Katy Perry kontra Wszechświat

Felieton/Media 20.06.2017
Katy Perry kontra Wszechświat

Katy Perry kontra Wszechświat

Jestem prostą dziewczyną, widzę w polecanych na YouTubie Neila de Grasse Tysona, klikam. Tym razem okazało się, że kliknęłam na rozmowę Tysona z piosenkarką Katy Perry. Wytrwałam 22 minuty, niecałą połowę, bo było to zbyt bolesne, by przetrwać całość. Katy Perry okazała się wszystkim, czego nie znoszę w ludziach.

Przestałam lubić narzekanie, bo nie chcę być w przyszłości starszą, zaprawioną jadem osobą. Milczałam, gdy jakiś czas temu media oszalały na punkcie kilkudniowego streamu na żywo z okazji wypuszczenia nowego albumu Katy Perry. Milczałam o tym, że nie chcę nawet wiedzieć, że Perry wypuściła nowy album, ale jeśli chcę choć trochę wiedzieć, co się dzieje w Polsce i na świecie, ta informacja została na mnie wymuszona. Tak działa era informacji, w której poważne newsy muszą mieszać się z rozrywką, żeby wyrobić kliki i zarobić na swoje istnienie. Rozumiem. Nie narzekam.

Jednak 22 minuty z Katy Perry rozmawiającej z astrofizykiem i jednym z najpopularniejszych edukatorów sprawiają, że w środku chce mi się krzyczeć.

Po pierwsze Katy Perry, jedna z najpopularniejszych gwiazdek, idolka milionów ludzi i dzieciaków, zachowuje się jak rozwydrzona trzynastolatka – wygina się na siedzeniu, przerywa, wrzuca powiedzonka i dygresje, które są kompletnie nie na temat. Po prostu widać, że Perry słucha swojego gościa piąte przez dziesiąte; że słyszy tylko to, co chce usłyszeć i ignoruje resztę. To chaos, ale taki najgorszy, bo kompletnie niepodparty wiedzą, co Perry pokazuje na każdym kroku. Piosenkarka nie ma podstaw jakoś z poziomu liceum.

To irytujące, zwłaszcza że sama nazywa siebie gąbką chłonną wiedzy, osobą, która uwielbia uczyć się nowych rzeczy. Nie widać tego w ogóle, bo wydaje się niemal nieobecna w obliczu osoby, która mogłaby nauczyć ją wielu rzeczy i która stara się przedstawić tę wiedzę w niesamowicie przystępny, zindywidualizowany sposób.

Bardzo irytujące jest też to, jak Katy Perry kompletnie zignorowała to, kto jest jej gościem.

Dziesięć minut w googlowania powiedziałoby jej, że Tyson jest głośnym ateistą, który nie zajmuje się mistycyzmem i ezoteryką, i nie wierzy w istnienie sił wyższych. Jednak nie – Perry nie zrobiła nawet tego – więc co chwilę wtrąca uwagi o reinkarnacji, o siłach wyższych i innych tematach, które wydają się przypadkowe, ale jednocześnie całkowicie sprzeczne z tym co próbuje powiedzieć Tyson. Oglądanie tego jest, jak to mówią dzieciaki w internecie, “cringeworthy” – wywołuje niezręczność nawet we mnie, pasywnym widzu.

Nie jestem przeciwna muzyce popularnej, gwiazdom i gwiazdkom jako takim, i nawet lubię Lady Gagę.

Jednak Kate Perry, tym jednym segmentem, jedynym, którym Perry miała szansę zyskać moją sympatię jako osoba, która podchodzi z szacunkiem do gości, która jest zdolna do ciekawej rozmowy, pokazała mi, że jest dokładnie tym, na co się kreuje – osobą pełną ignorancji, która nie potrafi skupić się chociaż na chwilę.

Mówienie “wiem, że nic nie wiem” nie jest samo w sobie żadnym świadectwem ciekawości świata, jeśli nie podąża za tym prawdziwa chęć pogłębiania wiedzy.

Szkoda, bo ta ezoteryka, o której tak papla Perry, mogłaby zostać zastąpiona prawdziwą, namacalną nauką, która daje wystarczająco powodów do artystycznych zachwytów. To, że powstaliśmy, że istniejemy świadomie, że Wszechświat jest tak ogromny, teorie o tym, że jesteśmy symulacją są tak romantyczne i niosą w sobie ładunek przerażenia i nadziei, że mogłyby posłużyć za inspirację wielu artystom.

Tymczasem miliony ludzi oglądało Katy Perry i jej chaotyczny streaming dlatego, że jakimś cudem dzisiejszy świat promuje właśnie takich ludzi. Ludzi, którzy – gdy zabierze się im ich największe osiągnięcie (w tym przypadku muzykę) – okazują się nie tylko nieciekawi, ale też potencjalnie szkodliwi jako idole i autorytety.

Dołącz do dyskusji

Advertisement