Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – hit czy kit? (dyskusja ze spoilerami)

Artykuł/RTV 20.12.2015
Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – hit czy kit? (dyskusja ze spoilerami)

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy – hit czy kit? (dyskusja ze spoilerami)

Premiera filmu Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy już za nami, dlatego pytamy: podobało się, tego oczekiwałeś, jak oceniasz wykonanie, a jak fabułę?

gajewskiMaciej Gajewski:

Przebudzenie Mocy to świetny twór. Nie jest doskonały, kilka wątków, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, zostało zbytnio uproszczonych – najprawdopodobniej z braku czasu, dwie godziny to niewiele, jak chce się opowiedzieć tyle na raz. To niestety nawet na pierwszym seansie na „wymarzonym” filmie, a więc z hurraoptymistycznym nastawieniem, kłuje. Dlatego też ten film dużo lepiej „wchodzi” za drugim podejściem, gdy nie jesteśmy zalewani treścią i możemy zacząć się nad nią reflektować.

Gwarantuję wam jednak, że będzie dużo więcej momentów, kiedy tak po prostu, siedząc w kinowym fotelu, uśmiechniecie się od ucha do ucha i pomyślicie sobie „tak, tak, to jest właśnie to, oto nam przez ostatnie 30 lat chodziło”. Więc nie mam wielkiego żalu o te wady, choć… jest super, ale mogłoby być lepiej. Mam żal o coś zupełnie innego.

Wyobraźcie sobie, że wychodzi właśnie okropnie wyczekiwany serial. Serial świetny, ekscytujący, powodujący, że go rozkminiacie w głowie nawet wtedy, gdy go aktualnie nie oglądacie. Przebudzenie Mocy to pilot tego serialu, a na pierwszy odcinek musicie czekać dwa lata. Zdecydowanie za dużo zostawiono na potem, przez co niektóre fragmenty historii, bez nadania im kontekstu, są trudne do obrony. Czym jest Przebudzenie, dzięki któremu Rey nie tylko czuje Moc, ale również (niezdarnie) potrafi się nią posługiwać? Co to znaczy, że Leia „odesłała” Rena? Skywalker dopiero tuż przed napisami? Film to nie serial, chociaż jakąś część historii powinien zamknąć. I to chyba jest największy problem Przebudzenia Mocy. Ten film może okazać się błyskotliwie pomyślany albo idiotycznie wymyślony. Wszystko jednak zależy od tego, jak go domkną następne filmy. Nie podoba mi się to.

Ale na tym moje skargi właściwie się kończą. Przebudzenie Mocy składa piękny hołd pierwszemu z filmów, ale nie boi się wprowadzać nowości i świeżości do tego świata. J.J. Abrams nie bał się przenieść swojego stylu i swoich pomysłów do filmu, nie bał się ruszać „świętości”. Nie, nie ruszał jej, nie modyfikował, nie reinterpretował. Dodał raczej wiele, wspólnie z Kasdanem, od siebie. Jestem absolutnie kupiony. Domagam się, żądam wręcz Blu-ray’a z filmem. Widziałem dopiero dwa razy, a więc kilkadziesiąt seansów przede mną.

I tak, powstrzymywałem łzę wzruszenia jak zobaczyłem napis „Dawno dawno temu, w odległej galaktyce”. Chcę jeszcze.

polowianiukMarcin Połowianiuk:

Przebudzenie Mocy oczarowało mnie warstwą wizualną. Kadry (przepięknie wspierane nienachalnymi efektami CGI), realizacja, rozmach i samo zagęszczenie elementów tego wykreowanego świata po prostu powalają. Jestem pewien, że w kategoriach technicznych posypią się tu Oscary. Ten film to uczta dla oczu (i uszu!).

Jeśli chodzi o fabułę, mamy tu dokładnie to, czego oczekiwali fani Gwiezdnych wojen. I wcale nie jest to plusem, bo miejscami film aż za bardzo stara się uderzać w sentymentalną nutę. Niestety historia jest przez to bardzo przewidywalna. Już po kilkudziesięciu minutach byłem pewien, jakie będzie zakończenie i okazało się, że się nie pomyliłem. J.J. Abrams użył tu naprawdę wyświechtanej kliszy, którą widzieliśmy w kinie już dziesiątki razy. Na szczęście przed seansem udało mi się uniknąć spoilerów, a więc główny twist fabularny był dla mnie mocną niespodzianką.

J.J. Abrams nie do końca poradził sobie z pokazaniem walk na miecze świetlne. W końcowych scenach nie wiadomo było co się dzieje z walczącymi bohaterami. Co ciekawe, tam gdzie zawiodły miecze świetlne, nadrobiły blastery. Pierwsza scena ze szturmowcami wyglądała niemal jak nalot na plażę Omaha w Szeregowcu Ryanie. Kamera między żołnierzami, którzy padają od strzałów na chwilę po opuszczeniu statku… coś niesamowitego. Sceny walki w końcu wyglądały jak film wojenny, a nie teatrzyk z plastikowymi pistolecikami.

No i wielki plus za BB-8!

talerHubert Taler:

Tak jak zauważył Maciek: film jest tym samym dla nowej widowni, czym kiedyś była Nowa Nadzieja, czyli po prostu pierwszy film z serii Star Wars. Nie chodzi mi tu o podobieństwa czy hołdy złożone fanom – po prostu nie jest samodzielnym filmem, przygotowuje grunt pod kolejne i pozostawia niedosyt. Ale mimo postawienia kilku niedopowiedzianych zagadek, wciąż opowiada historię w miarę spójną i zamkniętą.

Dla fana w Przebudzeniu Mocy jest na tyle dużo odniesień do poprzednich filmów i do kultury fanowskiej (np. droid R2KT, czy żart z rekordu prędkości Hana Solo), aby zadowolić starszego odbiorcę. Z drugiej strony film jest na tyle przystępny, że nawet nowicjusze szybko poczują się jak w domu.

Nowi bohaterowie są przedstawieni z gracją, ale z przymrużeniem oka i założeniami typowymi dla starej trylogii: każda planeta jest wielkości małej wioski w której każdy z każdym się natychmiast spotka. Tego typu założeń, koniecznych do “przepchnięcia” fabuły, jest więcej.

Wizualnie film wypada wspaniale – nie tak cukierkowo, sterylnie i nowocześnie jak “trylogia prequeli” – widać, ze zastosowano w nim klasyczne efekty specjalne i to filmowi wyszło na dobre.

Spotykamy kilku starych bohaterów, poznajemy nowych, przedstawiani nam są również nowi “bad guye” – odpowiednio dramatyczni lub straszni. W świecie Star Wars nadal nie ma przepisów BHP, i budowa potencjalnie niebezpiecznego miecza z trzema ostrzami, albo dwustumetrowego mostu bez barierki wciąż jest możliwa, a droidy wciąż dostarczają humorystycznego odprężenia. Po seansie jest o czym rozmawiać i jest pole do domysłów.

Ode mnie dwa kciuki w górę!

baryckiPiotr Barycki:

Podobało się, z dość prostego powodu: to były Gwiezdne wojny takie, jakie pokochał świat lata temu, głównie dlatego, że to były… niemal takie same Gwiezdne wojny. Kosmiczna baśń w niemal takim samym wydaniu, ba, nawet korzystająca z dokładnie tych samych elementów, operująca na tych samych zagrywkach.

Żeby nie było wątpliwości – na film warto iść, nawet jeśli nie jest się fanem Gwiezdnych wojen. To kawałek naprawdę przyjemnego, lekkiego kina, z może i naiwną, ale ogólnie trzymającą się kupy fabułą (choć o tym jeszcze za chwilę), atrakcyjnymi efektami specjalnymi i scenami potyczek, pięknymi krajobrazami, a do tego dobrymi (choć miejscami wrzucanymi strasznie na siłę) nawiązaniami do poprzednich części. Wszystko to okraszone dozą zmuszającego do szczerego śmiechu, uniwersalnego humoru.

Martwię się tylko o jedno, nie będąc zresztą jakimś niesamowitym fanem tej serii (ot, po prostu bardzo ją lubię). Ta część wydawała się być czymś, co w slangu związanym z elektroniką użytkową zwykło się określać mianem „refurba”. Przez zdecydowaną większość seansu miałem wrażenie, że już ten film kiedyś widziałem – w postaci jednej z poprzednich części tej opowieści. Może i nie było to idealne „kopiuj-wklej” najlepszych fragmentów wcześniejszych scenariuszy, ale było blisko, bardzo blisko, momentami za blisko.

Rozumiem to, że warto nawiązać do sprawdzonych rozwiązań, wprowadzić Gwiezdne wojny w nową epokę w sposób, który przypadnie do gustu fanom, sięgnąć po najlepsze przetestowane wyjścia. Dać widzom dokładnie to, czego się spodziewali. Ale ileż razy można niszczyć – większą i większą z filmu na film – Gwiazdę Śmierci (gdzie okazuje się oczywiście, że trzeba w efektowny sposób wlecieć do środka, ale generalnie ochrony kluczowy punkt konstrukcji nie ma żadnej). Ileż razy można w tak samo wyglądającym miejscu odgrywać ojcowski dramat. Ileż razy szturmowcy okazują się ostatecznie kompletnymi łamagami. Ileż razy niespodziewający się niczego szarak, żyjący przez wiele lat prostym życiem może odnajdować w sobie moc. Ileż razy może wyruszać w podróż do odległej galaktyki, żeby pod okiem mistrza zaszytego od nie wiadomo jak dawna w głuszy szlifować swój potencjał.

Tak, z jednej strony to mogła być zagrywka pod fanów. Głośny przekaz: robimy to, czego od nas chcecie, zobaczycie to, czego oczekujecie, kupcie już teraz bilet na kolejny film.

Z drugiej strony to może być po prostu sygnał, że producent nie będzie się zbytnio wysilał. Dostaniemy kolejne odgrzewane kotlety, ozdobione ewentualnie subtelnościami, które dostrzegą tylko najwięksi fani Gwiezdnych wojen. Oby tylko w kolejnej części Rey nie musiała nosić Luke’a na plecach. Nie wygląda, jakby była do tego stworzona.

Druga sprawa to sama fabuła, a może raczej świat, który jest nam przedstawiany. Niby wątek główny w jakiś – naiwny, jak to na Gwiezdne wojny przystało – sposób się klei. Ale z drugiej strony całe tło jest momentami absurdalne albo niedopowiedziane. I to nie niedopowiedziane w sposób, który fascynuje, tylko w sposób który zmusza do zadania sobie pytania: ta, jasne, ciekawe jak. Nawet ta gigantyczna zagłada kilku planet przechodzi trochę bokiem – w żaden sposób nie zarysowano ich w filmie wcześniej, przez co utożsamianie się z nimi jest praktycznie niemożliwe. Ot, 6 planet. Gdzieś tam. Z kimś tam.

Trzecie – Najwyższy Porządek… wcale nie jest straszny. Imperium było przerażające, jego przedstawiciele budzili lęk, kiedy obserwowaliśmy ich poczynania na ekranie. Tutaj nie ma żadnej postaci, która w jakikolwiek sposób budziłaby grozę. Pomysł na Kylo Rena jest świetny, ale ten – zamiast, jak sam mówi, być rozdarty – jest raczej miałki i nijaki. Nawet w najmocniejszej scenie z Solo nie krzesze iskier. Mistrz z hologramu jest natomiast pocieszny i najwyżej wzbudzający współczucie, a dowódca armii NP, cóż, tu też trochę zabrakło, ale akurat gdybym miał się już kogokolwiek z NP bać, to właśnie jego.

No i czwarte – postacie, o których już wcześniej wspominałem. Są, jak można się było spodziewać, albo całkowicie dobre, albo całkowicie złe. A te, które niby mają balansować pomiędzy robią to tak, jakby kazano im stepować po drucie kolczastym. I nie chodzi o poziom trudności zadania i ogrom wyboru, a o wizualny i emocjonalny efekt końcowy.

I tak jak mówił Maciek – całość wygląda, jak pilot, a może nawet trailer do nowych Gwiezdnych wojen, z typowym, serialowym cliff hangerem.

Czy pójdę na kolejną część? Oczywiście!

grabiecPiotr Grabiec:

Swoją opinię o Przebudzeniu Mocy wyraziłem zaraz po pokazie prasowym w pozbawionej spoilerów recenzji. Na blogu Splay napisałem też o tym, że nowe Gwiezdne wojny można oglądać bez znajomości poprzednich części.

Przygotowałem krótki przewodnik dla osób, które przed premierą nie zdążą przypomnieć sobie poprzednich epizodów, pisałem też o tym, że do Gwiezdnych wojen podchodzę bardzo osobiście, a nasi Czytelnicy od kilku dni o nowym filmie żarliwie dyskutują.

Jednocześnie nie uważam, by temat się wyczerpał. Sam oceniam Przebudzenie Mocy hurraoptymistycznie, a jakiekolwiek wady już sobie zracjonalizowałem. Nawet słaba edycja – zwłaszcza po spotkaniu z Maz Kamatą – mojej oceny nie zaniża.

Rozumiem Maćka, który wolałby film domknięty. Przebudzenie Mocy to taki mariaż wszystkich trzech filmów z oryginalnej trylogii. Początek to Nowa nadzieja, druga część jest rodem z Powrotu Jedi, a zakończenie ma cliffhanger niczym Imperium kontratakuje.

W ostatnim tygodniu film widziałem też na oficjalnej premierze. Warszawską Promenadę obległa masa rozentuzjazmowanych, poprzebieranych fanów. To niesamowite, jak bardzo dwugodzinne kinowe widowisko potrafi rozpalić wyobraźnię tłumów ludzi.

Dziś już wiemy, że Przebudzenie Mocy pobiło kolejne rekordy box office i można już obiektywnie powiedzieć, że J.J. Abrams wykonał kawał dobrej roboty. Disneyowi udało się tego, kolokwialnie mówiąc, nie spieprzyć.

Kreacje aktorów mnie kupiły. Naiwność Finna i zadziorność Poe sprawiły, że nie mogę doczekać się ich dalszych przygód, a w głosie i akcencie Rey jestem zakochany. Jedyny zgrzyt to była drewniana kreacja Lei.

Oczywiście na wszystkie pytania, jakie pozostawiło w widzach Przebudzenie Mocy, odpowie nie tylko kolejny film – już za dwa lata! – ale też cała gama książek, komiksów i gier. To dlatego pozbyto się Expanded Universe.

Disney zapłacił za Star Wars 4 mld dol. i teraz będzie patrzył jak złota kura znosi kolejne jajka. Czy mam im to za złe? A gdzie tam, od dwóch dni czytam już oficjalną nowelizację Przebudzenia Mocy i odkładam dolary na kolejne książki.

Kim w ogóle jest Snoke – może to Darth Plagueis, który umarł “tylko z pewnego punktu widzenia”, a może po prostu jeden z Inkwizytorów z serialu Rebelianci? Kim są rodzice Rey – czy to Luke Skywalker i… uwielbiana przez fanów Mara Jade?

Od środy rozmawiam też z fanami z całego świata, czytam różne teorie i formułuję własne. Bawię się z myślą, że Kylo Ren wcale nie jest “potworem”, jak go nazwała Rey. Może on poświęcił ojca, żeby zbliżyć się do Snoke’a i go zgładzić?

“Dokończę, co zacząłeś” – a co tak naprawdę zaczął Vader? Eksterminację “tych złych” zabijając Palpatine’a!

pajakPrzemysław Pająk:

Nie jestem przesadnie wielkim fanem serii, choć pamiętam, że za młodu bardzo lubiłem Star Wars. Obejrzałem wszystkie filmy z serii po kilka razy, choć nie wieszałem plakatów postaci sagi w swoim pokoju, nie robiłem wycinanek ze wzmiankami medialnymi nt. filmów.

Szedłem na seans doskonale znając swoje oczekiwania – miałem się dobrze bawić, bez przeżywania catharsis, czy wychwytywania wszystkich smaczków związanych z odniesieniami do poprzednich filmów. I w zasadzie to dostałem.

„Przebudzenie mocy” to świetnie zrobiony film, w sam raz na miarę końcówki 2015 r. i okresu świątecznego. To, co udało się J.J. Abramsowi najlepiej, to oddanie oryginalnego klimatu sagi z wykorzystaniem technologii, która nie razi amatorszczyzną w połowie drugiej dekady XXI w. To przy okazji świetne kino akcji z kapitalnie rozpisanymi scenami.

To co mnie jednak razi w siódmym odcinku Star Wars, to… banalna fabuła. Nie chodzi tylko o to, że od połowy filmu wiadomo, jak się skończy, lecz także o to, że twórcy scenariusza poszli na totalną łatwiznę i wykorzystali wszystkie tricki fabularne, które znamy z oryginalnych odcinków sagi.

Nie wiem jednak, czy to jest zarzut tylko do scenarzystów „Przebudzenia Mocy”, czy też do współczesnego mainstreamowego kina rozrywkowego. Od dawna odnoszę wrażenie, że biznes rozrywki – i to nie tylko kina, ale także chociażby gier, telewizji i muzyki – idzie w kierunku ultra banalnych fabuł, prostych, nieskomplikowanych historii, które nie mają podwójnego dna, które nie powodują zastanowienia u widzów, są pisane od A do Z w linii prostej.

„Przebudzenie Mocy” pewnie będzie największym hitem kinowym w historii i będzie nim właśnie dzięki wpisaniu się w aktualne trendy biznesu rozrywkowego. Ja mam jednak wrażenie, że nieśmiertelności temu filmowi dałoby nieco większe skomplikowanie fabuły i ewentualne skorzystanie z zupełnie nowych wątków.

UWAGA KONKURS:  Przedstaw w dowolnej formie kreatywne, alternatywne zakończenie nowej części Gwiezdnych wojen i wygraj jedną z czterech drukarek HP Ink Advantage 5645 w specjalnych zestawach dla miłośników sagi! Więcej informacji tutaj.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement