Thule EnRoute Triumph 2 naprawdę niewiele brakuje do plecaka idealnego

Recenzja/Sprzęt 14.04.2017
Thule EnRoute Triumph 2 naprawdę niewiele brakuje do plecaka idealnego

Thule EnRoute Triumph 2 naprawdę niewiele brakuje do plecaka idealnego

Plecak miejski? Odkąd kilka lat temu skończyłem studia i codzienne noszenie tony notatek przestało być koniecznością, na dobre zrezygnowałem z tego wynalazku na rzecz gustownej torby na ramię. Z czasem jednak w torbie zaczęło przybywać rzeczy i – co tu dużo mówić – zrobiło się ciężko. Dosłownie.

Z każdym kolejnym wyjazdem, nawet takim krótkim, który wymagał zabrania ze sobą relatywnie niewielu rzeczy (za mało, by brać torbę podróżną, ale za dużo, by komfortowo biegać przez cały dzień z pełnym załadunkiem) torba na ramię stawała się coraz mniej i mniej praktyczna.

Na ratunek przyszedł plecak Thule EnRoute Triumph 2, po którym nie spodziewałem się wiele, gdy przyjechał do mnie na testy, a który obecnie jest obowiązkowym elementem mojego podróżnego wyposażenia.

Thule EnRoute Triumph 2 – plecak dzienny, któremu niewiele brakuje do ideału.

Za każdym razem, gdy trafiają do nas na testy plecaki firmy, znajdujemy w nich jakieś „ale”. Przy czym… praktycznie nigdy nie jest to obiektywna wada, lecz wysoce subiektywny zarzut wynikający z tego, jak każdy z nas używa plecaka.

W moim przypadku jedyny zarzut, jaki mam do plecaka Thule, to brak dodatkowej kieszeni z przodu. Wynika to jednak z faktu, że rzadko noszę ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy, czy też inny element garderoby, który mógłbym włożyć do odchylanej, otwartej klapy plecaka.

Jestem pewien, że to, co dla mnie jest tu wadą, dla kogoś innego będzie zaletą.

Więcej wad nie znalazłem, choć miałem naprawdę mnóstwo czasu, by się do czegoś przyczepić. Jak zatem spisał się plecak Thule EnRoute Triumph 2 przez ostatnie dwa miesiące?

Słowem: doskonale.

Ten plecak miałem ze sobą przez całe targi MWC 2017 w Barcelonie, gdzie biegałem z nim całymi dniami po halach, z toną sprzętu na plecach. Miałem go na sobie podczas rozlicznych wyjazdów do Warszawy w celach służbowych, na wyjazdach prywatnych, zabierałem go ze sobą zarówno na konferencje, jak i na piesze wycieczki.

Niezależnie od sytuacji nie znalazłem nic, do czego mógłbym się przyczepić. Jedyne, czego żałowałem przez cały ten czas, to tego, że nie jest to plecak z dedykowanymi przegródkami na aparat fotograficzny, ale hej – nie można mieć wszystkiego. I też ponownie, dla większości osób nie będzie to żadna wada, bo większość ludzi nie musi zabierać ze sobą na praktycznie każdy wyjazd dużej lustrzanki z jeszcze większymi obiektywami.

Niezależnie od załadunku plecaka nie odczuwałem znużenia po całodniowym noszeniu go na plecach. Thule EnRoute Triumph 2 jest niesamowicie wygodny, za sprawą miękkiego wyściełania na plecach i ramionach.

Nie miałem też żadnego problemu z komfortem termicznym, nawet w słonecznej Barcelonie przy całym dniu biegania, bo kanały powietrza na pleckach doskonale wentylują.

Co bardzo lubię, nawet w pełni wypchany ten plecak nigdy przesadnie nie odstaje od pleców. Gdy trzymamy w nim tylko najważniejsze rzeczy, jest jeszcze bardziej smukły i prezentuje się całkiem elegancko.

Nic dziwnego, że na wszelkich spotkaniach i konferencjach panowie w granatowych garniturach biegają właśnie z plecakami Thule na plecach – oprócz tego, że są one komfortowe i praktyczne, dobrze się prezentują w zasadzie przy każdej okazji. Co czyni je niezwykle uniwersalnymi.

Co mieści się do Thule EnRoute Triumph 2?

Wewnątrz głównej komory plecaka nie znajdziemy wbrew pozorom zbyt wielu sprytnych schowków i przegródek. Mamy tu miękką przegrodę na laptop do 15”, mamy drugą, mniejszą kieszonkę, głęboki „przedział główny” i trzy mniejsze przegrody po drugiej stronie wnętrza.

Niby niewiele, ale zmieściłem tam absolutnie wszystko, czego potrzebowałem.

Zacznijmy od komory na laptop. Spokojnie mieściłem tam Acera VX15 (15-calowy laptop dla graczy), gdy była taka potrzeba, a przez większość czasu komfortowo rezydował tam mój MacBook Air 13 na zmianę (lub wespół) z Surface’em Pro 4.

Do kieszonki tuż obok zazwyczaj wrzucałem Kindle’a, od czasu do czasu papierową książkę. Dopóki była to miękka okładka i miała nie więcej, niż 500 stron, mieściła się bez problemu.

Po przeciwnej stronie głównej komory zawsze lądowały drobiazgi – ładowarki do telefonu i komputerów, jakiś powerbank, jakiś czytnik kart pamięci. W czasie wyjazdów służbowych w jednej z przegródek lądował też testowany akurat telefon.

Czasem wkładałem też do środka duże słuchawki Audio-Technica, zaczepiając je o karabińczyk przeznaczony chyba na klucze. A że kluczy nigdy nie wkładam do plecaka, to dobrze posłużył innym zadaniom.

Na spodzie z reguły miałem jakieś zapasowe ubrania, kosmetyczkę (w przypadku dwudniowych wyjazdów) i bardzo często na tym wszystkim leżał jeszcze pełnoklatkowy Nikon z obiektywem 45 mm. Wszystko to mieści się w Triumphie 2 bez najmniejszego ścisku.

A to nie koniec! Największym wyróżnikiem wielu plecaków Thule jest specjalna komora „Safe Zone”, która jest odporna na zgniecenia. Można tam włożyć delikatny sprzęt i nie obawiać się, że cokolwiek mu się stanie.

Zależnie od wyjazdu lądowały tam różne rzeczy. Drobna elektronika, rejestrator audio, kluczyki do auta, które wadziły mi w kieszeni. Przy krótszych wojażach wrzucałem tam po prostu rzeczy, do których chciałem mieć błyskawiczny dostęp, jak gripmaster czy dokanałowe słuchawki.

Z przodu mamy jeszcze wspomnianą wcześniej klapę na przechowywanie np. płaszcza przeciwdeszczowego (bo chociaż plecak jest wodoodporny, to dobrze jest też samemu nie moknąć), a na klapie malutką kieszonkę, w którą można wsunąć mniej ważne dokumenty – np. kartę miejską.

Na bokach plecaka jest jeszcze miejsce na napoje. Osobiście nie ruszam się z domu bez małej butelki z wodą, a ta idealnie mieści się w siatkowej przegrodzie. Spokojnie wkładałem tam też plastikowe butelki z filtrem o pojemności 0,7l – większe niestety nie wejdą.

Po dwóch miesiącach intensywnego użytkowania ten plecak nadal wygląda jak nowy.

Możecie mi wierzyć, że nie oszczędzałem Thule EnRoute Triumph 2 w czasie ostatnich dwóch miesięcy. Był ze mną w naprawdę rozmaitych warunkach, poniewierany, brudzony, rzucany z kąta w kąt.

Tyle że… w ogóle tego po nim nie widać. Brud schodzi po przetarciu wilgotną szmatką. Innych śladów eksploatacji po prostu nie ma, ten plecak nadal wygląda tak, jak dwa miesiące temu, gdy do mnie trafił.

I całe szczęście, bowiem tego właśnie spodziewałbym się po plecaku kosztującym 400 zł. W żadnym wypadku nie jest to najdroższa konstrukcja na rynku, ale nie ukrywajmy, że dla wielu z nas nie jest też tania.

Czy 400 zł na plecak, który jest tak uniwersalny i tak dobrze znosi trud codziennego użycia, to dużo?

Moim zdaniem nie. Szkoda tylko, że na plecak nie przysługuje nam dożywotnia gwarancja, jak ma to miejsce w przypadku niektórych konkurentów.

Kupując plecak Thule EnRoute Trumph 2 dostajemy standardowe 24 miesiące gwarancji. Tym niemniej, spędziwszy z tym plecakiem trochę czasu, jestem raczej pewny, że to wystarczający okres.

Bo najprawdopodobniej… i tak z niej nie skorzystasz.

Dołącz do dyskusji