Wystarczyła jedna wiadomość w serwisie społecznościowym, aby rozpocząć ciąg ważnych dla mnie zmian

Felieton/Social media 07.06.2016
Wystarczyła jedna wiadomość w serwisie społecznościowym, aby rozpocząć ciąg ważnych dla mnie zmian

Wystarczyła jedna wiadomość w serwisie społecznościowym, aby rozpocząć ciąg ważnych dla mnie zmian

Zaczęło się od bana na Twitterze. Już nawet nie pamiętam, komu go dałem, ale dzisiaj jestem za to wdzięczny, bo ten ban był pierwszym krokiem. Pierwszym etapem redukcji szumu.

Rewolucję zapoczątkował krótki impuls. W niedzielny ranek, leżąc jeszcze w łóżku przeglądałem Twittera i nagle zobaczyłem tam wpis, który mnie zirytował. W normalnych okolicznościach, będąc ustawicznie podłączonym do nieprzerwanego strumienia informacji, z owej irytacji nic by nie wynikło; przeszedłbym nad nią do porządku dziennego jakieś 3 sekundy po przeczytaniu tweeta. Ale tym razem sekunda irytacji zapoczątkowała lawinę.

Nie wiem, dlaczego doszło do tego tak późno, ale w końcu mój mózg zadał sam sobie pytanie: „dlaczego godzisz się oglądać takie gówno na swoim Twitterze?”. I to był moment idiotycznego wręcz otrzeźwienia. Po jednym banie przejrzałem obserwowane przeze mnie konta i praktycznie od razu przestałem obserwować blisko 50 z nich. A potem jeszcze więcej. Z ponad 300 obserwowanych ostało się tylko 140 kont.

Idąc siłą rozpędu skoczyłem na Instagrama – bum, licznik obserwowanych zmalał o połowę.

Następny w kolejce był YouTube i muszę przyznać, że było to wyzwanie, bo od tego medium jestem beznadziejnie wręcz uzależniony, także pożegnanie się z subskrypcjami, nawet tymi, na których nic się nie dzieje albo na które zaglądam tylko “z rozpędu”, było bolesne. Jeszcze bardziej bolesne było wyczyszczenie zakładki „do obejrzenia” z filmów, które dodawałem tam machinalnie, pozostawiając tylko te, które FAKTYCZNIE mam zamiar obejrzeć. Tym sposobem zamiast 200 śledzonych subskrypcji licznik pokazuje teraz mizerne 75.

Najgorzej było jednak przegryźć się przez Facebooka, bo tam nie sprzątałem od założenia konta. Jednak i tam się udało, i to nawet bez zbytecznych sentymentów: liczba znajomych spadła do poziomu poniżej połowy poprzedniego stanu, a z kilkuset (!) polubionych na przestrzeni lat stron, nadal lubianych pozostało… 30.

To było dwa tygodnie temu i przez ten czas nie zdążyłem sobie dodatkowo zaśmiecić mediów społecznościowych. Ba, niektóre wpadły pod jeszcze bardziej ostry nóż selekcji. A ja czuję się naprawdę wspaniale, przeprowadziwszy taką „redukcję szumu”. I nadziwić się nie mogę, że nie zrobiłem tego wcześniej.

Szum informacyjny męczy.

Komuś, kto nie przyswaja dzień w dzień tak ogromnej ilości informacji i nie cierpi na nieuleczalne FOMO powyższe akapity mogą wydawać się oczywistą oczywistością, a jednak dla kogoś takiego jak ja, kto z tytułu różnych uwarunkowań żył od kilku lat w totalnym przeładowaniu szumem informacyjnym, wyczyszczenie sociali ze śmieci było prawdziwym katharsis. Bo mówiąc wprost – zmęczyłem się.

Tak jak organizm męczy się, jeśli przez dłuższy czas karmimy go tylko fast-foodem, tak i mózg męczy się, będąc wystawionym na śmieciowe informacje. Niepotrzebne tweety. Niewnoszące nic posty na Facebooku. Marnej jakości obrazki na Instagramie. Filmy na YouTube, które już dawno przestały interesować… to wszystko po prostu mnie zmęczyło.

Postawiłem więc sobie prosty cel: wyeliminować z tych najczęściej odwiedzanych mediów wszystko, co nie wnosi do mojego życia żadnej wartości informacyjnej, tudzież artystycznej; wyrzucić stamtąd wszystko, co rzuca choćby niewielki cień irytacji. Zastąpić te irytacje czymś bardziej wartościowym. Tak też zrobiłem i teraz – prawdę mówiąc – dopadł mnie inny “problem”:

Facebook przestał być śmietnikiem. I co teraz?!

Po gruntownym wyczyszczeniu śledzonych kont i listy znajomych, mój Facebook nagle stał się… nudny. Tak jak wcześniej niczym robot chłonąłem wszystko, co tylko przewijało mi się przez tablicę, tak teraz zbywam to wzruszeniem ramion. Skończyło się tak, że od kilku dni na Facebooka zaglądam tylko po to, żeby prowadzić własną stronę lub strony Spider’s Web.

Podobnie rzecz się ma na YouTubie, gdzie dostrzegam u siebie wręcz syndrom odstawienia. Redukcja liczby subskrypcji sprawiła, że dziennie w moim feedzie pojawia się znacznie mniej filmów. I nie mam już pożywki dla własnej prokrastynacji, która uprzednio karmiła się automatycznym oglądaniem wszystkiego, co tylko wpada na youtube’ową skrzynkę. A jednak wiem, że to zdrowe, bo cofając subskrypcje, które straciły na wartości, zrobiłem miejsce dla tych, które w ten czy inny sposób mnie ubogacają.

Ciekawą sytuację zaobserwowałem na Twitterze i Instagramie: choć tam również spędzam mniej czasu niż uprzednio, jest to czas spędzony… po prostu lepiej. Na Instagramie zostały praktycznie same konta, które postują treści naprawdę wysokiej jakości. Inspirujące, często depczące moją fotograficzną ambicję. Twitter? Tam zostali tylko ludzie tweetujący z sensem, lub takie konta, co do których z przyczyn zawodowych muszę mieć pewność, że niczego nie przegapię.

I wiecie co? Przez ostatnie dwa tygodnie ani razu nie poczułem, żeby brakowało mi któregokolwiek z tych kont, które przestałem obserwować, niezależnie od medium. Jakkolwiek to brzmi, okazuje się, że można żyć, nie mając setek wirtualnych znajomych i cyfrowych pokemonów w kolekcji.

Lepiej późno, niż wcale?

Znam kilka osób, które takie zabiegi przeprowadzają regularnie i zawsze trochę się im dziwiłem, czy może nie chciałem zrozumieć, co tak naprawdę one im dają. Teraz wiem. Przywołując wcześniejszą analogię przyswajania wyłącznie fast-foodów: tak jak zmiana diety na zdrowszą „oczyszcza” organizm i sprawia, że czujemy się lepiej, tak ograniczenie szumu informacyjnego bardzo pozytywnie wpływa na umysł. Takie „odciążenie obwodów” to cudowne uczucie.

W ciągu ostatnich dni zastosowałem tę strategię także w innych obszarach cyfrowego życia; wywaliłem ze smartfona wszystkie aplikacje, które nie są mi absolutnie niezbędne. Posegregowałem czytnik RSS, usuwając z niego bezwartościowe informacje. Zmieniłem główne strony w przeglądarce na takie, które dają mi szybki przegląd wiadomości ze świata (przy czym zazwyczaj tylko rzucam na nie okiem, bo gdyby stało się coś NAPRAWDĘ wartego uwagi, taka informacja mieniłaby się na czerwono), wyczyściłem zakładki, posegregowałem bajzel w evernote’owych notatkach… zredukowałem szum.

Jedni mówią na to „cyfrowe zen”. Inni – „minimalizm”. Dla mnie wszystko to, co opisuję wyżej, to „redukcja szumu”. Szumu informacyjnego, przeładowania treścią, nadmiaru tworzenia, niewspółmiernego do naszych możliwości konsumpcji.

Tworzymy wszystkiego o wiele więcej, niż jesteśmy w stanie przetrawić. Przez dobrych kilka lat próbowałem z uporem maniaka przegryzać się przez to wszystko, zmuszać mózg do pracy na najwyższych obrotach – tak przynajmniej myślałem. W praktyce wystawiałem się na nieustanne bombardowanie szumem. Otępiającym, usypiającym szumem.

I pomyśleć, że wystarczyło tak niewiele, by się obudzić.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji