gołą głową. Czy chodzę w pełnym słońcu, czy poruszam się w całkowitej ciemności. Czy faktycznie skupiam się na pokazaniu twarzy kamerze, czy może jem obiad i chciałbym coś przy okazji poczytać.

Nie ma to dla Face ID żadnego znaczenia. W zasadzie zawsze rozpoznaje mnie w takich sytuacjach za pierwszym razem i błyskawicznie wpuszcza do systemu, do aplikacji bankowej, czy wprowadza za mnie hasła do stron internetowych. Cudo.

Ale jest masa sytuacji, kiedy Face ID nie działa, bo nie zostało do takich sytuacji po prostu stworzone. Kiedy biegam i chcę w trakcie krótkiej przerwy zrobić coś na telefonie – muszę wpisać hasło albo odpinać go z ramienia. Kiedy telefon leży na biurku zbyt daleko ode mnie – muszę wpisać hasło. Kiedy leży na dość wysokiej szafce w przedpokoju – muszę wpisać hasło. Kiedy leży na wcale-nie-tak-wysokim blacie w łazience – przeważnie muszę wpisywać hasło. Kiedy zatrzymam się na światłach i chcę zrobić coś na telefonie przyczepionym do uchwytu na nawiewie – przeważnie muszę wpisać hasło albo wyginać się, żeby czujniki Face ID mnie zobaczyły.

Przy Touch ID wprowadzałem kod przeważnie tylko po restarcie telefonu. Teraz, przy Face ID, robię to w zasadzie co najmniej raz dziennie.

Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że mimo tych niedogodności uwielbiam Face ID. Konieczność dotykania przycisku Home (i korzystania z niego w ogóle!) wydaje mi się niesamowicie archaiczna. Tak, Face ID nie jest idealny, ale nie widzę u siebie jakichkolwiek szans na powrót. Zostaje więc korzystanie i… narzekanie.

To oczywiście nie wszystko

W końcu iPhone’a SE dzieli od X nie tylko cała (!) generacja wzornictwa (czyli 6, 6s, 7, 8), ale i niemal wszystko, co znajduje się pod maską.

Mogę jednak uspokoić tych, którzy aktualnie posiadają SE – przesiadka na X nie jest aż takim niesamowitym doświadczeniem, o ile nie interesuje nas większy ekran.

Tak, X jest szybki jak diabeł i szybszy od SE, ale SE wciąż nie jest powolnym telefonem. Tak, X robi lepsze zdjęcia, kręci lepsze filmy, oferuje dwa obiektywy, optyczną stabilizację i tak dalej, ale już SE da się zrobić świetne zdjęcia, a reklamowany przez Apple tryb portretowy w X niestety mocno rozczarowuje. Tak, X ma głośniki stereo, które brzmią naprawdę dobrze, ale i tak lepiej jest słuchać muzyki na dedykowanych, zewnętrznych głośnikach albo słuchawkach.

Są nawet rzeczy, które SE robi lepiej. Po pierwsze, ma w porównaniu do X niemal nieprzyzwoicie atrakcyjną cenę. W okolicach 1500 zł można kupić wersję 64 GB, a za około 2000 zł – 128 GB. Możemy do niego podłączyć też dowolne słuchawki (w domyśle: przewodowe) i jednocześnie ładować telefon. A przez wzgląd na jego rozmiar, na pewno nie będzie nam przeszkadzać na co dzień – SE bez problemu robiłem np. zdjęcia na spacerach z psem, mając jedną rękę zajętą, nie bojąc się przy tym, że pies szarpnie i telefon wyleci mi z ręki. Przy X raczej nie ma o tym mowy.

Pamiętajmy przy tym, że iPhone to iPhone – na niemal każdym uruchomimy te same aplikacje i będą działać dobrze. Do dyspozycji mamy dokładnie te same usługi, a aktualizacje – choć nie zawsze kompletne pod względem funkcji – ciągną się i ciągną przez długie lata. Choć to ostatnie jest dyskusyjną zaletą – najnowszy iOS jest ewidentnie dostosowany do większych ekranów albo wręcz do ekranu X. I na X widać, o co chodziło w tych wszystkich potworkach, które pojawiły się na SE i nie miały najmniejszego sensu. Co nie znaczy, że najnowszy i najdroższy iPhone jest wolny od wizualnych błędów w systemie – niestety widać je nawet przy zmianie kolejności ikon na ekranie głównym…

X oferuje też rzeczy, z których korzystam codziennie, a których SE nie jest mi już w stanie dać. Bezprzewodowe ładowanie stało się dla mnie jedynym sposobem, w który uzupełniam energię w akumulatorze mojego telefonu (podłączyłem go do kabla raz przez trzy tygodnie!). Wodoodporność doceniam natomiast zawsze wtedy, kiedy na dworze zaczyna kropić, a ja akurat jestem albo w górach, albo biegam po mieście.

Ekran natomiast jest zyskiem aż nazbyt oczywistym. Przy czym mała ciekawostka – jedyną sytuacją, kiedy notch faktycznie daje się we znaki, jest ta, kiedy… oglądamy rendery iPhone’a X w internecie i na reklamach. W codziennym użytkowaniu nie przeszkadza on zupełnie – do tego stopnia, że dopiero po komentarzach w internecie przypominam sobie, że coś takiego faktycznie tam jest. Dużo bardziej bolą aplikacje, których twórcy nie dostosowali do ekranu X, ale ich liczba na szczęście z dnia na dzień maleje.

Przesiadka z SE na X – było warto?

Zdecydowanie, choć nie jestem napisać jednego – że to jest telefon warty 5000 zł za najtańszą wersję.

Kiedy nie myślę o tym, ile ten sprzęt kosztował, wiem jedno – to absolutnie najlepszy iPhone w historii. Może i jego wygląd nie rzuca na kolana już tak bardzo, jak robił to swego czasu iPhone 4, ale to pod niemal każdym względem sprzęt kompletny.

Tylko te 5000 zł to kwota, za którą można kupić np. trzy egzemplarze iPhone’a SE. Który – jeśli nie przeszkadza nam rozmiar ekranu – nadal jest fantastycznym telefonem, z niemal nieistniejącą konkurencją.

Dołącz do dyskusji

Advertisement