Przejechałem 2000 kilometrów Lexusem IS 300h i nie chcę wysiadać

Felieton/Motoryzacja 04.04.2017
Przejechałem 2000 kilometrów Lexusem IS 300h i nie chcę wysiadać

Przejechałem 2000 kilometrów Lexusem IS 300h i nie chcę wysiadać

W ciągu ostatnich pięciu dni przemierzyłem autem blisko 2000 kilometrów i wciąż mi mało. Lexus IS 300h to samochód, z którego po prostu nie chce się wysiadać.

Z Warszawy na Śląsk. Ze Śląska do Poznania. Z Poznania na Pomorze. W międzyczasie kilka mniejszych odcinków w różnych regionach Polski. Tak wyglądało moje 5 dni z Lexusem IS 300h i nie mogę się doczekać, żeby siąść po raz kolejny za kierownicą tego sedana i połykać kolejne kilometry, odkrywać kolejne boczne drogi, i po prostu cieszyć się z jazdy.

Jak łatwo możecie się domyślić po tym krótkim wstępie, Lexus IS 300h zdecydowanie przypadł mi do gustu. Zanim więc przedstawię wam powody, dla których – czysto subiektywnie – IS 300h stał się właśnie moim autem marzeń, powiem wam dlaczego – obiektywnie – trudno byłoby mi go polecić komuś innemu.

*Testowany egzemplarz to Lexus IS 300h Black z kilkoma opcjami niedostępnymi obecnie w konfiguratorze na stronie Lexusa. Dlatego też nie będę się skupiał na konkretnej wersji wyposażenia, a postaram się opisać auto z dość ogólnej perspektywy.

Lexus IS 300h, czyli ambiwalencja na czterech kołach

Nie pamiętam, kiedy ostatnio spotkałem się z autem tak pełnym sprzeczności. Rozpiszę się na temat każdej z nich w dalszej części tego materiału, ale tutaj chciałbym pokrótce przedstawić kilka najbardziej uderzających skrajności:

  • Lexus IS 300h z zewnątrz wygląda rasowo, sportowo wręcz. Za to w środku? Czarno i konserwatywnie.
  • Prowadzi się wspaniale, ma napęd na tył i trzyma się drogi jak przyklejony, a jednak… przyspieszenie od 0 do 100 km/h zajmuje mu aż 8,4s.
  • W środku jest naprawdę sporo miejsca dla kierowcy i pasażerów, ale… pod warunkiem, że mają nie więcej, niż 180 cm wzrostu.
  • Bagażnik, jak na sedana i do tego hybrydę jest głęboki i bardzo, bardzo pojemny. A jednak… wnętrze auta nie rozpieszcza schowkami i praktycznością.
  • Jest wspaniale wyciszony, ale… pod warunkiem, że nie jedziemy na 18-calowych felgach po zniszczonym asfalcie.
  • Można go wyposażyć w świetny system audio Mark Levinson, ale… tylko w najwyższej wersji wyposażenia. Fabrycznemu zestawowi nagłośnienia Pioneer daleko do doskonałości.
  • Pod maską drzemie nowoczesny układ hybrydowy, silnik pracujący w oparciu o cykl Atkinsona, mamy multum systemów bezpieczeństwa, a jednak… system infotainment i nawigacja wyglądają (i działają) jakby pochodziły z poprzedniej dekady.

Takich kontrastów znajdziemy wewnątrz Lexusa IS 300h naprawdę mnóstwo. I to jest największy problem, jaki mam z tym samochodem, bo obiektywnie rzecz ujmując naprawdę trudno wskazać miejsca, w których byłby lepszy od niemieckich rywali, a nawet od Alfy Romeo Giulia. Ba, powiem wprost – jeśli ktoś planuje przesiadkę z Mercedesa, Audi lub BMW, będzie najzwyczajniej w świecie rozczarowany… przynajmniej przez pierwsze chwile.

Co jest nie tak z Lexusem IS 300h?

Jeśli ktoś jest przyzwyczajony, do aut niemieckiej produkcji, kontakt z Lexusem IS 300h z początku naprawdę nie będzie łatwy.

1. To nie jest auto dla dużych ludzi.

Widać, że projektując sportowego sedana Japończycy w ogóle nie myśleli o klientach z Europy. Rzuca się to w oczy już po pierwszym zapadnięciu się w fotele samochodu. Jeśli masz więcej, niż 180 cm wzrostu, znalezienie idealnej pozycji za kierownicą graniczy z cudem, a siedząc na tylnej kanapie często będziesz macać głową podsufitkę.

Na pewno też nie zmieścisz się na środkowym miejscu bo nie dość, że jest ono minimalnie wyżej od dwóch skrajnych siedzeń, to jeszcze miejsce na nogi skutecznie wyżera potężny tunel transmisyjny, kończący się niemal równo z kanapą.

Dla mnie nie był to żaden problem, bo mierzę sobie 177 cm wzrostu i niewiele ważę, ale większym ode mnie nie będzie w IS 300h wygodnie.

Z tyłu miejsca na nogi jest pod dostatkiem. Nad głową… niekoniecznie.

2. Japończycy najwyraźniej nie potrzebują schowków.

Z przodu sytuacja schowkowa jest jeszcze względnie znośna. Mamy dwa uchwyty na kubki, które umieszczono w fatalnym miejscu (powinny być z przodu, albo bardziej odsunięte od łokcia kierowcy), jakiś-tam pojemnik w podłokietniku (choć zmieszczą się tam tylko kluczyki i portfel), super-płytkie kieszenie w drzwiach (zapomnij o włożeniu dużej butelki) i całkiem niezłych rozmiarów schowek przed pasażerem.

Ale z tyłu? A komu potrzebne są schowki! W drzwiach nie ma absolutnie żadnej kieszeni. Do małych kieszonek z tyłu foteli wejdzie co najwyżej gazeta, a jedyne miejsca na napoje znajdują się w podłokietniku rozkładanym ze środka tylnej kanapy.

Ach, byłbym zapomniał. W Japonii najwyraźniej nie wsiadają też do auta ze smartfonami, bo nie licząc półeczki przed głównym ekranem (na której nie polecam czegokolwiek kłaść) nie ma gdzie odłożyć, a co dopiero schować smartfona.

3. Hej, Lexus, 2005 dzwonił, żeby mu oddać system infotainment.

Największą bolączką w porównaniu z rywalami jest jednak w moim odczuciu dramatycznie słaby system infotainment. I nie mówię tu nawet o jego użyteczności, bo ta jest marna w każdym samochodzie (systemy infotainment zasadniczo dzielą się na złe i gorsze), ale o jego estetyce, szybkości działania i… rozdzielczości ekranu.

Estetykę na oko datowałbym jakoś na 2010. Wszystko jest na zmianę nieco toporne i nieco zbyt cukierkowe. Do tego nawigowanie po systemie przy pomocy dedykowanego dżojstika wymaga wprawy (chociaż przyznaję, jak już człowiek załapie, jak to działa, to można poruszać się całkiem sprawnie).

Wszystko działa strasznie ospale, a nasz testowy egzemplarz nie miał na liczniku nawet 15 tys. kilometrów! Jakby tego było mało, spolszczona jest tylko ta część interfejsu, którą mamy na głównym wyświetlaczu. Mały ekranik między cyfrowymi zegarami prezentuje informacje w języku angielskim i jest naprawdę, naprawdę mało czytelny.

Nie to jest jednak najgorsze. Najgorsza jest rozdzielczość tych ekranów, która prezentuje poziom mocno AD 2005.

Uderzyło mnie to tym bardziej, że do Lexusa IS 300h przesiadłem się wprost z nowiutkiego Mercedesa Klasy E, a chwilę wcześniej pojeździłem trochę nowym Golfem. W obydwu samochodach ekrany były naprawdę ładne. W Lexusie… cóż. Widać, że pora na nową generację IS-a, skoro facelifting nie przyniósł tak istotnej zmiany.

Szata graficzna nawigacji przywodzi na myśl wczesne produkcje Nintendo.

Kończąc znęcanie się nad interfejsem IS-a 300h dodam tylko, że nawigacja wizualnie również wygląda jak sprzed dekady, a do tego jest tak nieaktualna, że 99% czasu na Śląsku nawigowałem przy użyciu Google Maps, bo wiele dróg zdaniem Lexusa po prostu nie istniała.

Wisienką na tym niezbyt smacznym torcie jest kamera cofania, która ma rozdzielczość wystarczającą akurat do tego, żeby odróżnić człowieka od samochodu. Drogi Lexusie, mamy 2017 rok i naprawdę, czas na zmianę, bo te kilka cali pośrodku deski rozdzielczej okropnie dają się we znaki.

4. Kiedy Skoda Fabia za 1/4 wartości Lexusa ma lepsze audio, wiedz, że coś się dzieje.

Jeżeli po przeczytaniu tego nagłówka przecierasz oczy ze zdumienia, wierz mi – nie jesteś sam. Fabryczny, 8-głośnikowy zestaw Pioneer w naszym testowym egzemplarzu (wersja Black) zwyczajnie… nie brzmi.

Moja prywatna Fabia III z opcjonalnym systemem audio brzmi lepiej. Aż smutno się robi pisząc te słowa o aucie kosztującym ponad 200 tys. złotych, tym bardziej, że zestaw Mark Levinson w najwyższej konfiguracji to audio najlepsze z najlepszych.

Tymczasem w modelu IS 300h Black audio gra naprawdę… źle. Separacja instrumentów leży. Bas nie istnieje. Do tego wszystko brzmi jakoś tak sucho i nieprzyjemnie, a żeby dźwięk nabrał głębi trzeba go dość mocno rozkręcić, co przy tak dobrze wyciszonym aucie sprawia, że… jest po prostu za głośno.

I naprawdę, nie żartuję. Takie audio wstyd byłoby wsadzić do małego autka miejskiego, a co dopiero do samochodu segmentu premium.

Te wszystkie wady z pewnością mogą zniechęcić. Lecz gdybym osobiście miał w tej chwili do dyspozycji jakieś 210 tys. złotych, biegłbym do salonu Lexusa po IS-a 300h w wersji F-Sport z systemem audio Mark Levinson i nie żałowałbym ani złotówki.

Bowiem wszystkie wady Lexusa IS 300h nie mają żadnego znaczenia wobec unikalnego charakteru tego auta.

Lexus IS 300h, czyli emocje na czterech kołach

Lexus IS 300h ma w sobie coś, czego (w moim odczuciu) kompletnie brak niemieckim rywalom – charakter. To auto, które albo się kocha, albo się nienawidzi. Ja je kocham całym swoim motoryzacyjnym sercem.

1. Ależ to piękne!

Przyznaję, muszę głupio wyglądać podchodząc na parkingu do Lexusa IS 300h. Moje oczy stają się wtedy pewnie nieco maślane, a twarz przybiera z lekka cielęcy wyraz, kiedy patrzę na to, jak niesamowicie to auto wygląda.

Niesamowite są te przednie światła. Do tego świecą mocnym, białym promieniem.

Ok, przód może i jest dyskusyjny. Nie każdemu się spodoba. Ale nie można mu odmówić, że jest JAKIŚ. Przyciąga spojrzenia. Odwraca wzrok przechodniów i kierowców mijanych samochodów. Nie da się obok niego przejść obojętnie.

Z tej strony wnętrze IS 300h wygląda naprawdę… staro.

Wsiadamy do środka i tutaj wizualne „wow” jest nieco mniejsze, ale i tak… jak na konserwatywną estetykę jest bardzo odważnie. Z początku wszystko wydaje się być jakieś takie czarne, nienowoczesne. Dopiero przy bliższej inspekcji dostrzeżemy fantazyjne kształty przełączników, dźwigni zmiany biegów i konsoli środkowej.

Za to jeśli spojrzeć z boku, mamy niemal awangardę.

Plus bardzo ciekawie obsługuje się temperaturę klimatyzacji. Przyzwyczajenie się do dotykowego paska zamiast pokręteł zajmuje chwilę, ale potem jest już proste i intuicyjne. No i do tego jak wygląda!

W środku potężne jest za to inne „wow”.

2. Ależ to wygodne!

Nasz egzemplarz wyposażony był w podstawowe, pół-skórzane fotele bez podparcia lędźwiowego i z manualną regulacją. A i tak usiadłszy w nich po prostu mnie zatkało, tak są wygodne. I wierzcie mi, wiem co mówię, bo wsiadłem w nie po przejechaniu trasy Słupsk -> Warszawa w Mercedesie Klasy E, gdzie było mi zdecydowanie mniej wygodnie.

Choć kupując IS-a (ha, ha, ha, to kto da mi zwycięski kupon na lotto?) osobiście obowiązkowo brałbym fotele z pełną regulacją, to nawet te podstawowe siedziska są niesamowite. Wygodne, mięciutkie, do tego idealnie trzymają w zakrętach. Dodajmy do tego jeszcze idealnie rozłożone podgrzewanie (co nie jest taką znowu oczywistością) i mamy zestaw, w którym można przejechać całą Polskę wzdłuż i wszerz, i w ogóle tego nie odczuć – co też zrobiłem przez ostatnie 5 dni.

Na słowo pochwały zasługuje też kierownica, która jest obszyta najbardziej miękką, najprzyjemniejszą w dotyku skórą jaką kiedykolwiek spotkałem w samochodzie. Trzymanie jej w dłoniach to naprawdę świetne uczucie.

Pozycja za kierownicą jest idealna. Można tak jeździć w nieskończoność.

Lexus IS 300h zaskoczył mnie też pracą swojego zawieszenia, które – nawet na 18-calowych felgach – bardzo dobrze wybiera nierówności, nie trzęsie, jest idealnie wyważone między komfortem, a stabilnością prowadzenia. To prawdziwa rzadkość w tym segmencie, mieć taki układ w standardzie. Zazwyczaj za podobny komfort u rywali musimy słono dopłacić.

3. Ależ to ciche!

Lexusy słyną ze swojego ponadprzeciętnego wyciszenia, więc spodziewałem się, że będzie bardzo dobrze. Tymczasem przy pierwszym kontakcie nieco się rozczarowałem. W środku może nie było głośno, ale na pewno nie tak cicho, jak mógłbym oczekiwać.

Muszę jednak zaznaczyć, że pierwsze 1000 km pokonałem po absolutnie tragicznych drogach. Dopiero gdy opuściłem Śląsk i zjechałem z autostrady A4 nagle w kabinie zrobiło się niesamowicie cicho i… tak już zostało.

Po 5 dniach jazdy Lexusem IS 300h można wyciągnąć jeden wniosek – to auto jest bajecznie ciche, pod warunkiem jazdy po przyzwoitej nawierzchni. Na zniszczonym asfalcie huk opon na dużych felgach nieco ujmuje komfortowi podróżowania. Jednak na względnie nowym, płaskim asfalcie, czy też w miastach, Lexus IS 300h jest po prostu bezgłośny.

Przy 50 km/h mamy wrażenie, jakbyśmy w ogóle nie jechali (tym bardziej, że w trybie elektrycznym nie słychać silnika). Przy 90 km/h słychać tylko szum wiatru. A przy 140 km/h na autostradzie słychać… dokładnie to samo, co przy 90 km/h. Powyżej pewnego progu poziom hałasu niemal w ogóle się nie podnosi.

Ma to też swoje złe strony, bo przez tę ciszę bardzo łatwo jest przegapić moment, w którym wskazówka prędkościomierza przesuwa się odrobinę za daleko…

A skoro o prędkości mowa:

4. Ależ to się prowadzi!

Przy całym tym komforcie podróżowania można by się spodziewać, że auto będzie bujać w zakrętach i ogólnie prowadzić się raczej przeciętnie. Cytując klasyka: nic bardziej mylnego!

Tryb sport zmienia zegary i brzmienie silnika. Tryb eko wydłuża czas pracy na napędzie elektrycznym.

Lexus IS 300h prowadzi się równie wspaniale, jak jest wygodny. W zakrętach pozostaje idealnie płaski. Kierownica reaguje na każdy ruch. Auto trzyma się drogi jak przyklejone. I chociaż nie jest to super-szybkie auto, sprawia masę frajdy. To samochód z gatunku tych, w których widząc na Mapach Google „wolniej o 15 minut” zbaczamy z trasy, żeby nieco dłużej cieszyć się z jazdy.

Czarne na czarnym. To zdecydowanie najładniejszy wariant kolorystyczny tego auta.

Połączenie komfortu i sportowego prowadzenia jest tutaj po prostu idealnie zbalansowane. W IS 300h można zarówno połykać kilometry na autostradzie, jak i walczyć z zakrętami bocznych dróg z szerokim uśmiechem na twarzy. Jest aż tak dobrze.

Tylne światła są nie mniej futurystyczne od przednich.

Dodam też, że IS 300h to najbardziej zwrotne auto tej wielkości, z jakim kiedykolwiek się zetknąłem. Manewrowanie nim przy niskiej prędkości zakrawa o czary, tak zwinny jest ten Lexus.

5. Ależ to jedzie!

Czas pomówić o najważniejszym – o napędzie hybrydowym, który napędza Lexusa IS 300h. Pod maską drzemie 2,5 litrowy silnik benzynowy pracujący w cyklu Atkinsona, który połączono z dodatkowym motorem elektrycznym i akumulatorami ukrytymi pod podłogą bagażnika.

Cały ten zestaw generuje moc 223 KM, która jest przekazywana na tylną oś, a od 0 do 100 km/h IS 300h przyspiesza we wspomniane już 8,4s. Wiem, co sobie myślicie – że jak na taką moc i takie auto, ten wynik nie jest imponujący. Ja też tak myślę i wsiadając do IS-a obawiałem się, że będzie mnie to uwierać.

Tymczasem ani razu nie pomyślałem, że przydałoby mi się pod nogą więcej mocy. Ba! Większa liczba koni mechanicznych kompletnie nie pasowałaby do charakteru tego auta, który jest idealnie wypośrodkowany między sportem a komfortem.

O tym, dlaczego napęd hybrydowy to doświadczenie, po którym trudno wrócić do konwencjonalnych napędów, napisał już Piotr Barycki – odsyłam was do jego tekstu, pod którego każdym słowem się podpisuję. Spędziwszy 2 miesiące z Priusem i teraz 2000 km z Lexusem IS 300h zostaje mi tylko potwierdzić, że wrażenie z jazdy hybrydą jest nieporównywalne z niczym i, mówiąc wprost, wspaniałe.

Dźwignia zmiany biegów wygląda dość zwyczajnie. Szkoda, jest tak duża – to zbędne.

To, jak to auto przyspiesza, to poezja. Bez szarpania, liniowo, płynnie. Ani się spostrzeżemy, jak trzeba będzie zwalniać, by nie przekraczać limitów. Spod świateł zawsze jesteśmy pierwsi. Wyprzedzenie TIR-a na krajówce to żaden wysiłek. Nawet przy prędkościach autostradowych IS 300h przyspiesza praktycznie bezwysiłkowo.

Silnik słychać tylko w tych momentach, gdy depczemy mocno pedał gazu. Wystarczy go lekko odpuścić i już wraca błoga cisza. Taka praca silnika ma też drugą, niemniej istotną zaletę:

6. Ależ to (nie)pali!

Przy 223 KM i sporej masie własnej nawet po napędzie hybrydowym spodziewałem się stosunkowo wysokiego spalania. Tymczasem komputer pokładowy pokazuje, że średnio spalałem… 6,3l na 100 km. A przypomnę, że większość czasu jeździłem na zmianę to po autostradzie, to po mieście.

Pamiętajmy też, że komputer pokazuje spalanie w momentach, kiedy faktycznie coś spalamy; przy odpowiedniej technice jazdy możemy naprawdę sporo wyjeździć „na prądzie”. W mieście jest to w zasadzie bezwysiłkowe. Przyspieszamy, odpuszczamy pedał gazu, naciskamy go delikatnie i suniemy bezgłośnie przez ulice.

Ten trick z podtrzymaniem prędkości silnikiem elektrycznym można w IS 300h wykonywać do 70 km/h (w Priusie i C-HR da się to robić nawet przy 110 km/h!), a do prędkości 50 km/h możemy IS-a przełączyć w tryb całkowicie elektryczny, na którym przejedziemy nawet 3 kilometry.

W połączniu z całkiem sporym, 66-litrowym bakiem, dostajemy sportowego sedana o naprawdę dużym zasięgu. Na jednym tankowaniu można przejechać ponad 800 km, co udało mi się samodzielnie potwierdzić.

Mamy więc auto, które nie dość, że jest komfortowe, świetnie się prowadzi i jest dostatecznie szybkie, to jeszcze nie wydrenuje portfela przy dystrybutorze, ani też w serwisie, gdyż napędy hybrydowe słyną z bezawaryjności. Więcej na ten temat możecie się dowiedzieć z naszego artykułu w temacie.

Analogowy zegar przydaje szyku. W przeciwieństwie do konkurencji – nie trzeba za niego dopłacać.

Lexus IS 300h to auto, które wzbudza emocje, ale też je wycisza.

IS 300h to samochód z gatunku tych, w których po zamknięciu drzwi zostawiamy za sobą cały świat. Samochód, w którym naprawdę można się odprężyć, o niczym nie myśleć i po prostu cieszyć się z jazdy. A jeśli chcemy, odbić na boczną, krętą drogę i pozwolić sobie na odrobinę frajdy.

To prawdziwa rzadkość. Zazwyczaj jest tak, że mamy dwie skrajności – albo auta, które świetnie się prowadzą i są bardzo szybkie, ale na dłuższą metę po prostu męczą, albo samochody naprawdę komfortowe, którymi… lepiej nie wjeżdżać za szybko w zakręt.

Lexus IS 300h łączy te dwa światy w sposób, z którym nie zetknąłem się u żadnego z jego głównych rywali. Do tego jest hybrydą, którą prowadzi się jak żaden inny samochód tego segmentu. Plus, jakby nie patrzeć, nie jest jakimś super-popularnym autem w Polsce, więc możemy (całkiem słusznie) czuć się wyjątkowi, parkując między dziesiątkami aut niemieckiej produkcji.

To nie jest auto dla każdego. Ale tym, którzy dadzą mu szansę, odwdzięczy się po stokroć.

Zdaję sobie sprawę, że Lexus IS 300h nie każdemu przypadnie do gustu. Jego odważna stylistyka nie jest dla każdego. Napęd hybrydowy z marszu odrzuci wielbicieli kombi w dieslu. Wysoka cena przepłoszy wszystkich innych.

Ci, którzy jednak zdecydują się zostać, otrzymają naprawdę kapitalny samochód, który pomimo wielu wad stał się moim autem marzeń. Powód ku temu jest bardzo prosty – kombinacja wszystkich zalet i cech tego wozu sprawiła, że najzwyczajniej w świecie… jest mi w nim dobrze. Jak w żadnym innym aucie przedtem, a przewinęło się ich trochę przez moje ręce.

Jak na niewielkiego sedana, IS 300h to zaskakująco spore auto.

Dlatego tym, którzy rozważają zakup IS 300h, czy to na auto prywatne, czy firmowe, gorąco polecam spytać o wydłużoną jazdę próbną u dealera, żeby pobyć z tym autem nieco dłużej. Przekonać się na własnej skórze, czy jego wady przyćmiewają zalety, czy jednak można się przyzwyczaić do specyficznej, japońskiej inżynierii.

Lexus IS 300h.

Mi pozostało obmyślać system gry w lotto (lub strategię skoku na bank…). Bo z Lexusa IS 300h naprawdę nie chcę wysiadać. Na szczęście przede mną jeszcze 500 km trasy do Warszawy, nim rozstanę się z japońskim sportowym sedanem w parku prasowym Lexusa…

Dołącz do dyskusji

Advertisement