Telewizja umiera? Debaty prezydenckie w USA pokazują, że ma się dobrze

Artykuł/Media 27.09.2016
Telewizja umiera? Debaty prezydenckie w USA pokazują, że ma się dobrze

Telewizja umiera? Debaty prezydenckie w USA pokazują, że ma się dobrze

W XXI wieku wybory wygrywa się w Internecie? Niekoniecznie. Debaty prezydenckie w USA dowodzą, że telewizja ma się całkiem nieźle.

Pierwsza z zaplanowanych debat prezydenckich w USA za nami. Hillary Clinton starła się z Donaldem Trumpem. Kandydatowi republikanów komentatorzy zarzucają niewystarczające przygotowanie. Z kolei byłej sekretarz stanu zabraknąć miało swobody.

Debata upłynęła pod znakiem wzajemnych ataków personalnych. Clinton zaapelowała do Trumpa o opublikowanie sprawozdań podatkowych. Ten ostatni ripostował, że ujawni je, gdy kontrkandydatka zamieści 33 tys. usuniętych maili. Jako zwyciężczyni wskazywana jest w mediach Hillary Clinton. W internetowych sondach z kolei często wygrywa Trump.

Jedno jest pewne. Poniedziałkowa debata nie rozstrzygnęła, kto zostanie prezydentem USA.

Debaty prezydenckie w Stanach Zjednoczonych przyciągają dziesiątki milionów widzów. Mamy do czynienia nie tylko z telewizyjnym show, ale i potężnym narzędziem wpływu.

Z sondażu przeprowadzonego przez Wall Street Journal i NBC News wynika, że dla 34 proc. zarejestrowanych głosujących trzy debaty będą bardzo istotne lub istotne w podjęciu decyzji, kogo wesprą w wyścigu do Białego Domu.

Historia debat pokazuje, że umiejętność radzenia sobie przed kamerą i milionowym audytorium ma ogromny wpływ na sukces wyborczy. Tak było 26 września 1960 r., gdy Richard Nixon spotkał się podczas debaty z Johnem F. Kennedym.

Efekty były zaskakujące. Świetnie przygotowany, swobodny i pewny siebie senator wypadł dużo lepiej, niż spięty, zmęczony i gorzej ubrany wiceprezydent. Strój zresztą był dość istotnym elementem spektaklu. Na filmowym zapisie starcia możemy zobaczyć wyrazistego Kennedy’ego i zlewającego się z tłem Nixona. Dosłownie, bo za sprawą garniturów.

W pewnym sensie historia powtórzyła się w 1980 r., gdy Jimmy Carter stanął naprzeciwko Ronalda Reagana. Co możemy zobaczyć na filmach sprzed 36 lat? Przede wszystkim to, że Reagan doskonale wykorzystał umiejętności aktorskie, panował nad sytuacją i górował nad stłamszonym Carterem pewnością siebie. Do historii przeszły pytania skierowane do wyborców przez Reagana:

„Czy jest wam lepiej niż cztery lata temu? Czy łatwiej wam iść i robić zakupy niż cztery lata temu? Czy bezrobocie w kraju jest większe czy mniejsze niż cztery lata temu. Czy Ameryka jest tak samo szanowana na świecie, jak cztery lata temu? Czy czujecie, że nasze bezpieczeństwo jest tak pewne, że jesteśmy tak samo silni, jak cztery lata temu?”

Debacie towarzyszyła afera, która wyszła na jaw dopiero kilka lat później. Sztab Reagana wszedł w posiadanie dokumentów, które służyły Carterowi do przygotowań. W zbiorowej pamięci, bardziej niż ona, zapisały się jednak słynne słowa Reagana. „A pan znowu swoje” – powtarzał podczas telewizyjnego spotkania z trzydziestym dziewiątym prezydentem USA.

Debata Reagan – Carter była rekordowa. Śledziło ją 80 milionów Amerykanów. Dla porównania, starcie Nixon – Kennedy oglądało i słuchało 65 do 70 milionów Amerykanów.

Bardziej skomplikowana była sytuacja po debatach między Barackiem Obamą i Mittem Romney’em w 2012 r. Wynik miał zostać rozstrzygnięty w ostatnim, trzecim starciu. Publicysta serwisu Slate, John Dickerson pisał, że Obama wygrał, co prawda, ostatnią debatę, ale Romney może myśleć, że wygrał wojnę. W pierwszym starciu kandydat republikanów zdecydowanie pokonał demokratę. „Większość się zgodzi: Mitt Romney wygrał w środę pierwszą debatę wyborów prezydenckich 2012” – pisał „Washington Post”, któremu trudno zarzucić sprzyjanie republikanom.

Jak było w Polsce?

Emocje towarzyszą również debatom w polskiej polityce. Do historii przeszły medialne starcia Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego z 12 i 15 listopada 1995 r. Mało kto pamięta dziś o jakich problemach dyskutowali obaj politycy. Większość jednak będzie kojarzyć z Wałęsą wypowiedź o tym, że może podać Kwaśniewskiemu nogę. Podczas drugiej debaty padły inne słynne słowa. „Pan w niedzielę wszedł tu jak do obory, i ani be, ani me, ani kukuryku” – zarzucał prezydent kandydatowi Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Wałęsa przegrał zarówno debaty, jak i wybory.

Trudno powiedzieć czy polskie debaty mają wymierny wpływ na decyzje wyborców. Patrząc na tę z ubiegłego roku, można w to szczerze wątpić.  W maju 2015 r. przed kamerami stanęło 10 z 11 kandydatów. Ówczesny prezydent, Bronisław Komorowski odmówił udziału. Widzowie zapamiętali z tego spotkania niewiele. Paradoksem jest, że chyba najbardziej barwną i wyrazistą postacią (choć niekoniecznie najpoważniejszą i najmądrzejszą), był Grzegorz Braun, który zamienił swoje wystąpienie w polityczny happening. Wypromował przy okazji hipnotyzującym głosem jedno ze swoich haseł: „Kościół, szkoła, strzelnica”.

Debata skojarzyła się internautom z programem „Jeden z dziesięciu” i jeżeli w ogóle zostanie zapamiętana, to jako festiwal politycznego folkloru.

Znamienne jest, że polskie debaty są najczęściej nudne, a występujący w nich politycy rażą sztucznością i wystudiowanymi gestami, które specjaliści od wizerunku wbijali im do głów miesiącami. W historii były wyjątki. Najznamienitszym, choć nietypowym i występującym niejako “poza konkursem” było spotkanie do którego doszło u schyłku PRL, 30 listopada 1988 r. Przed kamerami wystąpili wówczas dwaj liderzy związkowi. Lech Wałęsa reprezentujący NSZZ “Solidarność” i Alfred Miodowicz z OPZZ. Wbrew obawom doradców Wałęsa poradził sobie świetnie i zdeklasował Miodowicza operującego partyjną nowomową.

Miałem 10 lat, gdy zasiadłem w ten listopadowy wieczór przed telewizorem z rodzicami. Zapamiętałem podniosłość chwili i wielokrotnie powtarzane przez przyszłego prezydenta słowo “pluralizm”, którego wówczas nie rozumiałem.

Merytoryczne aspekty starć kandydatów nie były i nie są tak istotne, jak sposób ich prezentacji.

Widać to choćby w materiałach podsumowujących spotkania przed kamerami. Dziennikarze oceniają mowę ciała, postawę, nastawienie do kontrkandydata. Bardziej niż słowa liczy się ekspresja. Ważniejsza od argumentów jest błyskotliwość kandydatów. To dlatego przez kanały informacyjne przetaczają się stadnie eksperci od wizerunku, psychologowie i socjologowie, którzy komentują każdy pozawerbalny szczegół debaty. Również dlatego tak ważnym medium pozostaje w kampanii telewizja, mimo że jej wadą jest fakt, że odbiorca biernie przyjmuje przekaz płynący z ekranu.

Moc Internetu płynie z interakcji, ale siłą telewizji jest skupienie uwagi widza. Właśnie na tym bazują debaty telewizyjne. Oglądający nie jest bombardowany tak wieloma bodźcami, jak w sieci i może z uwagą obserwować zachowanie kandydatów, i wyrobić sobie zdanie na ich temat.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement