Najlepszy lek na gapiostwo. Lokalizator TrackR skutecznie rozwiązał moje codzienne problemy

Najlepszy lek na gapiostwo. Lokalizator TrackR skutecznie rozwiązał moje codzienne problemy

Najlepszy lek na gapiostwo. Lokalizator TrackR skutecznie rozwiązał moje codzienne problemy

Nikt nie jest idealny. Niestety nie zdaje sobie z tego sprawy moja życiowa partnerka, która średnio trzy razy w tygodniu zadaje mi pytanie “czy coś ci się we mnie nie podoba?” i oczekuje na nie jednoznacznej odpowiedzi.

Oboje gramy w tę grę, przy czym co najmniej jedna strona zdaje sobie sprawę, że nie ma ona najmniejszego sensu. Ja jej nie mówię, co mnie gryzie, zaś ona myśli, że wszystko jest w najlepszym porządku. Nie zrozumcie mnie źle, nie wyobrażam sobie lepszej osoby, z którą mógłbym iść przez życie. Jednak nawet ona ma kilka cech, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

Mogę wam o nich otwarcie opowiedzieć, ponieważ rozbrzmiewające po jej każdym powrocie z pracy pytanie “co dzisiaj robiłeś?” sugeruje mi, że czyta Spider’s Web raczej okazjonalnie, sporadycznie, generalnie rzadko.

Największą wadą mojej drugiej połówki jest zwykłe gapiostwo.

Objawia się ono zachowaniami z gatunku irracjonalnych. Na przykład dosyć notorycznym odkładaniem rzeczy nie na swoje miejsce, częstym zostawianiem kluczy w drzwiach od mieszkania (oczywiście od strony klatki schodowej), okazjonalnym porzucaniem telefonu w pobliskim sklepie Żabka po dokonaniu płatności tymże.

To, w połączeniu ze skłonnościami do panikowania, sprawia, że średnio sześć razy dziennie słyszę zdanie “Dawid, zgubiłam klucze”, pięć razy “Pomożesz mi szukać tych kluczy?”, jakieś trzy “Do cholery, bo spóźnię się do pracy” i raz czy dwa “Dobra, są”. Jak widać, przypadek jest kliniczny, ale generalnie widzę tu postępy w porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, gdy najlepszym sposobem na znalezienie kluczy okazało się wysypanie zawartości torebki na środku chodnika. Nie przesadzam. A jeśli nawet, to tylko trochę.

Staram się radzić sobie z tym problemem przy użyciu rozmaitych nowinek technicznych.

Jedną z nich jest lokalizator. Przypinasz taki gadżet do wspomnianych kluczy (lub innego przedmiotu), a gdy je zgubisz, odpalasz aplikację. W niej możesz sprawdzić, czy są one w pobliżu. Jeśli tak, możesz spokojnie ich poszukać w swoim otoczeniu.

Sytuacja komplikuje się, jeżeli lokalizator jest poza zasięgiem łączności Bluetooth, który realnie wynosi kilkadziesiąt metrów. Wówczas w głowie pojawia się wiele pytań, takich jak: “A może zostawiłem je w domu? A może wypadły mi w metrze? A może ktoś mnie okradł?” Generalnie, w takiej sytuacji zwykły lokalizator przestaje działać.

Oczywiście istnieją na rynku modele wyposażone w moduły 3G oraz sporych rozmiarów akumulatory, ale nie są one zbyt praktyczne. W końcu trzeba je regularnie ładować i dbać o to, by miały dostęp do Internetu. Miałem okazję korzystać z takiego sprzętu i gdy chciałem go odnaleźć, okazało się, że jego akumulator już dawno się rozładował. Nigdy później go nie widziałem.

Na szczęście dwóch mądrych ludzi, Chris Herbert oraz Christian Smith, pomyślało, że dobrze byłoby połączyć lokalizatory w sieć, tym samym umożliwiając wyszukiwanie różnego rodzaju rzeczy za pomocą smartfonów należących do innych posiadaczy tego typu gadżetów. Łączą się one ze wszystkimi lokalizatorami w okolicy, a następnie automatycznie przekazują informacje o ich dokładnym położeniu do właścicieli.

Tak właśnie działa TrackR.

Są to breloczki wielkości monety, w których znajdują się baterie znane z zegarków. Dodatkowo mają one miniaturowe głośniki oraz LED-y ułatwiające odnalezienie urządzenia. Zostały też wyposażone w zaczepy, a producent dołącza do nich dwustronne naklejki. To wszystko sprawia, że można je przyczepić do praktycznie dowolnego przedmiotu. Do kluczy, pilota od telewizora, cokolwiek sobie wymyślicie. Potem należy pobrać na telefon aplikację TrackR i przejść bardzo prosty proces konfiguracji. To wszystko.

Dwa tego typu lokalizatory, konkretnie modele TrackR Bravo oraz TrackR Pixel, dałem swojej połówce, zaś z trzeciego korzystam ja. Jako że pracuję z domu, może ona w praktycznie każdym momencie łatwo sprawdzić, czy nie zostawiła w mieszkaniu wspomnianych kluczy lub portfela. A ja nie muszę ich szukać.

TrackR to lokalizator, który skutecznie rozwiązał. moje codzienne problemy

Warto pamiętać jednak, że rozwiązanie to zadebiutowało w Polsce całkiem niedawno. A co za tym idzie, liczba użytkowników korzystających z sieci TrackR Crowd Locate Network jeszcze nie jest przesadnie duża. To jednak można łatwo zmienić, kupując lokalizatory swoim domownikom lub namawiając na taki zakup swoich kolegów z biura lub innych miejsc, w których spędzamy sporo czasu. W ten sposób możemy sami sprawić, że zasięg TrackR będzie sięgał do najważniejszych dla nas miejsc.

Co najważniejsze, nie będzie to spora inwestycja.

Za dwa lokalizatory TrackR trzeba zapłacić bowiem około 180 zł. Ten koszt nie wydaje mi się przesadnie duży, zwłaszcza że gadżet eliminuje nasze codzienne problemy. Co więcej, już teraz działa zdecydowanie lepiej od produktów konkurencji i wszystko wskazuje na to, że trend ten będzie z każdym miesiącem postępować.

Od znajomych ze Stanów Zjednoczonych słyszałem, że TrackR jest tam dosyć popularny i pomaga w znajdowaniu milionów zagubionych przedmiotów dziennie. Nie dziwi mnie to tym bardziej, że TrackR za oceanem przybiera nie tylko formę breloczków, ale też kart kredytowych (TrackR Wallet) oraz stacjonarnych stacji monitorujących mieszkanie lub biuro (TrackR Atlas). Część z tych gadżetów już jest dostępna w Polsce, a brakujące trafią do nas niebawem. Najbardziej niecierpliwi użytkownicy mogą już teraz kupić je za granicą i korzystać z nich nad Wisłą.

TrackR jest jednym z najbardziej przydatnych, najciekawszych i najprostszych gadżetów ostatnich miesięcy. Bardzo gorąco kibicuję jego sukcesowi. Pozwolił mi nie tylko zaoszczędzić kilkanaście minut dziennie, ale także ukoić nerwy i sprawić, że odpowiadając na pytanie “czy coś ci się we mnie nie podoba?” mogę… kłamać nieco mniej.

Dołącz do dyskusji