7 lat miałem problemy z routerami. Aż w końcu dałem sobie wcisnąć TP-Linka i zapomniałem, że mam router

Felieton/Technologie 29.08.2017
7 lat miałem problemy z routerami. Aż w końcu dałem sobie wcisnąć TP-Linka i zapomniałem, że mam router

7 lat miałem problemy z routerami. Aż w końcu dałem sobie wcisnąć TP-Linka i zapomniałem, że mam router

Kiedyś napisałem taki żartobliwy tekst na Spider’s Web, że mamy 2012 rok, a z drukarkami, odtwarzaczami płyt i routerami wiecznie są problemy. 

Minęło 5 lat, drukarki jak wariowały, tak wariują na raz, płyty nie widziałem na oczy od kilkudziesięciu miesięcy (zresztą, nie miałbym jej chyba nawet gdzie odtworzyć), a z routerami w końcu wyszedłem na prostą i to dzięki Łukaszowi Kotkowskiemu, który w końcu przycisnął mnie do tego, bym brał TP-Linka.

A to było tak. Przez ostatnich 7 lat miałem routery kilku różnych firm, wśród których zdecydowany prym wiodły dwa Netgeary. To były routery ze średniej półki, za kolejno: 200 i 350 złotych. Absolutnie nie elita wśród elit, choć z drugiej strony – nie jestem przecież jakąś międzynarodową korporacją (choć znajomi i rodzina powoli zaczyna sobie ze mnie w ten sposób żartować), do użytku quasidomowego to było aż nadto. Rzecz w tym, że oba doprowadzały mnie do bladej gorączki. W międzyczasie przewijał się też jakiś router za 60 złotych czy inny router, którego posiadanie wymusiła na mnie nieoceniona (wówczas jeszcze) Telekomunikacja Polska i generalnie wszystkie chodziły tak, jak owe nieszczęsne Netgeary. Zawodnie.

O ile jednak jestem skłonny wyobrazić sobie i zrozumieć, że router marki Bambuko ma swoje problemy, tak po renomowanej marce Netgear spodziewałem się jednak zawsze o wiele więcej. Tymczasem oba urządzenia były nieustannym źródłem zmartwień z gubieniem konfiguracji, zawieszaniem się, spontanicznym resetowaniem, koniecznością zdalnego resetowania przeze mnie tak przynajmniej raz w tygodniu. I to niezależnie od dostawcy internetu, a nawet miejscowości. Zawsze coś tam nie grało, aż w końcu ostatecznie oba, bo od pewnego czasu używałem ich wymiennie, dokonały żywota na początku 2017 roku. Przyznam szczerze, że nawet poczułem w związku z tym pewną ulgę, bo naprawdę mało co (chyba tylko smartfony z Androidem w wersji poniżej 5.0) budziło we mnie aż takie pokłady frustracji.

Router TP-Link – czy warto?

Ostatecznie zakup nowego routera zdecydowałem się skonsultować z kolegium redakcyjnym. Szczególnie pewnym swego był kolega Łukasz Kotkowski, który twierdził, że z TP-Link będę zadowolony. Poczytałem w sieci – opinie były pozytywne, choć oczywiście – jak to na forach internetowych – szybko dowiedziałem się, że głupotą jest kupować coś innego, niż nieśmiertelny model Linksys jeszcze z 1956 roku, który kosztuje dziś skromne 1500 złotych. Czy jakoś tak.

Przyznam szczerze, że słyszałem dobre opinie na temat tych całych TP-Linków, ale ta firma zawsze budziła we mnie mieszane uczucia. Na masową skalę na polskich sklepach zaczęła się pojawiać, wbrew pozorom, stosunkowo niedawno. Jakaś taka ostrożność konsumencka nakazywała podejrzewać, że ktoś tu może próbować odcinać kupony od popularności D-Linka, że za niskimi cenami płynie stosunkowo niewielka jakość, te zielone gradienty na pudełkach wypadały bardzo kiczowato… No wiecie – takie Xiaomi.

Ale nie. Ostatecznie na początku lutego za ok. 200 złotych kupiłem w sieci model TP-Link Archer C59 (1350Mb/s a/b/g/n/ac) DualBand USB, podpiąłem do gniazdka, do modemu i w zasadzie od tego czasu nie wiem, że mam router. Internet po prostu jest, po prostu działa, o ile dostawca nie zrobi sobie raz na kwartał konserwacji w środku nocy. Komputery, telefony, konsola, drukarka, to jest taniec, to jest życie. Jak zapewne dostrzegacie po braku stosownych oznaczeń, to nie jest wpis sponsorowany, a jedynie spontaniczny entuzjazm konsumencki. Zapytacie czemu mi się w ogóle o nim, po pół roku, przypomniało?

Hubert Taler na redakcyjnym Slacku prosił, żeby polecić coś dobrego. Od Kotkowskiego, przez Kralkę, do Talera. Krąg życia.

Dołącz do dyskusji