Kiedy raz posmakujesz hybrydy…

Felieton/Motoryzacja 31.03.2017
Kiedy raz posmakujesz hybrydy…

Kiedy raz posmakujesz hybrydy…

Niskie spalanie? Nuda. Niezawodność? Nuda. Ekologia? Nuda. O tym, co najlepsze w hybrydach, mówi się zaskakująco niewiele.

Tak, tak, niektórzy pewnie uważają, że hybrydy w ogóle to straszna nuda, chyba że mówimy o pojazdach pokroju Porsche 918. W końcu co w nich ciekawego?

Otóż sporo. I ani razu nie wspomnę o spalaniu. Serio.

Skąd w ogóle te przemyślenia?

W ciągu ostatnich miesięcy jeździłem czterema hybrydami – Priusem w klasycznej wersji, Priusem w wersji Plug-in, Golfem GTE (o którym więcej już niedługo) i Toyotą C-HR. Ta ostatnia zresztą trafiła do nas na dłuższe, miesięczne testy i od pewnego czasu jest moim podstawowym autem.

I być może takie codzienne użytkowanie hybrydy skłoniło mnie do przemyślenia tego, czego naprawdę oczekuję od samochodu. I odkrycia faktu, że większość tych cech… zapewnia mi hybryda.

Sam byłem w lekkim szoku, ale po kolei.

Cisza.

Jestem absolutnym fanem ciszy w samochodzie. Czy chodzi o długie wyjazdy, czy o krótkie przejażdżki do sklepu – ma być cicho. Żadnego warkotu, żadnego wycia – ewentualnie tylko muzyka, ale tu oczywiście sam decyduję o jej poziomie głośności.

I teraz – w przypadku samochodów z klasycznymi silnikami – nie jest tak prosto. Owszem, możemy szukać takich, które wyciszone są na tyle dobrze, że uzyskamy pełną izolację od otaczającego nas świata i dźwięków generowanych przez sam pojazd. Tyle tylko, że przeważnie… są one kosmicznie drogie.

W hybrydzie natomiast – przy odpowiednim stylu jazdy – ten problem niemal nie występuje. Jasne, wyciskanie z układu hybrydowego ostatnich potów – zwłaszcza przy klasycznych hybrydach – generuje trochę hałasu, ale jest on przejściowy. W przypadku Priusa czy C-HR silnik elektryczny może nas napędzać nawet przy prędkościach autostradowych. W Priusie Plug-in czy Golfie GTE, możemy się do niej rozpędzić nie używając silnika spalinowego.

Mniej hałasu – mniej problemu. I ani trochę nie jest mi przykro, że nie ubóstwiam dźwięku wolnossącego V8.

Nie muszę czuć, że jadę samochodem.

To może wydać się dziwne, ale nie tylko nie lubię hałasu generowanego przez samochód i jego układ napędowy, ale też nie przepadam za tym, że jego pracę czuję – np. przez delikatne wibracje na kierownicy czy lekkie szarpnięcie przy rozruchu. Nie lubię i już.

I znów – w hybrydach, nawet tych bez wielkiego akumulatora – ten problem nie istnieje. Codziennie wyjeżdżając C-HR z podjazdu jestem pod wielkim wrażeniem, jak cyfrowy wydaje się być ten samochód. Ot, klikam przycisk Start, zegary się zapalają, mogę jechać. Nic nie szarpie, nic nie burczy, nie warczy – wyjeżdżam na ulicę w pełnej ciszy.

W przypadku plug-inów, takich jak Golf GTE, jest wręcz lepiej. W nich mogę pokonać nawet spory dystans bez uruchamiania silnika w ogóle. A kiedy skończy mi się prąd – pojadę dalej na benzynie.

Nie musi mnie wgniatać w fotel, ale…

… muszę wiedzieć, że mam pod prawą stopą zapas pozwalający mi sprawnie się poruszać. Przy czym na trasie nie ma to dla mnie aż tak wielkiego znaczenia – styl jazdy mam zdecydowanie spokojny i wyprzedzanie na trzeciego z pedałem gazu w podłodze nie leży w mojej naturze.

Za to kiedy już wcisnę ten pedał gazu, chcę widzieć reakcję natychmiast. I w hybrydach – czy to zwykłych, czy plug-in – ją widzę. Przykładowo C-HR przyspieszenia do setki imponującego nie ma, tak samo zresztą jak papierowej mocy, ale ze świateł jeszcze chyba nikt nie ruszył przede mną. A w ogóle się nie staram – ot, zapala się zielone, spokojnie dotykam pedału gazu i bez żadnego wciskania w fotel patrzę tylko, jak pozostałe auta zostają w tyle.

Co dość zabawne, takie wspomaganie prądem przy ruszaniu (albo ruszanie z samego prądu) powoduje, że potem – nawet w samochodach dużo mocniejszych i szybszych – zaczynamy zauważać, że jednak jest tam jakaś chwila pauzy, chwila zawahania, zanim zaczniemy nawijać asfalt na koła.

Mógłbym tak żyć. Następna prywatnie będzie hybryda. #lexus #is300h #hybrid #carporn #car #silence #ecology #awesome

A post shared by Łukasz Kotkowski (@lukaszkotkowski) on

W trasie już nie zawsze jest tak różowo, ale to kwestia tego, z czym ten silnik elektryczny został połączony.

Inna sprawa, że przyspieszenie w takim hybrydowym czy (zwłaszcza) pół-elektrycznym samochodzie to – nawet jeśli nie mówimy o absolutnie potężnych maszynach – intrygujące doświadczenie. Wciskamy pedał i pozornie nic się nie dzieje. Tylko wskaźnik prędkości zaczyna wskazywać coraz wyższe wartości. Znów – oderwanie od świata jak w samochodzie klasy wyższej.

Do ideału daleko.

Nie będę oczywiście przekonywał nikogo, że którekolwiek z przywołanych tutaj aut to propozycje idealne. W każdym można przyczepić się do co najmniej kilku rzeczy, przy czym przeważnie nie są one związane z samym napędem, a raczej… samochodem.

W końcu Golf GTE to nadal Golf, C-HR to mały crossover ze specyficzną stylizacją, a Prius to Prius, wiadomo. Gdyby tak jednak usiąść za sterami takiego XC90 T8 czy E 350 e – kto wie, być może słabych punktów nie byłoby wcale.

Tyle tylko, że te dwa ostatnie pojazdy są przewidziane na kieszeń o pojemności zarezerwowanej dla nielicznych. Golfa, C-HR czy Priusy można kupić za około 150 tys. albo i mniej – tyle, ile rozsądnie wyposażony samochód klasy średniej z dieslem. No, może czasem odrobinę więcej.

Swoje trzy grosze w tym temacie dorzuci pewnie niedługo Łukasz, który na kilka dni siądzie za kierownicą hybrydowego Lexusa IS.

Czyli… następna będzie hybryda?

Tego, cóż, na razie nie wiem – tym bardziej, że do wymiany mojego prywatnego samochodu zostało mi jeszcze sporo czasu.

Ale bardzo prawdopodobne, że gdy przyjdzie ten moment, w pierwszej kolejności sprawdzę właśnie ofertę hybryd. A gdybym nie miał ograniczonego budżetu i miał dokonać wyboru teraz – nawet bym się nie zastanawiał. Padłoby na hybrydę.

I nawet częściowo nie wynikałoby to z obietnic niskiego spalania…

Dołącz do dyskusji

Advertisement