Hejty, pasty, kaleczenie języka, grupy wsparcia i chęć zemsty, czyli co nastolatkowie robią na Facebooku

Felieton/Technologie 23.02.2016
Hejty, pasty, kaleczenie języka, grupy wsparcia i chęć zemsty, czyli co nastolatkowie robią na Facebooku

Hejty, pasty, kaleczenie języka, grupy wsparcia i chęć zemsty, czyli co nastolatkowie robią na Facebooku

Nie należę do wielu grup na Facebooku. Jeśli już to z powodów dość dla mnie oczywistych – albo utworzyliśmy ze znajomymi miejsce, by się móc łatwo i szybko skomunikować w jakiejś sprawie, poddać ją dyskusji, albo należenie do jakiejś grupy podyktowane jest chęcią uzyskania przeze mnie informacji na jakiś temat. Nie interesują mnie facebookowe społeczności, w których się jest dla rozrywki, tzw. beki czy poznania kogoś nowego. Jakiś czas temu jednak, zachęcona przez jednego z redakcyjnych kolegów, dołączyłam do dwóch grup: Storyofmajlajf i Uczuciopedia – Uprising. Ów kolega stwierdził, że to ciekawy materiał na tekst właśnie dla mnie. I, cóż, nie pomylił się.

O co tu chodzi?

Tym, którzy niespecjalnie orientują się w facebookowych społecznościach, przyda się krótkie wyjaśnienie. Uczuciopedia i Storyfmajlajf to zamknięte grupy na Facebooku (co znaczy, że można się do nich dostać i czytać treści tylko wtedy, jak któryś z uprawnionych do tego członków zaakceptuje nasze zgłoszenie; do Uczuciopedii dużo trudniej się dostać niż do Story…, ale o tym za chwilę), które liczą po kilkanaście tysięcy użytkowników portalu. Przedział wiekowy jest naprawdę szeroki – od dzieci z podstawówki, poprzez licealistów, aż po ludzi, którzy są w wieku produkcyjnym i mają już na swoim koncie na pewno pierwszą pracę czy chodzą na studia.

Obie grupy, które teoretycznie wydają się podobne, mają inną specyfikę. Jeśli miałabym w skrócie je scharakteryzować, mogłabym powiedzieć, że Storyofmajlajf to grupa wsparcia dla nastolatków, którzy dzięki Internetowi chcą poczuć się docenieni, szukają aprobaty i czasem mają ochotę kogoś, mówiąc potocznie, pohejtować. Robią to za mocą tzw. past internetowych, czyli zabawnych lub smutnych historyjek – stori, które im się przydarzyły (najgorszym oskarżeniem jest to o niewiarygodność zdarzenia i skopiowanie opowieści z Sieci) pisanych w kilku czy nawet kilkudziesięciu wersach.

Uczuciopedia zaś to coś na wzór słynnego Karachana. Ich misją jest kpienie z innych i nierzadko samosąd, tyle że wszystkie działania na Facebooku (grupa ma też swoją stronę w Internecie – Uczuciopedia.pl) w odróżnieniu od Karachana prowadzone są przez członków grupy pod imieniem i nazwiskiem; ci publikują tam też swoje wideo i zdjęcia. Co ciekawe, członkowie Uczuciopedii wyśmiewają często pasty (u nich też pojawiają się tego typu posty), które pojawiają się właśnie w Storyofmajlajf, sugerując, że członkowie tej ostatniej grupy są niedojrzali, żałośni, szukają atencji.

Aby lepiej zrozumieć istotę tych dwóch specyficznych miejsc w polskim Internecie, spójrzcie poniżej. To przykładowe posty, które zostały opublikowane w obu grupach. A tych pojawia się tam bez mała kilkadziesiąt dziennie. W ostatnim miesiącu moja facebookowa tablica sugerowała mi, że jedyne aktywności, jakie chcę śledzić to właśnie te związane ze Storyofmajlajf albo Uczuciopedią.

storyofmajlajf-screen-facebook
Przykładowy post w grupie Storyofmajlajf
uczuciopedia-screen-facebook
Przykładowy post w grupie Uczuciopedia

Specyfika języka – “Halo, onkologia?”

Obie grupy to gratka dla językoznawców. Oczywiście, wszyscy dobrze wiemy, że Internet wykształcił charakterystyczne dla siebie skrótowce i wyrazy, ale dopiero obserwując takie grupy jak Storyofmajlajf czy Uczuciopedia zrozumiecie w czym rzecz. Tu specjalnie pisze się z błędami (na przykład, bonć zamiast bądź, mno zamiast mną, motzno zamiast mocno), nagminnie używa się zdrobnień (raniutko, mamcia, ludkowie), przeinacza się słowa, tworząc swoistą nowomowę. Można powiedzieć, że te grupy są jak jakieś forum poświęcone danemu hobby, gdzie tylko użytkownicy wiedzą, o co chodzi i dopiero po przejrzeniu jakiejś liczby postów, zaczyna się nadążać za innymi. Tu nie ma “mamy”, jest “mamke”, “tatę” zastąpił “tatke”, a twój wiek to “lvl”, czyli level. Mile widziane są wszelkie anglicyzmy i przeinaczenia słów.

Tu nikt nie pisze “płaczesz”, zamiast tego poznajemy nowe słowo, “płakasz”. Popularne są też wszelkiego rodzaju skróty, pisanie bez spacji, dodawanie na końcu wyrazu oznaczeń poszczególnych plików, określających, co działo się w danej chwili (“exe” będzie oznaczało rozpoczęcie czegoś czy proces w toku, “gif” – poruszanie się czy coś nagłego), onomatopeje, inwersje, pisanie w sposób niezgodny z zasadami języka polskiego. Somlowicze i Uczuciopedyści, jak nazywają siebie członkowie obu grup, lubują się w używaniu słowa “rak” we wszelkich odmianach. A rakiem czy rakowiskiem może być wszystko, osoba, która komuś się nie podoba, bo jest żałosna czy nieśmieszna, zdarzenie, które nie potoczyło się po naszej myśli, niesprzyjające otoczenie. A jak jest rak, to trzeba wzywać onkologa. To taka moda, to taki trend.

Krasze, szkoła i hierarchia w grupie

Jeśliby na podstawie tych dwóch grup chcieć odpowiedzieć na pytanie, co interesuje dzisiejszą młodzież, można stwierdzić, że wszystko, co zagraniczne, związane z nowymi technologiami i social media, ale także zwykłe, codzienne życie i nierzadko cóż, psucie życia innym. Emocje budzą w nich ich rodzice, szkoła, nauczyciele. Popularny jest podział na różne subkultury, na przykład takie jak tomboje (z ang. tomboy). Największe zainteresowanie zdobywają w grupie Storyofmajlajf historie o kraszach, czyli osobach, w których członkowie są zakochani lub którymi są zauroczeni. Moda na kraszów powoduje, że Storyofmajlajf momentami przypomina towarzystwo wzajemnej adoracji, bo stwierdzenia typu “omg kraszuje cie” pojawiają się bardzo często.

Obydwie grupy wykształciły wewnętrzną hierarchię członków. Są osoby, które są powszechnie lubiane i takie, które nigdy nie będą podziwiane przez resztę grupy. Poważani są admini, to zwłaszcza widać w Uczuciopedii. Tam poddaje się głosowaniu to, kto powinien zarządzać grupą. To hermetyczne środowiska, które wzorem Ask.fm, tworzą galerię fejmów i fejków.

Kontrowersje wokół grup, czyli jak zmieszać kogoś z błotem

Przynależność do Uczuciopedii ostatnio wzbudziła ogromne kontrowersje. W Sieci pojawiło się wideo, w którym mogliśmy zobaczyć młodego chłopca. Ten aby dostać się do grupy… wypił wodę ze szkolnej toalety. Uczuciopedysta, który rzekomo dał takie zadanie chłopakowi, zaprzecza, że go do tego zmusił. Jeśli temu wierzyć, okazuje się, że młodzi ludzie, aby dostać się do jakiejś “grupki” na Facebooku są gotowi zrobić właściwie wszystko.

Są w stanie się poniżyć, upokorzyć publicznie. Internet zareagował oburzeniem, ale takie zachowanie jest dla członków Uczuciopedii prawdziwą pożywką. Po wspomnianym wydarzeniu vloger, autor kanału na YouTubie DanielVlog opublikował wideo, w którym krytykuje zachowanie chłopca. Uczuciopedyści odebrali to jako atak na nich samych i postanowili zemścić się na youtuberze, komentując w dowolny (czyt. niewybredny) sposób jego materiały i dając mu łapkę w dół.

To nie pierwszy raz, kiedy Uczuciopedyści dobierają się komuś do skóry. Takie akcje, w których mają okazję kogoś upokorzyć, kogoś komu ich zdaniem się to należy, określają mianem “inby”. Niedawno w grupie pojawiały się screeny rozmów jednego z członków z dziewczyną, która jego zdaniem dopuściła się niewierności. Ta została zmanipulowana, weszła z chłopakiem w wirtualny związek. Związek, który był tylko jednym ze sposobów, by ją upokorzyć. W grupie pojawiały się wideo z dziewczyną, a także – jeśli mnie oczy nie zmyliły – zdjęcie jej waginy i odbytu.

Jeden z członków Uczuciopedii i jej administrator komentuje taki charakter grupy w następujący sposób:

Administracja bardzo rzadko ingeruje w działalność użytkowników. Kwestie moralne nie mają z tym nic wspólnego, bo w założeniu nie polega to na zniszczeniu komuś życia, a na piętnowaniu pewnych zachowań, publikowanych treści i skrajnej głupocie osób, które dopuszczają się różnych czynów. Z perspektywy osoby postronnej, “zwykłego użytkownika Internetu”, rzeczy, które zamieszczane są w grupie mogą wywołać oburzenie. Jednakże Uczuciopedia to hermetyczne środowisko wyselekcjonowanych osób, które zdają sobie sprawę z tego, co robią i jakie treści są tam publikowane. W założeniu jest to grupa skupiająca świadome osoby z dystansem do siebie i życia, kreujemy satyryczne poglądy, każdy ma prawo napisać to co myśli. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku.

Głupcy, wredni, a może zagubieni i naiwni?

A może też nietolerancyjni, bezczelni, przekonani o anonimowości, której tak naprawdę nie mają? Wizerunek przeciętnej młodej osoby wysnuty na podstawie działań członków grup, takich jak Uczuciopedia i Storyofmajlajf nie nastraja pozytywnie. Bardziej przeraża ta pierwsza, bo nastolatkowie opisujący historie ze swojego życia wydają się po prostu nieszkodliwi.

Obie grupy budzą we mnie ambiwalentne uczucia, choć trudno stwierdzić, żebym pochwalała takie zachowania, jakie prezentują niektórzy z członków Uczuciopedii. Prawdę mówiąc, większością jestem po prostu zgorszona i przerażona. Co jednak zaskakujące (i straszne), są to ludzie, którzy potrafią się zjednoczyć w imię jakiejś wspólnej idei, dzielą się też swoim życiem prywatnym, szukają kontaktu z innymi. Szkoda jednak, że ich energia wykorzystywana jest w taki sposób. Szkoda, że w ramach wspólnoty, którą stworzyli, nie chcą dla odmiany zrobić czegoś innego. Ale łatwiej jest przecież publikować z jakimś złośliwym komentarzem zdjęcie zrobione komuś z ukrycia lub utrudniać komuś istnienie, niż zaangażować się w pomoc innej osobie.

Co odróżnia członków Storyofmajlajf od Uczuciopedystów, to fakt, że ci pierwsi są o wiele bardziej otwarci na otoczenie. Mocniejsi nierzadko stają tam w obronie słabszych, większość osób chce, aby panowała przyjazna atmosfera, chcą szanować nawzajem swoją inność we wszelkich aspektach: orientacji seksualnej, poglądów. Wyrażają wsparcie i współczucie. I to – biorąc pod uwagę specyficzny charakter tej grupy, bo historie, jakie pojawiają się na jej łamach są naprawdę różne i nie brak w nich wulgaryzmów, faktów nieco szokujących – zaskoczyło mnie pozytywnie.

Po doświadczeniach związanych z uczestnictwem w obu grupach wiem jednak na pewno tylko jedno: Internet już dawno mnie przegonił. Nie wyobrażam sobie czynnego należenia do którejkolwiek z nich. Tak, prawdą jest, że ja też jako nastolatka szukałam akceptacji i popularności. Pewnie nadal jej szukam, jak wielu z nas. Ale mam wrażenie, że odbywało się to i odbywa w jakiś normalniejszy, zwyklejszy i… bardziej ludzki sposób.

* Grafika: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji