Mam na imię Rafał i jestem googleholikiem

Felieton/Technologie 23.08.2016
Mam na imię Rafał i jestem googleholikiem

Mam na imię Rafał i jestem googleholikiem

Jestem uzależniony od usług Google. Uświadamiałem sobie to wiele razy. Ostatnim razem dziś, gdy po raz kolejny musiałem sprawdzić coś w mapach giganta.

Rano dzwoni budzik. Czas mojego snu odmierza aplikacja oferowana przez Google. Smartfonem, który pełni też rolę zegara zarządza system operacyjny Google. Po przetarciu oczu sprawdzam pocztę Google i przypomnienia w Google Keep. Dni, tygodnie i miesiące odlicza Kalendarz Google. Gdy muszę pojechać w nieznane mi miejsce sprawdzam trasę w Mapach Google. Zanim wyruszę w drogę zerkam na pogodę w Google Now. Jeżeli zabraknie mi słowa w obcym języku sięgam po Tłumacza Google. Poszukiwania w sieci prowadzę przy użyciu wyszukiwarki i przeglądarki Google. Aplikację kupuję w Google Play. Cześć plików zapisuję na Dysku Google. Wideo najczęściej oglądam na YouTubie. Na smartfonie piszę przy użyciu Klawiatury Google. Co jeszcze? Przypomina mi się jeszcze Google Analytics czy Trends.

Nie wiem czy to już wszystko. Łatwiej mi przyjdzie wymienić usługi, z których w ogóle nie korzystam. Pierwszą z nich jest Google+. Usunąłem konto w tym serwisie społecznościowym już dość dawno temu. Aktywność w tym mieście duchów nie dawała mi frajdy. Nie chwyciły mnie za serce również Hangoutsy. Owszem, zanim pojawił się Facebook Messenger używałem Google Talk, później nie miało to większego sensu, bo większość moich znajomych wybrała Facebooka.

Jasne, inni giganci również dostarczają mi swoje usługi. Facebook, Apple, Microsoft, Amazon, Twitter – to ci najwięksi. Pomniejszych nie ma sensu wymieniać. Żaden z nich nie wie o mnie tyle i nie zna mnie tak, dobrze jak Google. Dlaczego? Bo o ile np. na Facebooku mogę kreować świadomie swój wizerunek, Google’owi muszę pokazać to, kim jestem poprzez swoje wyszukiwania, oglądane filmy, wpisywane frazy, przypomnienia, trasy itp.

Wiele razy próbowałem szukać alternatywy i zamienników. Nie udało się.

Parę lat temu w przejawie buntu przeciwko wszechobecności Google postanowiłem pożegnać się z usługami firmy. Przez kilka miesięcy używałem produktów innych dostawców tam, gdzie miało to sens. O ile zmienić konto pocztowe jest stosunkowo łatwo, to już przesiadka z wyszukiwarki Google na inną nie ma najmniejszego sensu. To samo dotyczy map, YouTube’a. Pewnie mógłbym pobrać ładniejszą aplikację Zegara, a zamiast Google Keep przerzucić się na znacznie bardziej rozbudowany Wunderlist. Cóż z tego, skoro wolę prostotę tego pierwszego rozwiązania? Po co utrudniać życie, gdy siłą Google jest ekosystem usług. To, że wzajemnie się dopełniają. Użytkownik szybko traci motywację, by szukać alternatywy.

„Chcemy, by Google stał się trzecią połówką twojego mózgu” – powiedział kilka lat temu współtwórca firmy, Sergey Brin.

Ta wróżba spełnia się. Z każdym rokiem Google sięga coraz dalej i zamierza kontrolować kolejne dziedziny. Dobrym przykładem jest zaprezentowane podczas tegorocznej konferencji I/O Google Home. To póki co jedynie zapowiedź, rodzaj zwiastuna, który świetnie wyraża dążenia właścicieli. Informacje i elektronika konsumencka to jednak nie wszystko. Powstała rok temu spółka Alphabet jest dowodem na to, jak dalekosiężne są plany Page’a czy Brina.

Jaki jest morał z tej opowieści?  Nie, nie napiszę, że Google jest zły, chce przejąć władzę nad światem, dąży do monopolu i robi wszystko, by owieczki wpadały prosto w jego ramiona. Coś w tym być może jest, co zresztą Brin ujął w formie metafory. Larry Page był bardziej dyplomatyczny, gdy mówił o porządkowaniu zasobów informacji i zapewnianiu powszechnego dostępu. Zejdźmy z tej Czomolungmy i wróćmy do użytkownika, takiego jak ja, który na co dzień korzysta z usług giganta w tak wielu aspektach, że ma problem z ich policzeniem. Ktoś powie, że jestem nienormalny, dając Google wgląd w piekielnie dużą część mojego życia. Odpowiem wtedy, że w przeciwieństwie do większości klientów Google, przynajmniej z grubsza wiem, co udostępniam amerykańskiej firmie. Ba, dość często sprawdzam swoją aktywność na stronie myactivity.google.com. Po co to robię? Chcę mieć poczucie elementarnej kontroli. Być może złudne, ale jednak.

Jeżeli korzystacie z Facebooka wejdźcie w ustawienia i kliknijcie na samym dole link „Pobierz kopię swoich danych z Facebooka”. Będziecie poproszeni o potwierdzenie i po kilku czy kilkunastu minutach otrzymacie wgląd do udostępnianych informacji. Jeżeli będzie wam mało, przeczytajcie też tekst Przemka Pająka o tym, co Facebook udostępnia reklamodawcom. Skąd ten nagły skok z jabłoni na gruszę? Nie po to, by pokazać, że są gorsi. Po to, by wyrazić oczywistą prawdę, że po prostu nie ma odwrotu.

Wybór jest prosty. Możemy zablokować uprawnienia, wylogować się z konta Google (czy jakiegokolwiek innego), zrootować smartfona i zmniejszyć poziom szpiegowania, albo nabyć jeden z tych wynalazków, które miały chronić użytkownika przed inwigilacją. Do tego dorzućmy szczyptę szyfrowania i garść serwerów proxy. Ktoś, kto bardzo chce, przykręci kurek z informacjami płynącymi światłowodami i bezprzewodowo. Nie ukryje się, musiałby zrezygnować z wszelkiej elektroniki, ale zapewni sobie komfort bycia “w miarę” anonimowym. Pytanie tylko czy rzeczywiście będzie to komfort.

I tu właśnie pies jest pogrzebany. Wygoda to klucz do odpowiedzi na pytanie czy warto transferować do sieci część swojego życia. Google i inne firmy przekonały nas do swoich usług nie gładkimi słówkami, ale ułatwieniem życia w wielu aspektach. Natychmiastowym dostępem do informacji. Jaką cenę zapłacimy, jeszcze się okaże.

PS. Ewangelizatorów prywatności i proroków anonimowości proszę o powstrzymanie się od epitetów i kalumnii.

Dołącz do dyskusji

Advertisement