W Spotify znalazłem niemal wszystko, czego potrzebowałem. Prócz jednego

Felieton/Gry 25.04.2017
W Spotify znalazłem niemal wszystko, czego potrzebowałem. Prócz jednego

W Spotify znalazłem niemal wszystko, czego potrzebowałem. Prócz jednego

Streaming muzyki, a w szczególności Spotify, to najlepsze, co spotkało melomanów od czasów wynalezienia patefonu. Mnie jednak bardzo brakuje w nim jednej rzeczy.

Odkąd nastała era Internetu, a streaming i dobra cyfrowe stały się bardziej powszechne, rozmaite platformy z reguły dobrze sobie radziły z cyfryzacją starych zbiorów. Amazon dba o to, by ustawicznie poszerzać swoją bazę e-booków o pozycje wycofane z druku, platformy VOD często wykupują licencje na stare filmy, a serwisy muzyczne dbają o to, by ikoniczne, kinowe soundtracki nie zaginęły w odmęcie zapomnienia.

Jednak ta sama dbałość o zachowanie dziedzictwa jakoś nie przenosi się na gry komputerowe.

Gdy zajrzeć do sekcji OST z gier w Spotify, wybór okazuje się być naprawdę niewielki w stosunku do innych gatunków muzycznych. Ba, nawet ścieżek dźwiękowych z filmów jest niewspółmiernie więcej (choć oczywiście ma to też związek z tym, że filmów zasadniczo na rynku ukazało się więcej, niż gier).

Sytuacja uległa w ciągu ostatnich kilku miesięcy znaczącej poprawie, odkąd Spotify wydzielił dedykowaną sekcję zarówno z albumami z gier, jak i playlistami do grania. Nowe produkcje niemal z marszu lądują w serwisie.

Jeśli jednak chodzi o stare, kultowe gry, z dostępnością soundtracków bywa różnie.

Z jednej strony mamy fantastyczną selekcję od EA Games (choć też dość wybiórczą), który cofa nas ponad dekadę wzdłuż ścieżki historii gier firmy. Z drugiej… porozrzucane po losowych składankach i playlistach pojedyncze utwory, często niemające nic wspólnego z oryginalnym soundtrackiem.

Łatwiej znaleźć jest czyjś cover lub remix danego utworu, niż oryginalny utwór.

Często też bardzo trudno jest znaleźć soundtrack, bo jest on albo źle nazwany, albo przypisany do złej kategorii. W większości przypadków, gdy nie mogę czegoś znaleźć, okazuje się jednak, że ścieżki dźwiękowej do danej gry po prostu nie ma.

Dlaczego o tym piszę? Bo tam, gdzie niedomaga Spotify, doskonale radzi sobie YouTube.

W 10 przypadkach na 10, jeśli nie mogę znaleźć czegoś na Spotify, znajduję to na YouTubie. Moja prywatna playlista z OST na YouTubie mieści w tej chwili ponad 30 ścieżek dźwiękowych i ustawicznie poszerza się o kolejne.

Fani, jak widać, radzą sobie o wiele lepiej z przegrywaniem starych płyt z soundtrackami (tak często dodawanymi przecież jako bonusy do pudełek z grą), niż Spotify i wydawcy gier z pozyskiwaniem licencji.

Jest to smutne na wielu frontach. Mnie najbardziej boli fakt, że chcąc słuchać muzyki, którą najbardziej lubię, muszę się uciekać do szarej strefy legalności i bardzo przeciętnej jakości audio.

Nie rozumiem też, jakie zawirowania licencyjne muszą mieć miejsce, żeby Spotify posiadał u siebie soundtrack z jednej części serii gier, a z innych już nie, choć mowa o tym samym wydawcy, twórcy gry i kompozytorze ścieżki dźwiękowej.

A mam pewność, iż nie jestem odosobnionym przypadkiem i osób, które chciałyby móc legalnie i wygodnie posłuchać np. soundtracków do III i IV części The Elder Scrolls jest więcej. O innych markach nie wspominając.

Gry komputerowe ubiegłej dekady miały w sobie magię, która dziś się ulatnia. Dotyczy to również oprawy dźwiękowej.

Może to tylko moje, wysoce subiektywne odczucie, ale mam wrażenie, że twórcy gier jeszcze 10-15 lat temu… bardziej się starali. Ograniczenia technologiczne były znacznie większe. Programiści mogli mniej. Rynek był znacznie mniejszy i dopiero przebijał się do ogólnej świadomości.

To z kolei sprawiało (raz jeszcze – w moim odczuciu), że wszyscy starali się bardziej. Kultowe gry, do których do dziś wracamy, były małymi dziełami sztuki.

Warstwa fabularno-tekstowa mogła się równać z największymi kolosami literatury (Planescape: Torment).

Jako że grafika 3D nie powalała, w grach często gościły przepiękne tła 2D (The Dig, Syberia) czy wręcz uciekano się do grafiki komiksowej, która również potrafiła zapierać dech w piersiach (seria Broken Sword, Runaway, etc.).

Arcymistrzowska bywała też muzyka. Takich ciarek, jak przy soundtracku do Icewind Dale, ścieżce dźwiękowej Kaia Rozenkrantza do pierwszego Gothica, czy cudnych utworach Jeremy’ego Soule’a (do dowolnej gry) nie dostarcza mi dziś zbyt wiele produkcji.

Dawniej muzyka w grach nie była też tak sztuczna. Dziś na prawdziwe, orkiestrowe instrumentarium mogą sobie pozwolić studia z wielkimi budżetami. Zdecydowanie więcej twórców zadowala się muzyką elektroniczną, która jest tańsza w realizacji, bądź nagraniami orkiestralnymi, ale realizowanymi przy pomocy wirtualnych instrumentów. A to – niestety – słychać.

Chlubnym wyjątkiem są często małe, niezależne produkcje, w których niejednokrotnie minimalnym nakładem środków uzyskano coś przepięknego (dla mnie koronnym przykładem jest przygodówka Ib).

Dziś, gdy gry komputerowe stają się największą branżą pop-kultury, niewielu twórców stara się zadowolić odbiorcę tak, jak niegdyś.

Poza garstką arcydzieł, które zawstydzają każdą inną dziedzinę rozrywki i sztuki, zalewa nas morze bylejakości.

Nie twierdzę, że kiedyś było inaczej. Ale skala problemu była mniejsza i znacznie łatwiej było znaleźć wspaniały artyzm w popularnych grach, niż można to zrobić dziś. Dziś liczy się co innego. Wartka akcja, multiplayer, achievementy i immersja poprzez bodźce wizualne.

Rzadko kiedy (w stosunku do ogólnej liczby premier) pojawia się głośna gra, która przyciąga w równym stopniu pięknie opowiedzianą historią i wspaniale skomponowaną muzyką.

Tutaj muszę pochwalić polskie studio CI Games za niebywałą dbałość o wrażenie odsłuchowe. Widzieliście, jak wyglądają press-packi Sniper: Ghost Warrior 3?!

Ustrzelili mnie z rana goście z @cigamesofficial

Post udostępniony przez Piotr Grabiec (@pgkrzywy)

Stąd tęsknota do starych soundtracków na Spotify.

Niestety, w wiele starych gier już nigdy nie zagramy. Nie licząc entuzjastów i kolekcjonerów, którzy przechowują zbiory gier, stare konsole i komputery, mamy coraz mniej możliwości, by powrócić do ery wczesnego rozkwitu branży.

Nie wszystkie klasyczne gry trafią na Androida czy iOS, nie każda załapie się na GOG czy Steama. Większości klasyków nie uruchomimy na sprzęcie z Windowsem 10. Wielu wspaniałych historii ze starych gier nie będziemy mogli przeżyć na nowo.

Możemy za to dać się ponieść nostalgii i zalać wspomnieniom słuchając muzyki, która towarzyszyła tym interaktywnym opowieściom. Trzeba tylko, by były łatwo i legalnie dostępne.

Spotify zmierza z tym w dobrą stronę, choć chciałoby się, żeby… robił to nieco szybciej.

PS. Równie mocno brakuje mi w Spotify soundtracków z anime, ale to, jak i legalna dostępność japońskiej animacji w Polsce, jest tematem do zupełnie odrębnych rozważań.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement